piątek, 1 czerwca 2018

Warszawa da się lubić - 1

Na co dzień biegam po Warszawie, jak większość jej mieszkańców mijając w pośpiechu wiele miejsc i nawet nie poświęcając im chwili uwagi. Co najwyżej pobieżnie i jakby mimochodem obserwuję, jak miasto się zmienia, rozbudowuje, a szklanych biurowców przybywa niczym grzybów po deszczu. 


Nowoczesne budynki zmieniają krajobraz stolicy. Pomiędzy wielkimi wieżowcami zachowały się jednak nieliczne, ale warte uwagi ślady z przeszłości i dzisiaj chciałam napisać kilka słów właśnie o nich. Zapraszam na mała przechadzkę po okolicy, w której obecnie pracuję.

Chodząc do biura mijam takie widoki:


Widzę Pałac Kultury i Nauki, ale i mural stworzony kilka lat temu przez artystę z Bolonii:


Kilka kroków od mojego biura znajduje się jeszcze jeden mural - na ścianie budynku Gminy Żydowskiej przy ulicy Twardej 6 namalowano kolorowy obraz poświęcony Julianowi Tuwimowi. Mural nawiązuje do wszystkim chyba znanego od dziecka wiersza "Lokomotywa: przedstawia tytułową lokomotywę właśnie, trzy wagony odpowiednio z kuframi, pakami i skrzyniami; niedźwiedziem, słoniem i dwiema żyrafami oraz ostatni pełen bananów. Obok żywymi kolorami napisano w języku jidysz tytuł wiersza i fragment tekstu:


Tuż obok muralu stoi jedyna zachowana w Warszawie synagoga Nożyków - jej nazwa wzięła się od nazwiska małżeństwa Ryfki i Zalmana Nożyków, którzy dali początek świątyni. W 1939 roku synagoga ta była jedną z pięciu największych synagog w Warszawie. Przetrwała czasy wojny i wielkiej zagłady tylko dlatego, że służyła Niemcom za stajnię i magazyn paszy. Kiedy utworzono getto warszawskie, znalazła się na jego terenie. 

Dziś sąsiaduje z wielkimi wieżowcami i często, kiedy ją mijam skłania mnie do zadumy nad przemijaniem, nad faktem, że jej mury tyle pamiętają i przetrwały do naszych czasów. Synagogę można zwiedzić po uprzednim umówieniu wizyty. Jej architektem był najprawdopodobniej Leandro Marconi, a patrząc na fasadę widzimy liczne zdobienia i wpływy bizantyjskie oraz mauretańskie.


Dwa kroki stąd znajduje się sklep koszerny, w którym wprawdzie nie byłam, za to dowiedziałam się, co to znaczy np., że owoce są koszerne. Owoce koszerne to takie, które zostały zebrane z drzewa co najmniej trzyletniego. A dla przykładu wino koszerne to takie, które zostało wyprodukowane z owoców winorośli zasadzonej i wyhodowanej przez Żyda. Winogrona oczywiście muszą być również zebrane przez Żyda. Koszerny znaczy tyle co legalny, zgodny z zasadami. Długo by czytać o kuchni koszernej i jej zasadach. Poniżej front wspomnianego sklepu:


Ponieważ na terenach, o których piszę znajdowało się getto, na Placu Grzybowskim 20 kwietnia w 75 rocznicę wybuchu powstania w Getcie postawiono, a raczej posadzono niezwykły pomnik. Niezwykły, bo to nie kamienny posąg, a żywe drzewo - wierzba płacząca - tak mocno związana z naszą polską kulturą - symbol płaczu i cierpienia. 

Wierzba płacząca ma symbolizować żydowskie matki, które straciły swoje dzieci oraz Polki, które dały tym dzieciom drugie życie ratując je w okrutnych czasach Zagłady. Jedną z pomysłodawczyń żywego pomnika jest Gołda Tencer - piosenkarka, aktorka i dyrektor Teatru Żydowskiego, a także współorganizatorka corocznego Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera. To miejsce szczególne, bo niedaleko stąd znajduje się pomnik Janusza Korczaka, a Kościół Wszystkich Świętych dawał w strasznych czasach schronienie wielu Żydom. Kościół w 2017 roku otrzymał z inicjatywy społeczności żydowskiej tytuł House of Life (Dom Życia).

Zabolało mnie, kiedy obok pamiątkowej tablicy zobaczyłam niedopałki papierosów i rzuconą niedbale banderolę oraz puszkę po piwie ... Nie skomentuję. W każdym razie miejsce malownicze i zmuszające do chwili refleksji, wreszcie pomnik nie budzący żadnych kontrowersji, jak choćby ten odsłonięty niedawno przy Placu Piłsudskiego w kolejną rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Niezwykły pomnik upamiętnia żydowskie i polskie matki i jest według mnie udanym i pięknym pomysłem na oddanie im swego rodzaju hołdu.


Może się kiedyś wybiorę posłuchać tam mszy po włosku...?

Wędrując dalej, Aleją Jana Pawła mijamy od strony tej ulicy mur cały pomalowany w graffiti. Mur jak mur, ale tylko pozornie. To fragment muru getta, jaki zachował się w niemal nienaruszonym stanie. Pozostałe resztki muru po II wojnie rozebrano, a na jego ruinach powstały nowe domy.


Wchodząc w podwórko od strony ulicy Siennej o fragmentach muru informują nas tablice:


Życie obok toczy się dalej, choć mnie takie miejsca zawsze skłaniają do pokory i zadumy nad życiem ludzi, których nigdy nie widziałam i nie poznałam, a którym przyszło żyć "wtedy" i "tam" ...

Mur od wewnątrz podwórka wygląda tak:


Dwie cegły z muru zostały zabrane do muzeów w Houston i Jerozolimie:


Obok jeszcze jeden ocalały fragment muru, wpleciony między budynkami:


A życie obok toczy się dalej, niepomne na minione tragedie ludzkie, które tu miały miejsce przed laty. Wokół pędzą ludzie, słychać hałas z ruchliwej Alei Jana Pawła, wielkie korporacje zarabiają jeszcze większe pieniądze. 


Tylko podwórko-studnia na chwilę zdaje się przenieść nas w tamte czasy i spoglądając w niebo myślimy, że wtedy wyglądało ono tak samo, jak teraz, tylko wówczas Niemcy zabierali stąd mieszkańców kamienic do Treblinki i do Oświęcimia ... My natomiast możemy sobie spokojnie spacerować i cieszyć się życiem.


Naszym ostatnim przystankiem jest szpital dziecięcy imienia Bersohnów i Baumanów między ulicami Sienną i Śliską. Niszczejący obecnie budynek był świadkiem łapanek, wywózek do Treblinki i wielu innych tragicznych wydarzeń ówczesnych czasów. Pracował w nim Janusz Korczak, a bardzo ciekawą historię szpitala możecie poznać choćby tutaj Niestety budynek podupada - z powodu toczących się bez końca spornych spraw dotyczących własności gruntu i własności nieruchomości.


Spróbujcie pochodzić po Waszym mieście. Jestem więcej niż pewna, że natkniecie się na ciekawe fakty historyczne i wiele perełek, którym niestety przez ich zaniedbanie grozi całkowite zapomnienie. Stare zawsze będzie w konflikcie z nowym, w jego cieniu. A szkoda...



Kończąc pierwszy wpis z cyklu "Warszawa da się lubić" - wędrując akurat szlakiem żydowskiej historii w stolicy polecam tę oto książkę:



Do przeczytania niebawem.

poniedziałek, 21 maja 2018

Okiem turysty

Lubicie miejsce, w którym mieszkacie? Część z Was pewnie bez wahania odpowie, że tak. Szczęśliwcy wyznają, że kochają swoje miasto i nie wyobrażają sobie życia bez niego. Dla niektórych ich miejsce życia będzie im obojętne, gdyż stanowi tylko przystanek w drodze do - według nich - fajniejszego celu. Znajdzie się wielu, którzy swojego miasta nie lubią. 

Do niedawna i ja należałam do tej grupy. W końcu w moim mieście wszyscy biegają, anonimowo mijają na ulicy, przyjeżdżają tylko, aby zdobyć dobrą pracę i siłą rozpędu zostają narzekając, a czasem wręcz nienawidząc miasta, które sami wybrali. 

Moje miasto. Nie bez powodu nazywam je „moim”: tu się urodziłam, tu spędziłam całe moje dotychczasowe życie i tysiące niezapomnianych chwil. Warszawa.


Dzisiaj o niej, a to dlatego, bo ją polubiłam i jestem na najlepszej drodze do zakochania się w niej. Dzięki mojemu mężowi. I dzięki wiedzy, którą nabywam o tym miejscu. Szorstka to przyjaźń, bez fajerwerków i rodząca się stopniowo wraz z nabieraniem przeze mnie pewnej wiedzy o przeszłości i świadomości otoczenia.

Dla wielu z nas miejsce naszego zamieszkania to jakaś tam sceneria, tło. Mijamy ludzi, domy, ulice i często nie zastanawiamy się, jaka była historia danego miejsca, kto przed nami tu mieszkał, co tu się działo przed wieloma laty. Godnymi naszego zainteresowania wydają się za to być Rzym, Paryż czy Wiedeń. Albo Nowy Jork. Wielkie znane metropolie. Zawsze chwalimy to, co znajduje się gdzie indziej. Taką już mamy, my ludzie, naturę. Trawa zawsze jest bardziej zielona u sąsiada (czy jakoś tak).

I ja wpatrywałam się zachwycona w zdjęcia Rzymu czy Wenecji. Warszawa była jak ten Kopciuszek z bajki.

Do czasu.

Postanowiłam pochylić się nad historią mojego miasta, zgłębić dzieje Warszawy i uderzyło mnie, że narzekałam bardziej na ludzi, na pęd życia tutaj. Nie myślałam o mieście jako takim. Warszawa to parki, ulice, skwery, zapomniane historyczne miejsca, gdzie niemal można dotknąć jak za sprawą czarodziejskiej różdżki tego, co minione, a jednak przetrwało. Miasto, które powojenni eksperci urbanistyki uznali za niemożliwe do odbudowania, "pustynia kamienno-ceglana", jak je nazywano, kiedy naziści zbombardowali i wysadzili w powietrze niemal wszystko. Kamienice, kościoły i wspaniałe zabytki zrównane z ziemią. Miasto, które mimo ogromu zniszczeń odrodziło się po drugiej wojnie światowej niczym feniks z popiołów.

Miasto, które ewoluuje, zmienia się. Miasto, które staje się przyjazną przestrzenią i ciekawym architektonicznie punktem na mapie Polski. Stolica. Pełna sprzeczności, bo przecież obok pięknych zabytków i oryginalnie zrealizowanych projektów stoją często szpecące okolicę budynki. Miasto nad Wisłą. Okaleczone, ale odbudowane. Dumne i świadome swojej bolesnej przeszłości, ale i dawnej królewskiej świetności.


Tyle jest pięknych miejsc na świecie. Marzymy o dalekich podróżach, egzotyce. Fajnie, czemu nie. Ale tak naprawdę sztuką jest zamienić się trochę w turystę we własnej, oswojonej i często już zobojętniałej nam okolicy. Popatrzeć na otoczenie niczym reporter, badacz - wczuć się w rytm miasta: poobserwować budzące się co rano do życia uliczki, ludzi pędzących do pracy, wsłuchać w poranne dźwięki. Poczuć zapachy-pobliskiej piekarni czy drzewa, które teraz w maju obłędnie kwitnie, a ja nadal nie wiem, jak się nazywa. Wziąć głęboki wdech - i niech to będą nawet naprzemiennie miejskie spaliny i zieleń Łazienek Królewskich. A co tam! Grunt to poczuć miejsce, w którym mieszkamy. Poznać je, tak naprawdę. Nawet jeśli jest tylko naszym miejscem przystankowym.

Nie pędzić, a wreszcie tak naprawdę przystanąć i poobserwować innych - zarówno miejscowych, jak i turystów. Dostrzec, co tych drugich interesuje w naszej okolicy. Zejść z utartych szlaków, zapuścić się w nieznane nam dzielnice. Poświęcić czas pamiątkowym tablicom czy detalom architektonicznym na fasadach budynków. Poczytać o historii danego miejsca. 

Pokaźną część mojej domowej biblioteczki zajmują książki o Włoszech-o Rzymie, Wenecji czy Florencji. To moja pasja, przyjemność. Ale ostatnio zastanawiałam się, co ja tak naprawdę wiem o moim mieście, o moich stronach i korzeniach. Doszłam do wniosku, że ciągle niewiele, ciągle za mało. Moim postanowieniem więc zostało zgłębienie historii miasta, poczytanie o pomnikach, odwiedzenie muzeów, takich jak Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. 

Będę w najbliższej przyszłości pisać raz po raz o zapomnianych w Warszawie miejscach, często nieznanych turystom i niszczejących (dlaczego miasto o nie nie dba?) Będę pisać o tym, co mnie urzekło, co odkryłam na nowo w moim mieście. Postanowienie na kolejne tygodnie to odkrywanie własnej okolicy. Ponieważ zwiedzanie z dziećmi trochę mnie ogranicza, dla nich też coś miłego - odkrywanie najlepszych w stolicy placów zabaw, o których pewnie raz wspomnę. Bo Warszawa to coraz fajniejsze miasto. Choć w tygodniu naznaczone niestety frenetycznym szalonym pędem jego mieszkańców spieszących do szklanych wieżowców swoich biur. W pędzie zawsze wiele tracimy.

Cudze chwalicie, swego nie znacie. Jak często słowa te okazują się prawdą. 


Mamy tyle zamków, dworków, skansenów-wspaniałych miejsc. Mamy tyle różnych ciekawych zabytków w naszych okolicach i to nie tylko w wielkich miastach-choćby stary zaniedbany żydowski cmentarz w maleńkiej i z pozoru niepozornej miejscowości moich bliskich czy rzekomo-jak mówi legenda-szwedzka kula w murach kościoła w tej samej miejscowości. Kula faktycznie utkwiła w murach, ale do tej pory chyba tylko spekulowano nad jej rzekomo szwedzkim pochodzeniem.

Postanowiłam otworzyć się na okolicę. Nie gnać na oślep mechanicznie do pracy, ale zwrócić po drodze uwagę na detale, na mijane budynki. Nagle spojrzałam na moje miasto i znajome mi ulice zupełnie inaczej.


Pracuję niedaleko miejsca, gdzie było getto warszawskie. Miałam okazję zobaczyć jedyne ocalałe fragmenty muru, niemal poczuć historię ludzi kiedyś tu żyjących. Historia obok nowoczesnych biur korporacji. Odkryłam, a raczej zaczęłam odkrywać na nowo materię miasta, jego potencjał charakter. O tym w jednym z kolejnych wpisów - o miejscach często zapomnianych, zaniedbanych, a jednak wartych zapamiętania i ocalenia. O miejskich legendach i ciekawostkach. O ocalałej historii o krok od wieżowca, w którym na co dzień pracuję.


Na zaostrzenie apetytu zamieściłam w dzisiejszym wpisie tylko kilka migawek. Pewnie akurat dość oczywistych i znanych - kamieniczki Starego Miasta, Grób Nieznanego Żołnierza i Teatr Wielki, Kościół Wizytek, Ogród Saski czy Synagoga małżonków Nożyków.

Lada moment pojawi się pierwszy wpis z cyklu "Warszawa da się lubić".

Tymczasem sami spróbujcie: to naprawdę wspaniałe doświadczenie spojrzeć na swoje miejsca zamieszkania okiem turysty. Przyjąć inny punkt widzenia, poznać, zachwycić się i docenić. Docenić to, co obok, na wyciągnięcie ręki. Bądźmy turystami niemal nie wychodząc z domu.

Do przeczytania wkrótce.