sobota, 9 listopada 2019

Wchodząc (powoli) w klimat Świąt


Jedną nogą jestem jeszcze w jesieni, odwiedzam cmentarze i wspominam Bliskich, których już z nami nie ma. Oddaję im należną im pamięć i kontempluję napisy na grobach nieznanych mi ludzi. "Pokój ich cieniom"- czytam na jednym z nagrobków i oddaję się refleksji tak znamiennej dla tej pory roku i tego miesiąca.



Ma to swój urok. Ten nastrój melancholii i zadumy. Listopad potrafi jednak naprawdę przygnębić. Zniechęcić i pozbawić energii. Porządnie dać w kość i wystawić na próbę nasze pokłady optymizmu, które kurczą się w zastraszającym tempie.

Aby do tego nie dopuścić, stosuję kilka sprawdzonych sposobów i od jakiegoś czasu autentycznie doceniam i lubię tę porę sprzyjającą otulaczom, świeczkom i dobrej lekturze – słowem cieszeniu się domowym zaciszem.

Dziś znowu o książkowych umilaczach.

Książki są moimi wiernymi towarzyszami przez cały rok.

Ponieważ każda pora roku rządzi się swoimi prawami, jesienią czytam mroczne powieści grozy idealnie współgrające z klimatem Halloween i zaduszkową atmosferą zadumy.



Styczeń i luty dla mnie to czas skandynawskich kryminałów i autorów typu Camilla Lackberg czy Joe Nesbo (oraz innych, o których może w przyszłości uda mi się napisać kilka słów). Wtedy to obowiązkowo piekę kanelbullar (szwedzkie bułeczki cynamonowe) i popijam je ciepłym mlekiem tudzież kakao oddając się lekturze.

Wiosna dla mnie to czas poradników, książek o rozwoju osobistym i wszelkich pozycji dotyczących psychologii, zdrowego odżywiania czy sportu. Wszak to czas odnowy.

Latem przerzucam się najczęściej na lekkie powieści obyczajowe i książki o podróżach/wspomnieniach typu „kupiliśmy dom w Toskanii”, „przeprowadziliśmy się do Grecji”, „dom w Fezie” itp.

Zimą zaś chwytam za powieści w klimacie choinki i piernika, czyli babskie powieści, gdzie zazwyczaj perypetie bohaterów i przedświąteczna gorączka prowadzą wreszcie do happy endu przy wigilijnym stole.

Kuszące pięknymi okładkami powieści są idealne by wczuć się w klimat świątecznego oczekiwania. Przyznam, że zwykle nie są to wymagające lektury, raczej z gatunku tych lekkich, łatwych i przyjemnych. Zazwyczaj przewidywalne i nieco naiwne, ale swoją rolę spełniają doskonale – potrafią otulić niczym ciepły milutki koc i dać czystą przyjemność.

Poniżej trzy książki, po które sięgnęłam już teraz. Może odrobinę za szybko, zwłaszcza, że faktycznie co roku sklepy, w tym również wydawcy i księgarnie powoli zaczynają nam obrzydzać Święta, bo okres przedświąteczny zaczyna się już w listopadzie. Niemniej jednak do Was należy decyzja, czy sięgniecie po tego typu lektury teraz, czy nieco później. Wszak nadal możemy palić świece o zapachu spiced pumpkin i szurać butami spacerując po opadłych liściach. Druga połowa listopada w moim przypadku sprzyja jednak powolnemu wchodzeniu w klimat bożonarodzeniowy, więc bez wahania zasiadam pod kocem z tego typu powieściami.


Natalia Sońska. "Słuchaj głosu serca". Jagna pracuje w Katowicach w poradni psychologicznej. Kiedy poznaje przystojnego Piotra, przedstawiciela farmaceutycznego, czuje, że to miłość. Ale czy aby na pewno? Na ile wobec niej uczciwy jest Piotr? Co tak naprawdę ukrywa? Dołóżmy do tego góry i piękne widoki, Zakopane, skąd pochodzi główna postać, ciepłą Babcię Anielę, garstkę zaprzyjaźnionych znajomych z góralem Jankiem na czele, (z niektórymi z nich mieliśmy już do czynienia w innych książkach Sońskiej, choćby w "Obudź się, Kopciuszku") oraz kilka wędrówek po szlakach Tatr, których etapy sobie wynotowałam –  i mamy lekką, prostą powieść o tym, że nie zawsze miłość to od razu gromy z jasnego nieba, lecz często uczucie rodzące się nieśmiało i stopniowo. Lekka książka na dwa wieczory.

Co mnie rozczarowało, to nieco naciągnięte streszczenie na tylnej okładce i hasło z przedniej: „Magia Świąt sprzyja zakochanym”. Akcja książki głównie rozgrywa się w listopadzie, a nie w grudniu, a Świąt jest tam tak naprawdę niewiele, dopiero na koniec. Niemniej jeśli podobał się Wam klimat powieści "Garść pierników, szczypta miłości" czy wspomniana już "Obudź się Kopciuszku", to polecam, bo i tu znajdziecie wiele ciepła i nastroju.



Natasza Socha. Magda Mazur. "Drogi Święty Mikołaju". Jak uratować Święta. Nataszę Sochę pewnie znacie, choćby z takich powieści jak "Dwanaście niedokończonych snów", "Biuro przesyłek niedoręczonych", o której pisałam kiedyś tutaj, czy cyklu (Nie)miłość (Nie)piękność i (Nie)młodość. Tu napisała powieść w udanym spójnym debiucie z Magdą Mazur, o której czytamy na okładce, że do tej pory była między innymi korespondentką wojenną w Kijowie i współtworzyła pisma kobiece w języku ukraińskim.

Schemat powieści jest prosty – kilkoro bohaterów, ich perypetie, problemy, smutek i rozczarowania oraz zbliżające się Święta. A te nie każdy musi je lubić i cieszyć się na ich celebrowanie. „Święta to nie przymus, każdy powinien je spędzić tak, jak chce. Jeden będzie skakał z radości, drugi z mostu. Jeden uśmiechnie się do śnieżynki, drugi będzie chciał ją udusić, albo przynajmniej kopnąć w goleń”. 

Trzy pary bohaterów. Matylda i Mikołaj, czyli samotna matka walcząca z codziennymi wyzwaniami i zbuntowany nastolatek. Renata i Tomasz, czyli dwukrotnie rozwiedziona business woman i zdradzający żonę ze wspomnianą kobietą sukcesu mąż. Wreszcie Karolina i Kamil – ona pani sędzia specjalizująca się w prowadzeniu spraw rozwodowych, on bujający w obłokach niespełniony artysta, bałaganiarz, pasożyt i leń.

Święta niekoniecznie muszą być radosne. Zwłaszcza, gdy problemy zdają się mnożyć, a przygotowania do nich są przykrym obowiązkiem, a nie przyjemnością: „Strasznie nie lubiła sama kupować choinki i zadrapanymi rękami wnosić jej do domu, mocować w durnym stojaku, który zawsze się zacinał, a potem rozplątywać światełek i owijać nimi drzewka, przy czym i tak na końcu zawsze brakowało ich na ostatnie okrążenie, przez co choinka wyglądała na upośledzoną”. 

Co przyniosą Święta naszym bohaterom? Jak zmieni się ich życie? Czy odnajdą magię Świąt Bożego Narodzenia? Bo ta magia jest w nas, musimy ją tylko umieć dostrzec. „Wigilie bywają różne. Rodzinne, samotne, wesołe i smutne. Bywają kolorowe i czarno-białe. Pełne uśmiechu lub zadumy. Ale zawsze dają nadzieję”. I to jest chyba najlepsze podsumowanie. Więcej nie zdradzę, zachęcam, zwłaszcza, że czyta się niezwykle dobrze.



Magdalena Witkiewicz. "Uwierz w Mikołaja". Książki Witkiewicz czytam w ciemno, sprawiają mi zawsze radość, dlatego wybrałam nowy tytuł nie czytając nawet opisu na tyle okładki. A ta jak zawsze jest urokliwa i przywołująca najlepsze skojarzenia i wspomnienia. Wam też nie streszczę fabuły. Zagwarantuję natomiast, że książka Was wzruszy, skłoni do refleksji i rozbawi. Znajdziecie tu wszystkiego po trochu. Powieść pokazuje, co tak naprawdę się liczy, zwłaszcza w dobie technologii, która zamiast ułatwić nam życie, komplikuje je i skutecznie kaleczy nasze związki międzyludzkie. A te zawsze są najważniejsze. Nic nie zastąpi rozmowy, spotkania, otwarcia na drugiego człowieka i radości z małych rzeczy. O czym powinniśmy sobie przypominać i pamiętać, nie tylko w Święta. Z czystym sercem polecam, bo ta książka ogrzewa serce niczym termofor.

To jak, wchodzicie w klimat Świąt? Ja tak, ale stopniowo i powoli. Bo choć jedną nogą jestem już w grudniu, to daję sobie jeszcze czas na jesienne klimaty.


piątek, 1 listopada 2019

Umilanie jesieni - już listopad


Umilanie jesieni to jedno z moich ulubionych zajęć. Jesień nie musi być szarą, smutną i depresyjną porą roku, zwłaszcza w trudnym dla nas, bo ciemnym i dłużącym się listopadzie. Narzekanie nic nie da, naprawdę można (i wręcz trzeba!) pokochać jesień – z opadającymi liśćmi, przyrodą szykującą się do zimowego snu i nastrojem zadumy. Mam na jesień wiele sposobów, ale moje najbardziej sprawdzone to:

Picie aromatycznych herbat z pigwą, syropem imbirowym, malinowym, miodem i innymi dodatkami/przygotowywanie dobrego grzanego wina/gorącej czekolady z piankami.



Książki, książki, książki! Wkrótce znowu pojawi się wpis o trzech kolejnych, które zaczynam czytać, choć nie będą to te ze zdjęcia poniżej.




Koce, szale, swetry i pledy. Słowem - otulanie.

Dekoracje jesienne w mieszkaniu. W tym projekty DIY, czyli Zrób to sam. Hand made (jak te przeurocze materiałowe dynie – zrobione akurat przez moją mamę, ale ja też mam zamiar wkrótce podziałać). 



Dużo spacerów po lesie, robienie zdjęć i chodzenie po szeleszczącym dywanie z opadłych liści.




Świętowanie Halloween. Nie tylko 31 października, ale jeszcze w listopadzie towarzyszą nam dekoracje w postaci trupich główek, szkieletów, nietoperzy, pająków czy miłych duszków. Oswajanie przemijania i refleksje nad ulotnością życia oraz tajemnicą śmierci będą mi towarzyszyły przez cały listopad.




Wycieczki poza miasto i spędzanie czasu na świeżym powietrzu tak długo, jak pogoda na to pozwala (choćby wizyta na farmie dyń).



Coroczny rodzinny kociołek z ogniska i święto pieczonego ziemniaka (jedyny taki wyjątkowy i niepowtarzalny smak kartofli).




Potrawy z dyni (ciasto z dyni, placki, tarta, zupa – koniecznie w towarzystwie imbiru, cynamonu i mleka kokosowego). Do tego niezawodne ciasto marchewkowe.

Dbanie o aktywność nie mniej niż trzy razy w tygodniu - każdorazowo po godzinie – ruch wyzwala endorfiny. Mimo, że jesień sprzyja spowolnieniu i zaleganiu na kanapie, trzeba się przemóc i pójść na zajęcia – organizm nam potem za to szczerze podziękuje.

Moje ulubione obserwowanie przyrody, malowniczo przygaszonych kolorów. 




Świece zapachowe (korzenna śliwka, pomarańcza, cynamon, figa, karmel, kardamon, czekolada). Do tego oświetlanie domu lampkami ledowymi. 

Porządki w szufladach, zdjęciach, czasopismach, garderobie i dziecięcych zabawkach. Gorsza aura sprzyja zaszyciu się w czterech kątach i porządkowaniu przestrzeni. Temat powraca do mnie co jakiś czas jak bumerang i jeszcze długa droga przede mną, ale małymi kroczkami będę pozbywać się nadmiaru rzeczy wszelakiej maści. 

Dobry film (ostatnio obejrzany z tych włoskich – "A casa tutti bene" – polecam!)




Poza tym listopad to zdecydowanie miesiąc seriali. Zazwyczaj nie mam na nie czasu, ale teraz właśnie kilka zamierzam obejrzeć lub do nich wrócić. Ostatnie lata to prawdziwy wysyp nowych produkcji. W planie jest więc Black mirror oraz powrót do starego dobrego Przystanku Alaska (kocham Chrisa o poranku!) oraz serialu Rzym. No i przyznaję się - oglądam polsatowskie Przyjaciółki - lubię śledzić perypetie tych babeczek, naprawdę! Seriale w listopadzie to dla mnie zdecydowanie plan idealny.



Przygotowywanie prezentów świątecznych w listopadzie (to najlepszy czas, by zapakować starannie podarunki i niespiesznie wybrać, co kto dostanie - w ten sposób grudzień powitam na spokojnie, gotowa na dekorowanie mieszkania, gotowanie, sprzątanie i oddanie się przedświątecznym refleksjom przy lekturze otulających niczym koc powieści w klimacie choinki i piernika, które uwielbiam).

Muzyka – dużo muzyki. Śpiewanie, granie, przygotowywanie świątecznych piosenek i kolęd, wieczorne słuchanie muzyki. Tworzenie własnej zimowej playlisty.

Przygotowywanie kalendarza adwentowego dla dzieci.

Domowe SPA.

Pisanie, uspokajanie i porządkowanie myśli. Przygotowania do napisania własnego opowiadania. 

Planowanie. Wypisywanie celów, pomysłów, szykowanie planerów i notesów na nadchodzący nowy rok. Kalendarzy mam kilka i kocham w nich notować wszystko, co mi w sercu, duszy i głowie gra. Ile niezapisywanych pomysłów najzwyczajniej w świecie ucieka! A szkoda. Poza tym pisanie motywuje i inspiruje, a jesień sprzyja sięgnięciu po pióro (no, może nie dosłownie pióro, choć kto wie, kurs kaligrafii gdzieś tam mi od jakiegoś czasu chodzi po głowie).



Wizyta w teatrze. Koncert, kabaret, lekki spektakl – lada dzień czeka nas wieczór z kabaretem Hrabi i niezawodną Joanną Kołaczkowską. Już nie mogę się doczekać zobaczenia ich na żywo. 

Spotkania, rozmowy, spotkania, rozmowy, spotkania. Mogłabym tak w nieskończoność. 

Rodzinne seanse filmowe na rzutniku. Koniecznie w towarzystwie miski z maślanym popcornem.

Nauka i utrwalanie języków. U mnie intensywniejsze niż latem czytanie zaległych książek po włosku - obecnie na tapecie Cecilia Ahern i "Il dono" - "Podarunek". 

Planowanie wakacji, przeglądanie ofert i cen na lato. To daje energię i kopa. 

Porządkowanie zdjęć, tworzenie fotoksiążek. 

Życie zgodnie z mottem: Keep calm and love autumn.


piątek, 25 października 2019

Włoska migawka - 21



Overtourism to nasilające się z roku na rok zjawisko coraz większej ilości turystów odwiedzających dane miasto. Mówimy o tym zjawisku, kiedy ilość turystów znacznie przewyższa ilość mieszkańców danego miejsca. To niepokojące zjawisko jest globalnym problemem, gdyż coraz tańsze bilety lotnicze sprzyjają coraz większej ilości podróżnych zwiedzających coraz odleglejsze zakątki naszego globu. 

Taki napływ przyjezdnych ma istotny, negatywny wpływ na życie mieszkańców czy kwestie środowiska naturalnego. Wytwarzane produkty są coraz mniej lokalne i autentyczne, a globalizacja zabija rzemiosło i tradycje. Ilość turystów rośnie z roku na rok. Weźmy dla przykładu Wenecję – na jednego mieszkańca miasta na wodzie przypada według niektórych źródeł już 78 tysięcy turystów! To wydaje się niepojęte! W 2018 roku zanotowano w Italii ponad 429 milionów noclegów turystów.

Włochy ze swoimi zabytkami i pięknymi miejscami są jednym z krajów coraz bardziej odczuwających skutki nasilającego się zjawiska overtourism, czyli hiperturystyki. Turyści przyjeżdżają tu podziwiać cenne zabytki, kosztować pysznej kuchni czy nacieszyć się plażowaniem. Co roku Włochy odwiedzają miliony turystów. Masowa turystyka przeraża i zagraża zabytkom, ponieważ turyści bezmyślnie zanieczyszczają miasta i plaże, dotykają choćby fresków czy siadają na starożytnych pomnikach za nic mając kulturowe dziedzictwo. Przepełniona przestrzeń publiczna sprawia, że miasta stają się coraz trudniejsze do życia dla mieszkańców.

Chcąc ukrócić samowolę i niestosowne zachowanie przyjezdnych, a wręcz zniechęcić do podróży, wiele miast decyduje się coraz częściej na wprowadzanie zakazów i mandatów za niestosowne zachowania. Stąd wprowadzony w sierpniu 2019 roku głośny zakaz siadania na słynnych Schodach Hiszpańskich przy kościele Trinità dei Monti. Złamanie zakazu grozi mandatem w wysokości od 160 do 400 Euro. Tak władze miasta chcą uchronić zabytek i 135 rokokowych stopni wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dotychczas zakaz obejmował jedynie jedzenie i picie w  tym miejscu. Jedno z najsłynniejszych miejsc spotkań w Rzymie świeci więc od teraz pustkami pilnie strzeżone przez strażników miejskich. Pojawił się nawet pomysł zamykania schodów na noc. Przechodzić można, ale usiąść i pokontemplować położoną niżej fontana della Barcaccia już nie. Co o tym myśleć … ?



Z jednej strony zrozumiała jest konieczność walki władz miasta z często naprawdę rażącym zachowaniem turystów i dążenie do ochrony dziedzictwa kulturowego. Z drugiej … jak to?! Nie usiąść już nigdy na najsłynniejszych schodach świata i nie zjeść na nich pysznych gelato czując się niczym Audrey Hepburn i Gregory Peck w Rzymskich wakacjach?

Tłumy w Rzymie, Wenecji czy Florencji. Tłumy na plażach. Od jakiegoś czasu również w Neapolu – do niedawna omijanego jeszcze ze względu na negatywną opinię miasta i konotacje z mafią.

Co roku liczba turystów rośnie i nie łudźmy się - wciąż będzie rosła.

Lokalne władze miast borykając się z wieloma problemami wprowadzają opłaty za jednodniowe pobyty. Takie contributo di accesso musimy już zapłacić będąc w Wenecji. Za dłuższe pobyty uiszczamy tassa di soggiorno, czyli specjalny podatek klimatyczny obowiązujący między innymi w Wenecji, Rzymie, Genui, Mediolanie czy Florencji. Wprowadzane są zone traffico limitato, czyli strefy ograniczonego ruchu, gdzie wjazd samochodem grozi wysokim mandatem.



Nie wolno między innymi wieszać kłódek na mostach czy ogrodzeniach (pisałam o tym zwyczaju kiedyś tutaj), wchodzić na pomniki i ich stopnie, kąpać się w fontannach, siadać przy zabytkowych portykach czy dokarmiać gołębi (mowa o ptakach na placu świętego Marka w Wenecji). Nie na mowy o chodzeniu bez koszulki czy w strojach kąpielowych po mieście. W Rzymie zostało zabronione picie wody ze źródełek (wielka szkoda, bo woda była pyszna) i granie na instrumentach muzycznych w środkach komunikacji miejskiej. W Wenecji powoli pojawiają się specjalne bramki, które mają na celu regulować przepływ ludności. Nie usiądziemy już sobie tak zwyczajnie na murku, by posilić się panino. I mam na myśli normalny murek, nie zabytek. Możemy zostać ukarani mandatem lub zostać upomnieni.

We wspominanej Wenecji turyści nie mogą przemieszczać się z walizkami na twardych kółkach. Za takie przewinienie grozi od 100 do 500 Euro mandatu. Zalecane są jedynie bagaże o kółkach dmuchanych lub gumowych, nie generujące hałasu, a lokalne władze wprowadziły nawet atestowaną walizkę „Venice trolley”.



W Rzymie nie wolno wieszać prania od strony ulicy – w oknach czy na balkonie. Teraz wyobraźcie sobie Neapol bez tego charakterystycznego widoku … Za tak wywieszone pranie można w stolicy dostać mandat do 300 Euro. 

W Cinque Terre od 1 kwietnia 2019 roku absolutnie nie można nosić japonek, sandałów i klapek w Parco Nazionale delle Cinque Terre. Zakaz wprowadzono z powodu wielu wypadków, do których dochodziło właśnie z powodu nieodpowiedniego obuwia turystów. Tu akurat w pełni popieram i rozumiem - podobny zakaz wprowadziłabym  w polskich górach, bo widząc tak zwaną turystkę w japonkach i jedynie cieniutkim topiku na szlaku od razu zwolniłabym ratowników TOPR z obowiązku udzielania potem pomocy szpilkom na Giewoncie. Wiele osób odwiedzających Parco Nazionale delle Cinque Terre nie zdaje sobie sprawy z trudności trasy, której szlaki nie różnią się niczym od tych górskich. Złamanie zakazu może kosztować od 50 do 2500 Euro, czyli nawet 10.000 złotych.
Ludzie przybywają tu przekonani, że znaleźli się nad morzem. Morze rzeczywiście jest, ale ścieżki przypominają górskie, czasem są nawet trudniejsze. Dlatego w trosce o turystów prosimy, by nie nosić klapek plażowych czy balerinek – tłumaczył dyrektor parku narodowego Patrizio Scarpellini.
W Positano w czasie pausa pranzo czyli siesty w porze obiadu obowiązuje zakaz chodzenia po uliczkach w butach na obcasach (!). Ponadto nie można tam wyprowadzać psów bez smyczy.
Na włoskich plażach oraz częściej spotkamy się z zakazem palenia oraz używania plastikowych naczyń. Obowiązuje on już między innymi w Rawennie, w wielu apulijskich kurortach, a także na włoskich wyspach. Wprowadzane są ograniczenia ilości osób mogących wejść jednorazowo na plażę oraz opłaty za przyjemność kąpieli.



Centra historyczne miast powoli acz nieuchronnie tracą swój niepowtarzalny klimat i urok. W Neapolu mieszkańcy coraz częściej zmuszeni są wyprowadzać się z centrum, bo w ich mieszkaniach właściciele palazzi (kamienic) tworzą coraz liczniejsze Bed & Breakfast dla turystów. 
Hasło mówiące o tym, że turystyka stwarza miejsca pracy nie do końca jest zgodne z realiami. Rosnąca liczba turystów przyczynia się do coraz wyższych kosztów życia. Młodzi Włosi są wykorzystywani w licznych barach i innych punktach gastronomicznych pracując na umowach śmieciowych za grosze, a tradycyjne warsztaty rzemieślnicze wypierane są przez punkty z kebabami i tanimi pamiątkami made in China. 

Wynajem mieszkania dla turysty na portalu Airbnb daje trzykrotnie większy zarobek od wynajmu go Włochowi. Na wspomnianym portalu Airnbn jest już ponad 6000 mieszkań w centrum historycznym Neapolu zamienionych na kwatery dla turystów. Centrum zaczyna przypominać wielki lunapark, gdzie nie ma już miejsca dla rdzennych mieszkańców.



Ilość zakazów zdumiewa. Część jest w pełni zrozumiała, inne ocierają się o absurd.
Co dalej? Z jednej strony trzeba chronić unikatowe miejsca i wiekowe zabytki, z drugiej kończą się czasy swobodnego zwiedzania i podróżowania … Powoli człowiek zaczyna się czuć jak persona non grata, wróg publiczny numer 1. Globalizacja zabija spontaniczne odkrywanie wielu ciekawych miejsc, a liczne zakazy zaczynają ciążyć i ograniczać w stopniu, o jakim jeszcze przed kilkoma laty nam się nie śniło. Może przyjdzie czas, że będziemy promowani za bycie domatorami i lokalny patriotyzm lub szerzenie turystyki w miejscu swojego zamieszkania? Co przyniesie przyszłość ? Czy będziemy tylko odbywać wirtualne podróże … ?

wtorek, 15 października 2019

Dziś w menu horrory


Tak już mam, że wraz z nastaniem jesieni wracam do czytania literatury grozy i do oglądania horrorów. Kiedyś pisałam o tym tutaj. Nastrój za oknem potęguje odczuwany przez nas strach: ciemne deszczowe wieczory, spadające z drzew liście, święto zmarłych, cała ta otoczka Halloween, refleksje nad śmiercią, przemijaniem i szybko zapadający zmrok – wszystko to sprzyja odrobinę perwersyjnej ochocie na kontrolowany lęk. 

Dziś przedstawię Wam kilka tytułów, z którymi warto się zapoznać/ przypomnieć sobie (pod warunkiem oczywiście, że lubicie takie klimaty, bo przecież nic na siłę – groza wcale nie musi odpowiadać Waszym kubkom smakowym). Część z poniższych tytułów już znam, część czeka na swoją kolej do zapoznania się w drugiej połowie października i w listopadzie. Cieszę się, że to książki polskich autorów.

Książki.
Piotr Kulpa. Trylogia „Pan na Wisiołach". Mroczne siedlisko. Krzyk Mandragory.Trzeba to zabić.


Wiem wiem, nie ocenia się książek po okładkach, ale przyznacie, że te naprawdę robią wrażenie. Do kupna przekonała mnie niezawodna księgarnia Dedalus, gdzie trzy tomy zakupiłam w cenie jednego. Duszący, gęsty od strachu klimat wsi na odludziu, do której przeprowadza się rodzina Smutów. Wisioły to miejsce niemal na końcu świata, gdzieś na pograniczu realności. Niepokojący sąsiedzi, dziwne zdarzenia i zachowania, wątki kryminalne, mroczne wierzenia i zabobony. Opinie czytelników o trylogii sprawiły, że i ja nabrałam ochoty na zanurzenie się w tym świecie i realne odczucie grozy. Zobaczymy.

Piotr Kulpa. „T.T.”. Co widzisz, co się zda – jak sen we śnie jeno trwa.


To książka zawiła, nieoczywista, intrygująca. Pełna mroku i szaleństwa, schizofrenicznych klimatów. Bohater książki, Paweł Lupka przechodzi kryzys wiek średniego. Dręczony koszmarnym snem wyjeżdża do Piotrkowa i rozpoczyna tam pracę w bursie i w pobliskim liceum. 

Senne widziadła, klimat jak z Alicji w krainie Czarów. Co znajdziemy po drugiej stronie lustra? Kim są tajemnicze bliźniaki Tomek i Tymek ? Czy dzieci mogą być z natury złe? Inicjały „T.T.” przywołują na myśl bliźniaki Tidinka i Tadanka - dwóch braci zbaczających na ścieżkę zła. 

Nic tu nie jest oczywiste, a autor zabiera nas w świat rodem z sennego koszmaru pełnego dziwnych, niepokojących zakamarków ludzkiego umysłu. Biorę się do czytania i jestem ciekawa klimatu książki.

Carla Mori. „Kostuszka”. 


Historia ośmioletniej dziewczynki Konstancji, zwanej przez rodziców Kostuszką, której matka zostaje zamordowana przez włamywacza, a ojciec oskarżony o zabicie żony i aresztowany. Po tych tragicznych wydarzeniach dziewczynka zostaje oddana pod opiekę despotycznej babki i ciotki. I tu zaczyna się prawdziwy koszmar. 

Miejsce akcji nie bez przyczyny zostało osadzone w Częstochowie – książka jest krytyką fałszywej bogobojności zgodnie z powiedzeniem „klęczy pod figurą, a diabła ma za skórą”. Jest również świetnym studium patologii i przemocy. Daje do myślenia. Do tego dodajmy wątek paranormalny i nawiązania do mitologii słowiańskiej. 

Dziecięca wyliczanka O sroczce co kaszkę warzyła potęguje niepokój. Dla mnie majstersztyk. Warto. I klimatyczna okładka autorstwa Dariusza Kocurka. Dodam, że Carla Mori to jak najbardziej polska pisarka tworząca pod pseudonimem. Mam nadzieję, że napisze w przyszłości równie dobre książki.

Krzysztof A.Zajas „Oszpicyn”. 


Oszpicyn (Oshpitzin) - tak oświęcimscy Żydzi nazywali swoje miasto. Niewiele na ten temat znalazłam. 

Bohaterem jej młody dziennikarz Wojciech Jaromin. W mieście zaczynają się dziać niepokojące rzeczy – ludzie giną w makabrycznych okolicznościach, rośnie agresja, szczury atakują mieszkańców, dzieci zamieniają się w bezlitosnych morderców, a wszyscy zdają się być opętani poszukiwaniem złota, które ponoć zakopali w ziemi Żydzi, by je potem odzyskać wychodząc z obozu na wolność. Wiadomo, historia okazała się okrutna i w oświęcimskim obozie zginął ponad milion Żydów. Jednak ich duchy nadal się tam unoszą i wreszcie powracają, by domagać się sprawiedliwości. „Wszystko się łączy” – szepcze matka bohatera i nie chce powiedzieć nic więcej.

Połączenie mrocznego horroru z historią zagłady było dość ryzykownym posunięciem autora, ale według mnie bardzo udanym. Bo każdy dobry horror czy powieść grozy ma drugie dno – porusza różne kwestie: zła w człowieku, przyszłości naszej planety, chorób psychicznych takich jak schizofrenia, czy bolesnej przeszłości i brzemienia pokoleń oraz winy i odkupienia, jak to ma miejsce w tej powieści. 

Oszpicyn to powieść o szukaniu sprawiedliwości, rozliczaniu z dawnych win. To głośny krzyk o tym, by pamiętać o ludobójstwie i obozach koncentracyjnych, o ich ofiarach. Bogata w wydarzenia, wielowątkowa, wielowarstwowa fabuła nie pozostawi Was obojętnymi. Książka to typowy thriller/horror zawierający jednocześnie w sobie elementy powieści obyczajowej, liczne wątki historyczne oraz społeczne i psychologiczne. 

Wartościowe horrory są jak karczoch – pod dosłownymi opisami strasznych wydarzeń ukryte są kolejne warstwy, poruszane inne ważne kwestie. Trzeba tylko do nich dotrzeć. Polecam.

Andrzej Wardziak. „Siódma dusza”. 


To historia pięciorga młodych ludzi, którzy spotykają się na piątkowej imprezie w pewnym wiekowym domu na odludziu. To dom należący do rodziców głównego bohatera - Marcina, posiadłość odziedziczyli po tragicznie zmarłym wuju Antonim. Nie jest to jednak, jak można się spodziewać zwykły dom. Jesteśmy świadkami dziwnych niewytłumaczalnych zjawisk. Jeden z bohaterów prawie śmiertelnie się okalecza szkłem z rozbitego lustra (co takiego strasznego w nim zobaczył?) Wydaje się, że bohaterowie nie są sami, a w nawiedzonej willi-pułapce młodzi ludzie odkrywają ukryty pokój służący do nawiązywania kontaktu z zaświatami.

Mroczny klimat. Atmosfera osaczenia i dawna, niemal mistyczna tajemnica. Mgła, która sprawia, że nasi bohaterowie zapętlają się w przestrzeni i nie są w stanie opuścić terenu upiornej posiadłości. Amok i halucynacje. Do tego gęsty las i mroczne jezioro. Dobra rozrywka i zabawa na kilka jesiennych wieczorów w klimacie idealnie współgrającym z nadchodzącym Halloween. Zwłaszcza, że akcja dzieje się w październiku właśnie, w leśnym odludziu w okolicach Serocka, więc realia jak najbardziej polskie.

Zapaliłam świeczki i miło spędziłam trzy październikowe wieczory przy lekturze. Otaczający las i atmosfera narastającego zagrożenia robią wrażenie. Niemal czuje się "to coś", co depcze nam po piętach. Do tego niepokojąca okładka wspomnianego już Dariusza Kocurka, za którą otrzymał nagrodę okładki 2015 roku.

Jeśli chcecie poczuć dreszczyk i zobaczyć, jak autor zaskakuje czytelnika i umiejętnie buduje napięcie oraz opisuje rozkręcającą się panikę i szaleństwo w umysłach bohaterów, szczerze polecam. Typowa książka dla miłośników powieści grozy i horrorów klasy B. W tej klasie książka Was nie zawiedzie. Tylko nie czytajcie jej w nocy będąc w domu sami.

Edgar Allan Poe. Opowiadania. Tego pana chyba nie muszę przedstawiać. Lubię wracać do jego opowiadań i czuć ten jedyny w swoim rodzaju klimat.


„Tyle teraz horrorów i filmików w sieci obracających świat duchów w żart, że ludzie już przestali w nie wierzyć. Nie tylko wierzyć w duchy, ale i Boga, i we wszystko inne. Przestali wierzyć w zjawiska paranormalne, w demony, w cokolwiek, co wydarza się poza monitorem komputera czy telewizyjnym ekranem, w cokolwiek, czego nie da się „polubić”, lub do czego nie da się przesłać linka znajomemu. I na tym właśnie polegał sukces tej drugiej, ciemnej strony mocy.” - Andrzej Wardziak

"Te potwory, duchy jeżdżące windami - to tylko pretekst. Prawdziwy horror to człowiek i jego niezgłębiona ciemna dusza". 

"Pisarz tworzący powieści grozy to taki pisarz, który pod pretekstem pewnego gatunku próbuje przemycić poważniejsze prawdy. Czytelnik lubi się bać, ale w strachu powinien znaleźć coś, co każe mu się zastanowić, sięgnąć gdzieś do trzewi".

Krzysztof A. Zajas.

Filmy. 

Skoro książki, to i filmy w klimacie muszą być. Tym razem wybrałam sześć tytułów. Nie są to może nowości, ale fajnie je obejrzeć w ramach Halloween, najlepiej przy świetle świec z miską popcornu i nieodłącznym kakao z piankami.

Dziecko Rosemary. Klasyk Polańskiego z 1968 roku. 



Główna bohaterka (w tej roli niezapomniana Mia Farrow) jest w ciąży. Czy tytułowe dziecko, którego się spodziewa, faktyczne jest pomiotem szatana? Studium choroby psychicznej / opętania. Do widza należy interpretacja. Niesamowity klimat gwarantowany.

Misery. Film z 1990 roku, oparty na kanwie powieści Stephena Kinga. 


Najlepsza Kathy Bates. Znany powieściopisarz ulega wypadkowi samochodowemu. Z pomocą przychodzi mu Annie Wilkes, jego wierna czytelniczka, która mieszka w okolicy. W środku zimy, unieruchomiony w domu na odludziu pisarz jest zdany na opiekę kobiety, która okazuje się być niebezpieczną psychopatką.

Jako w piekle tak i na ziemi. 2014. 


Film w stylu Tragedii na przełęczy Diatłowa i Czarnobyla - filmy, o których wspominałam. Znowu mamy grupę studentów pragnących zorganizować wyprawę w miejsce otoczone aurą tajemnicy. Tym razem są to ciągnące się kilometrami pod Paryżem podziemia. Sieć wąskich i ciasnych tuneli, sterty ludzkich kości, tajemnicze legendy o ukrytym kamieniu filozoficznym. Do tego maszkara w kapturze, dziwne nagrobki, legenda o wrotach piekieł są niemal jak wędrówka po kręgach piekieł Boskiej Komedii Dantego. Klaustrofobiczny klimat osaczenia - słowem napięcie trzymające do końca. Komu z grupy uda się wyjść cało z podziemnego labiryntu tuneli? Kto przeżyje? Typowe kręcenie kamerą z ręki (tak zwana stylistyka found footage) i miejskie legendy Paryża. Emocje gwarantowane.

Wzgórza mają oczy. 2006. 


Udany remake filmu z 1977 roku. Rodzina Carterów wyjeżdża camperem na urlop po Ameryce, a dokładniej po pustynnych rejonach kraju. Tankując na stacji benzynowej wdają się w pogawędkę z pracownikiem stacji  i zgodnie z jego sugestią skracają sobie dalszą trasę jadąc wskazaną przez niego drogą. To był zdecydowanie zły pomysł. Auto łapie gumę, ojciec i syn rozdzielają się, aby szukać pomocy na odludziu, a pozostali członkowie rodziny zostają na miejscu ciesząc się pięknymi widokami i czekając na powrót mężczyzn. Jednak kiedy nastaje noc, rozpętuje się piekło… Okazuje się, że nie są sami, a w okolicy mieszkają zdeformowani kanibale-mutanty.

Mocny, lepszy od pierwowzoru, z krwawymi scenami wbijającymi w fotel. Miasteczko zniekształconych ludzi robi wrażenie. Podobnie jak ich historia."Wasi ludzie kazali naszym rodzinom opuścić swoje miasto. Zniszczyliście nasze domy. Zeszliśmy do kopalń. Spuściliście swoje bomby i zmieniliście wszystko w pył. To dzięki wam tacy jesteśmy”. Tak mówi w jednej ze scen zdeformowany.

Okrucieństwo i efekty specjalne to jedno. Ostrzeżenie przed niszczeniem środowiska, eksperymentami z bronią atomową i igraniem z naturą to drugi, nie wiem, czy nie ważniejszy aspekt filmu. Bo jak to często w tego typu filmach bywa, fabuła ma ukryte znaczenie, coś ważnego do przekazania. Strach jest dobrym nośnikiem szerszej wizji. To ma miejsce również w tym filmie

Autopsja Jane Doe2016. 


W domu na odludziu policja znajduje zwłoki zmasakrowanej rodziny, a w piwnicy pogrzebane ciało młodej dziewczyny. Denatka o nieznanej tożsamości trafia do kostnicy, w której pracuje koroner i jego syn. Próbują oni rozwikłać zagadkę śmierci kobiety. Wtedy rozpętuje się piekło. Kim była dziewczyna? Czarownicą? Czy miała coś wspólnego z siłami nieczystymi? Jakie znaczenie mają ślady obrzędów rytualnych znajdujące na ciele Jane (tak nazwali dziewczynę)? 

Patolodzy sądowi muszą skonfrontować się z prawdziwym koszmarem. Straszny klimat podziemnego prosektorium, stara psująca się winda służąca do transportu zwłok, szalejąca na zewnątrz burza, awaria prądu. Do tego powtarzająca się niepokojąca dziecięca piosenka i złowieszcze dźwięki dochodzące z ciemnego korytarza. Brrrrrr….!

Wcielenie. 2016. 


Naukowiec, który posiadł umiejętność wnikania w podświadomość umysłów osób opętanych podejmuje próbę ratowania opętanego chłopca. Do tego Watykan, kwestia innego spojrzenia na egzorcyzmy i ciekawie poprowadzony scenariusz. To bardziej thriller, niż horror, ale szczerze polecam. Niektórzy widzą w nim podobieństwo do filmu Incepcja i mają w tym sporo racji.

To jak, na co z tego menu się skusicie?

Mrok jesieni jest nam potrzebny, by docenić światło i grudniową świąteczną radość. Pod studium zła kryją się często ważne dla nas przesłania. Bo pobać się w sposób kontrolowany jest fajnie, a wyciągnąć wnioski z tych strachów jeszcze lepiej. Pamiętajcie o tym oglądając horror bądź czytając coś z literatury grozy w ciemny jesienny wieczór.