piątek, 4 sierpnia 2017

Podczytane w autobusie

Też tak macie, że podróżując środkami komunikacji miejskiej szukacie inspiracji? Inspiracji za oknem i inspiracji wsród jadących ludzi? Pominę tu oczywiście kwestię skrajnego tłoku, gdzie pani obok chcąc-nie chcąc wciska mi mimowolnie parasol w żebra, a gość po drugiej mojej stronie ciągle depcze po butach. Pominę kłótnie o wolne miejsce, tudzież ciągłą zmianę siedzeń niczym w jednej ze scen znanego nam Dnia świra. Pominę kierowcę, który hamuje jakby wiózł worek kartofli, a nie ludzi. Pominę rozmawiającego głośno faceta, który nic sobie nie robi ze współpasażerów i ryczy do słuchawki tak, że słyszy go każdy i wszyscy wiedzą o Zenku, który "w ten weekend nie pojedzie na ryby, bo musi zapier... na budowie" (cytat autentyczny, z tą różnicą, że mowa była nie o Zenku). Nie będę pisać o różnego rodzaju wyziewach, pasażerach-monsterach (w Warszawie jest teraz taka pomysłowa akcja w autobusach "Bądź życzliwym pasażerem zamiast być monsterem").

Wszelkie niedogodności zostawiam dziś na boku.

Tak więc będzie o kilku inspiracjach. Zawsze lubię patrzeć na ludzi. O ile nie czytam właśnie książki lub nie kontempluję miejskich widoków przez szyby, to patrzę na współpasażerów. Wczoraj naliczyłam tylko obok mnie w autobusie 10 (!) osób scrollujących telefony. Ci mnie nie interesują. Interesują mnie Ci czytający. I tym samym mnie inspirujący.

1. Młoda kobieta czytająca fiszki języka hiszpańskiego. Fiszki są wspaniałą metodą nauki obcego języka. Tak mnie zainspirowała tymi fiszkami, że nabyłam własne - Włoski na ostro. Teraz zabieram te fiszki z sobą i powtarzam w autobusie niecenzuralne włoskie zwroty, zwłaszcza, że części nie znałam. Świetny pomysł na naukę, polecam!


2. Chłopak trzymał w ręku książkę ... Zapamiętałam tytuł i okładkę z motylami, odnalazłam, kupiłam i właśnie skończyłam czytać. Momentami pisana naiwnym językiem, ale ogólnie z głębszymi przemyśleniami o (często wątpliwej) jakości naszego życia. Ponieważ lubię wszelkiego rodzaju balsamy dla duszy, daję solidną czwórkę z plusem i stwierdzam, że warto było przeczytać.


3. Dziewczyna przeglądająca w metrze wydanie specjalne Italia mi piace. Kupuję regularnie, ale o wydaniu specjalnym nie miałam pojęcia. I od razu popędziłam do Empiku. Dla wszystkich Italofilów pozycja obowiązkowa, zwłaszcza, że numer w całości poświęcony jest Wiecznemu Miastu.


4. Podróże. W sierpniowym numerze, który czytał jegomość w średnim wieku znalazłam mnóstwo artykułów o Włoszech - jezioro Garda, Palermo, Toskania, Kalabria, a wreszcie artykuł o włoskich miejscach w znanych filmach, który polecam na początek lektury. Zerknęłam jegomościowi przez ramię i sama kupiłam numer, bo lubię mieć czasopisma podróżnicze z artykułami o Włoszech. Poza tym nie dałabym rady przy tak niewygodnym wykrzywieniu szyi przeczytać całości od współpasażera ;-)


Jazda autobusem, metrem czy tramwajem może naprawdę zainspirować do ciekawych lektur. Tak już mam, że lubię dyskretnie zaglądać ludziom przez ramię co czytają. Zapamiętuję tytuły, a potem sprawdzam i dowiaduję się tą drogą o wielu wartych poznania pozycjach.

Otwartych oczu Wam życzę, czy to w metrze, w tramwaju czy w pociągu w drodze nad polskie morze lub w samolocie lecącym do... Italii lub dokądkolwiek zmierzacie!

PS. Chwilowo mnie tu nie będzie, wyjeżdżam służbowo do pewnego włoskiego miasta i mam nadzieję po godzinach pracy złapać dla Was kilka kadrów i przemycić na blog.
PS.2 Wybaczcie nieostre zdjęcia, muszę wybrać się z aparatem do serwisu, bo coś niestety kiepsko łapie ostrość.

CDN.

środa, 2 sierpnia 2017

Włoska książka - 4

Jak na razie w cyklu "Włoska książka" zostali zaprezentowani sami panowie. Dziś wreszcie przyszła kolej na płeć piękną literatury włoskiej. 

Margaret Mazzantini to bardzo poczytna we Włoszech pisarka, laureatka wielu nagród. Wybrałam jedną z jej najbardziej znanych powieści: "Zatrzymaj się" (Non ti muovere). To powieść o nieoczekiwanej, nieoczywistej, ciężkiej i bolesnej miłości. A raczej o dzikiej, niszczącej namiętności, która zamienia się w prawdziwą miłość.



Bohater, znany ceniony chirurg ma zdawałoby się wszystko: piękną żonę, córkę, grono przyjaciół, stanowisko i prestiż w zawodzie. I wtedy spotyka ją... Nie nie ... Żadną piękność, lecz zwykłą, biedną kobietę z przedmieść. Chudą, wyniszczoną, prostą, która "była jak klaun, którego cyrk zapomniał zabrać ze sobą". Wszystko to rozgrywa się równolegle z wypadkiem, jakiemu ulega piętnastoletnia Angela - córka bohatera. 

Książka o tym, jak jedna chwila potrafi wywrócić nasze życie, powieść o ludzkiej naturze, cierpieniu, strachu, zatraceniu się w miłości. Studium emocji i psychiki człowieka. Powieść o zagubionych duszach, które siebie odnadują.

Nie napiszę więcej. Może tylko tyle, że jeśli nie macie czasu na czytanie, to na podstawie tej powieści został nakręcony świetny film "Namiętność", w którym główne role zagrali Penelope Cruz i Sergio Castellito (znany włoski aktor będący jednocześnie reżyserem tego filmu). Ostatnio trafiam na świetne filmy z Penelope Cruz - mniej znane, a naprawdę warte uwagi. Smutne, rozdzierające, z kategorii "śmiech przez łzy", ale piękne, jak choćby film "Mama" z 2015 roku z jednym z moich ulubionych aktorów, jakim jest Asier Etxeandia

Zostańmy jednak przy kinie włoskim. Jeśli ktoś ma ochotę na porządne włoskie kino, to gorąco, niemal tak gorąco, jak jest gorąco w te ostanie dni, polecam ten film jako alternatywę dla książki Margaret Mazzantini. Ekranizacja naprawdę zdaje egzamin, a Penelope Cruz gra tak prawdziwie, że wierzę w każdą jej emocję, w każdą scenę. 

Już wkrótce więcej o wartych obejrzenia włoskich filmach.

A presto, mamy już sierpień, uwierzycie?!

Kadr z filmu "Namiętność" - Penelope Cruz i Sergio Castellito

czwartek, 20 lipca 2017

Włoska migawka - 14


Dog parking - gdzieś w Bolonii.

wtorek, 18 lipca 2017

La brutta vita


Nawet jeśli jestem geograficznie daleko od Włoch, lubię przemycać włoskość do mojego życia codziennego tu, w Polsce, o czym już pisałam

Kawa musi być. Najlepiej ta dobra, prawdziwa z ziaren, z kawiarki, a nie napój kawopodobny czyli kawa rozpuszczalna. Ok, w pośpiechu lubię nawet ten napój kawopodobny, ale pijąc prawdziwa kawę, czując jej aromat i głębię przenoszę się daleko na Półwysep.

Książki również pozwalają mi przenieść się mentalnie do Italii. Niektóre pisane są tak sugestywnie, że niemal słyszę odgłosy ulicy w Neapolu, wieczorne życie na Zatybrzu, czy szum fal nad morzem w Taorminie. Ponieważ chwilowo na urlop nie mam szans, barwne opisy przenoszą mnie daleko daleko.

Płyty w włoską muzyką. Wtedy nawet ciasnota w autobusie niestraszna - zamykam oczy i jestem na porannym włoskim espresso przy kontuarze jednego z barów.

Ostatnio Spotify umożliwia mi zasłuchiwanie się w stare włoskie piosenki takich wykonawców jak Fred Buscaglione (Guarda che luna) czy Peppino Gagliardi (Come un ragazzino, Che vuole questa musica stasera). I to nie jest wcale tak, że lubię taką muzykę, bo się starzeję. Zawsze lubiłam takie klimaty:


Naiwne, ale pełne uroku piosenki, aranżacje z duszą. Muzyka starej daty.


Włochy to jednak nie tylko sielanka i dolce far niente. Tak o tym wspominam, bo ostatnio przeczytałam kilka kolejnych książek o ciemnej stronie Italii. Dlatego dziś kilka migawek na pocieszenie tym, którzy wzdychają, że gdzie indziej jest lepiej. Take małe przypomnienie, że każdy kraj ma swoje szare, brudne i ponure kąty. Znamy w końcu powiedzenie "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma". Ale czy na pewno? 

Włochy to często biedny kraj zamieszkały przez bogaczy. Positano i Amalfi dla dobrze usytuowanych, a obok targowiska jak nasze bazarowiska w tym gorszym wydaniu, brud, absurdy, oszpecające graffitti na murach, imigranci, afery z niewywożonymi śmieciami i grande casino (bałagan - eufemizm) w bocznych uliczkach z dala od oczu turystów.

Oto la brutta vita w kilku kadrach:


I dla kontrastu:

Źródło: internet
Dopiero dostrzegając takie kontrasty poznaje się naprawdę dany kraj, nawiązuje z nim więzi.

Obiecuję jednak w przyszłości pisać już tylko o tej jasnej stronie Włoch i oszczędzić brzydszych zdjęć. Inaczej stąd uciekniecie, vero

poniedziałek, 10 lipca 2017

Włoska książka - 3




Amadeo Letizia. Paola Zanuttini. "Urodzony w Casal di Principe". Ta książka nie jest dla każdego. To raczej pozycja z tych, po które sięgają osoby zainteresowane konkretnym tematem, pragnące zgłębić daną kwestię. Albo Italofile czytający wszystko, co tylko im wpadnie w ręce związanego z Italią. Nie tylko tą piękną, pocztówkową, kolorową i pełną dolce vita, ale też tą skorumpowaną, pełną afer, absurdów, krwawych porachunków, imigrantów, ton śmieci i nielegalnie zdeponowanych odpadów.

Tym razem tematem książki jest włoska mafia. A raczej życie napiętnowane jednym słowem: Casal di Principe. Casal di Principe to miejscowość w Kampanii, niepisana stolica przestępczości zorganizowanej. Jak to jest mieć wpisane w dowodzie jako miejsce urodzenia właśnie to miejsce? Miejsce demonizowane, naznaczone krwawymi porachunkami bossów, będące niczym plama na honorze Italii? Czy każdy mieszkaniec ma powiązania mafijne? Jak tam się żyje na co dzień? Jak się wyrwać z tego miejsca, zaklętego kręgu - jak nie pójść drogą sprzeczną z prawem? Na te pytania odpowiada autor, znany we Włoszech aktor, reżyser i producent filmowy. 

Nie jest to książka z fabułą, raczej subiektywne spojrzenie na słynne Casal di Principe, na młodość spędzoną właśnie tam. To historia bardzo osobista, opis drogi, jaką przebył autor, by wyrwać się z tego miejsca i spod jego czaru (a może swoistego fatum, przekleństwa). Opis własnych demonów idących za autorem na długo po opuszczeniu kolebki mafii. Opis maczyzmu mieszkańców - agresywnych z natury, zapalczywych, nieufnych, zaczepnych i zuchwałych. 

Amadeo Letizia stracił dwóch braci - jeden miał podejrzany wypadek samochodowy, drugi zaginął bez śladu - najprawdopodobniej został zlikwidowany przez mafię. Pobożna matka, despotyczny ojciec, szarpanie się między dobrem, a złem. Jedno wielkie rozdarcie. Nuda włoskiej prowincji, brak perspektyw i kusząca wizja szybkiej kryminalnej kariery wśród młodych gniewnych. Poszukiwania jakichkolwiek śladów zaginionego brata, niedopowiedzenia, strach, półcień, półprawdy, rozpacz wobec nieudolnie prowadzonego przez karabinierów śledztwa, szybko i w podejrzany sposób umorzonego.

Ciemna strona Italii, gdzie w pełnym słońcu dzieją się rzeczy mroczne.

Kilka fragmentów książki:

"W Casal di Principe nic nie jest niewinne. Nawet w dziecinnych zabawach robiliśmy sobie krzywdę". 

"Kamorystą człowiek się staje. W Casal di Principe się rodzi. I nie wymyślił tego Saviano".

"Chłopcy z Casal di Principe czuli się jak samochody stojące w blokach startowych, z zapalonymi silnikami, ale nieruszające z miejsca".

"Wydawało mi się wtedy, że my, mieszkańcy Casal di Principe, jesteśmy normalni, a inni to pomyleńcy. Musiało minąć wiele lat, żebym zmienił zdanie".

"Nas, mieszkańców Casal di Principe, wszędzie znano, za każdym razem, gdy jeździliśmy do Caserty czy Neapolu, żeby na przykład zakontraktować owoce, zostawialiśmy po sobie ślad. Jakby to powiedzieć... Byliśmy gotowi na wszystko". 

"Dla zabicia nudy odwiedzało się bary, tylko że tam nuda puchła jeszcze bardziej, nabrzmiewała jak ciężka deszczowa chmura, która wszystko spowija. Kto chce zrekonstruować najsławniejsze kariery kryminalne mieszkańców Casal di Principe, powinien odwiedzić miejscowe bary. To mikrokosmos plotek, zawiści, frustracji, rywalizacji, odwetów. Z braku ciekawszego zajęcia w ciągu spędzonych tam długich godzin wymyślali strategie, fajdy, kodeksy wierności i reguły ślepego, bezrozumnego posłuszeństwa".

"W mieście mieliśmy wiele barów, być może w innych można się było lepiej zabawić, ale chodziło się zawsze do tego samego, żeby ktoś nie pomyślał, że zdradziłeś".

"Tutaj zawsze tak było. Państwo pojawiało się na chwilę, robiło dużo hałasu, jakieś pokazowe akcje bez konkluzji, po czym znowu znikało. A my nadal nie wiemy, co jest w nasypach między Nolą a Villa Literno na północ od Casal di Principe, skąd wzięła się ta ziemia, z jakimi truciznami jest wymieszana".

"W Casal di Principe jest jak na afrykańskiej sawannie - albo jest się lwem, albo gazelą".

"W miasteczku zdano sobie sprawę z istnienia Camorry dopiero wtedy, kiedy zaczęło być o niej głośno".

"Jak to możliwe, że nie mogę znaleźć drogi do Casal di Principe?
Znajduję wytłumaczenie psychologiczne.
- Może to dobrze. To znaczy, że już nie przynależysz do tego miejsca".

"Ja też jestem casalese, bo urodziłem się w Casal di Principe. Chociaż stąd uciekłem. Chociaż byłem w Cannes, Wenecji i Toronto. I to nie jako turysta, tylko z moimi filmami".

"Casalese jest tożsamością niewygodną, dwuznaczną, obciążającą".

"Dla ludzi z Casal di Principe informacja w dokumentach o miejscu urodzenia zaczęła być problemem dopiero od sukcesu Gomorry Roberto Saviano" (włoski autor głośnej książki Gomorra o mafii we współczesnych Włoszech, który od lat musi żyć w ukryciu pod obstawą policji, gdyż naraził się bossom prowadząc własne śledztwo i demaskując mafiosów).

"Kiedy dojeżdżam do Casal di Principe i widzę otaczające je pola, zachwycam się i wzruszam jak emigranci powracający do kraju. Ale zaraz przychodzi mi na myśl całe to gówno, które tu wyrosło".

Casalese to tożsamość, przekleństwo, pewne cechy, które sprawiają, że łatwiej wpaść w sieć mafii. O tym jest ta książka. O wiecznym rozdarciu - chęci zapomnienia o tym miejscu przy jednoczesnym wewnętrznym imperatywie, by pamiętać i powracać. 

Kto jest chętny zajrzeć w mrok, tego zachęcam do lektury tej niewielkiej, bo niespełna 200-stronicowej pozycji, którą mimo ciężkiego tematu szybko się czyta.

A jeśli to dla Was za przyciężki kaliber, wkrótce znowu napiszę o jaśniejszych stronach Italii. W końcu mamy lato, czas wakacji, odpoczynku i myślenia o lekkich sprawach, a nie o problemach współczesnego świata.

A prestissimo!

poniedziałek, 3 lipca 2017

Witaj lipcu

Dopiero co był maj, obłędnie pachniały bzy. Dopiero co był czerwiec i truskawki na tysiąc sposobów. Nagle patrzę w kalendarz, a już zaczął się lipiec. Pół roku minęło nie wiadomo kiedy. 

Witaj lipcu!


W sierpniu będzie rok odkąd prowadzę ten blog. Przygotowałam już z tej okazji małą niespodziankę.

Faktem jest, że nie mam czasu zabiegać o czytelników, mniejszy tu ostatnio ruch. Cieżko mi z intensywnej doby wykroić jeszcze czas na aktywne przebijanie się w blogosferze - przy dwóch ruchliwych chłopaczkach i intensywnym życiu zawodowym blog schodzi na dalszy plan. A raczej schodzi na dalszy plan pokazywanie się w różnych miejscach w sieci w taki sposób, by ludzie tu trafili.

Z drugiej strony nie piszę dla setek wejść, piszę po prostu. Z potrzeby chwili, serca oraz duszy i niechaj tak zostanie. Ostatnio mniej komentuję na blogach innych, mniej zostawiam swoich śladów. Niech więc trafia w moje skromne progi ten, kto ma tu trafić. Zmiany na blogu nastąpią, ale jesienią.

A najważniejsze jest szczęście i życie zgodne z definicją:


Tymczasem nadszedł luglio. Czerwiec był miesiącem samych dobrych wydarzeń.

1. Wygrałam bilety do Magicznych Ogrodów na blogu Kamili. Jeśli jeszcze nie znacie Jej bloga, zajrzyjcie koniecznie.
2. Zmieniłam błyskawicznie pracę, zmieniam ścieżkę zawodową, wyznaczyłam sobie nowe cele, powoli będę teraz konsekwentnie do nich dążyć. Priorytetem pozostanie język włoski i dążenie do jak najczęstszego używania go.
3. Przeczytałam kilka książek motywacyjnych. Takich nigdy za dużo.
4. Miałam fajne spotkania z pozytywnymi ludźmi.
5. Wpadło mi do głowy sporo pomysłów na blog.
6. Poznałam przez Skype'a Monikę Juniewicz - niezwykle sympatyczną, pozytywną i mądrą kobietę. Zajrzyjcie tutaj.
7. Otrzymałam maila od Pani Małogosi Matyjaszczyk. W ogóle jakoś więcej otrzymuję pozytywnych znaków od czytelników poza samym blogiem, ale to chyba dobrze. Zawsze na pierwszym miejscu będę stawiała kontakt bezpośredni.
8. Przemyślałam metody nauki języka włoskiego na przyszłość, o czym pewnie wkrótce napiszę.
9. Wzięłam udział w przedszkolnym teatrzyku rodziców i pikniku rodzinnym zamykając tym samym wspaniały pierwszy rok mojego przedszkolaka.
10. Mam dużo energii i planów na drugą połowę roku, ale o tym w swoim czasie.

Mam nadzieję, że u Was podobnie - planujecie, realizujecie marzenia i czerpiecie z bycia tu i teraz ile tylko się da.


Lipiec to czas wakacji, ale nie dla wszystkich. Nie każdy wyjeżdża akurat latem. Nie każdy może. 
Spróbujcie popodróżować choć mentalnie, choćby to było tylko palcem po mapie. Od tego zaczynają się małe marzenia, które potem ewoluują w wielkie projekty.

Sycylia, widok na morze w miejscowości Gioiosa Marea
Liczy się ciągła motywacja, praca nad nią, bo przy gorszych momentach ona maleje. Ważne, by ją podlewać naszymi pasjami, marzeniami, celem, który mamy ciągle przed oczami.

A skoro o motywacji mowa, poniżej kilka książek, które mnie ostatnio zainspirowały, nauczyły czegoś nowego bądź przypomniały o tym, co tkwi w nas gdzieś głęboko, a co pędem codzienności zabijamy bądź zagłuszamy.

1. Richard Paul Evans. Drzwi do szczęścia. Uwielbiam książki tego autora, często spisuję jego cytaty i przemyślenia. Tu autor również przytacza cytaty ze swoich powieści, opisuje różne przeżycia, które zdarzyły mu się po coś. Niezwykle wciągająca i inspirująca lektura.


2. Joseph Murphy. Potęga podświadomości. Książka-klasyk, do której warto co jakiś czas wracać i przypominać sobie mądrości w niej zawarte.


3. Meera Lee Patel. Zacznij od dziś. Poznaj siebie. O ile nigdy nie zrozumiem książek w stylu "Zniszcz ten dziennik" (właśnie wyszło nowe, kolorowe wydanie tego dziwactwa), o tyle takie twórcze książki uwielbiam. Motywują, zmuszają do zajrzenia wgłąb siebie i dialogu z sobą właśnie. Dialogu, na który stanowczo za mało przeznaczamy czasu w tym zabieganym świecie. Piękne ilustracje oraz motta autorki/zaczerpnięte przez nią od innych śledzę z przyjemnością na Instagramie.


5. John Acuff. Zawodowo od nowa. O zmianach, wypaleniu zawodowym, momencie utknięcia i poszukiwaniu własnej drogi. O zapale, pasji, szukaniu siebie i swojego przeznaczenia w świecie pracy.


6. Jeff Goins. Poznaj siebie i znajdź swoją drogę. O powołaniu i odnajdywaniu pracy, która jest naszym sensem i spełnieniem.


Takie książki uważam za inwestycję w siebie i nie żal mi na nie pieniędzy. Zakreślam w nich ważne myśli, przyklejam karteczki i co jakiś czas do nich wracam, bo umysł, podobnie jak ciało, jest leniem i trzeba go gimnastykować.

Gdziekolwiek spędzicie lato, otaczajcie się fajnymi ludźmi. Zróbcie sobie internetowy detoks. Poczytajcie dobre książki. Powycinajcie zdjęcia i wyrazy z gazet, które Was inspirują. Lato jest świetną porą na to, by zrobić nowe plany. 

Pół roku mamy za sobą. Dobrze, gdyby druga połowa była równie interesująca, co pierwsza. A nawet bardziej.

Alla prossima lettura!

Tramonto - zachód słońca na Sycylii

niedziela, 25 czerwca 2017

Granice normalności

Tak sobie jeżdżę do pracy i w drodze rozmyślam o tym i owym. Czy to ja jestem nienormalna, czy to świat nienormalnieje... Chyba do przemyśleń zainspirował mnie mijany codziennie plakat.




Patrząc na kolorowe hasło o niewolnikach snuję refleksje.

Prawie wszyscy w autobusie i na stacji metra wpatrzeni w ekrany komórek. Scrollują (czytaj: przewijają zawartość ekranów) czyli Facebook'ów i innych, kciuki mają już spłaszczone i zdeformowane do granic możliwości.

Szara masa wysiada z metra, autobusów i tramwajów i pędzi do szklanych biurowców ze smyczami na szyjach.

W biurach o niebotycznych rozmiarach każdy siedzi przyklejony do ekranu komputera, osiem godzin bez rozmowy. Rozmowy - jeśli już się toczą - to wokół targetów, FTE, Time sheet' ów i KPI. Bo po co rozmawiać o czymś innym. W końcu jesteśmy korpoludkami wyrabiającymi wyniki i tylko to się liczy. Zysk się liczy. Jesteś wydajny albo nie i to jest wyznacznikiem Twojej wartości. 

Generujemy kasę i nabijamy konto jakiemuś bogaczowi. Bogacz potrafi pięknie mówić o wartościach i misji firmy, o kodeksie etycznym i poszanowaniu drugiego człowieka, ale wchodząc do biura z wizytą w Polsce nie powie nawet ogólnego dzień dobry mijanym pracownikom. 

Korporacje. Zniewolenie XXI wieku. Mózg mimowolnie buntuje się przeciw korpo-myśleniu. A jednak w tym tkwimy. Tylu z nas. 

Kolejne zniewolenie - technologie.

Na występach mojego synka w przedszkolu rodzice nie patrzą na swoje dzieci, ale na sprzęty-kręcą filmiki, robią zdjęcia. W tej pogoni za utrwaleniem chwili ucieka im to, co najważniejsze - ta chwila właśnie. Nie patrzą dzieciom w oczy, a w smartfony tudzież inne i-Phony. Sama się na tym złapałam i ogarnęło mnie przerażenie. "Nigdy więcej nie patrzeć na moje dzieci przez pryzmat telefonu komórkowego" - przyrzekłam sobie.

W świecie walki o pracę nie istniejesz, jeśli nie masz konta tam, gdzie trzeba. Nie istniejesz przecież bez takich wynalazków jak Facebook (Fakebook), Goldenline czy LinkedIn. Nie ma Cię, jeśli nie relacjonujesz dzień w dzień swojego życia na You Tubie lub na Instagramie. Najwięksi Youtuberzy biją rekordy odsłon i polubień - im większe głupoty pokazują, tym lepiej. Jest już coś takiego jak zawód Youtubera (hmmm?)


Rosyjscy nastolatkowie prześcigają się w robieniu sobie selfie na wysokościach - im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej. 


Źródło: internet
Były już "Dziennik cwaniaczka" i książki dla nastolatków w stylu "Zniszcz ten dziennik" z zadaniami typu "Pobrudź tę stronę i podepcz" (?) 

Było ogólnoświatowe szukanie Pokemonów (może lepiej poszukać choćby jakiejś szczątkowej ilości szarych komórek u siebie samego?) 

Była słynna śmiertelna gra Niebieski Wieloryb. 

Gdzie w tym wszystkim homo sapiens? Został homo iphonus i homo corporaticus. Homo egoistus i homo vulgaris. Bo słowa na k, p, ch są na porządku dziennym. Słyszane od ludzi zdawałoby się na poziomie. Zdawałoby się, otóż to.

I tak mi jakoś smutno w tym korpo-świecie, do którego jestem zupełnie nieprzystosowana. Ale wiem, że najważniejsza jest wierność samemu sobie. I słowa z Dezyderaty: "Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj jaki pokój może być w ciszy".


Robię sobie koktajl z truskawek, maślanki, nasion chia i mięty zainspirowana świetną książką "Koktajle. Naturalne źródło witalności" z pięknymi zdjęciami i wspaniałymi przepisami. Patrzę jak rosną rośliny na tarasie. Słucham muzyki Chopina na żywo w Łazienkach warszawskich, spaceruję, wyciskam z weekendów ile tylko się da i myślę sobie - "Teraz mi dobrze". 



Tylko dlaczego ten chory świat pędzi tam, gdzie jest zysk? Gdzie w nim miejsce dla humanistów, ludzi kultury, sztuki? Dla chcących naprawdę pomagać innym? Czy naprawdę liczy się tylko gross margin? Gdzie w nim miejsce dla genetycznie nieporzystosowanych do korpo-iluzji?

Patrzę jeszcze raz na plakat. I nagle nie widzę niewolników, lecz kolorowe słowo "WOLNI". Jesteśmy wolni. W naszych umysłach, snuciu marzeń. Możemy wszystko.

Pamiętać o tym, co ważne, nie pogubić się w dzisiejszym zwariowanym świecie. Oto mój cel.



Zajrzyjcie koniecznie tutaj Wspaniali ludzie z Torunia tworzą billboardy, murale i plakaty-dzieła sztuki. W polskich miastach wyklejają nimi przestrzeń i zmuszają do myślenia, refleksji. Bawią się kolorem i słowem. Poruszają. Wspaniałe. Poniżej kilka plakatów - źródło: galeriarusz.



Przyznacie, że świetne? Może ktoś napotkał jakiś plakat ich autorstwa?