niedziela, 14 stycznia 2018

Włoska książka - 6



Początek 2018 roku przywitałam włoską książką. Zamierzam zresztą przeczytać ich sporo w tym roku. Lista włoskich tytułów do przeczytania ciągle się wydłuża. Dzisiaj mała, pozornie niepozorna książka włoskiego dziennikarza i publicysty "Niech ci się coś pięknego przyśni". Najlepiej sprzedająca się książka we Włoszech w 2012 roku. Miałam ją kupić w oryginalnej wersji będąc w sierpniu w Mediolanie, ale musiałam zrezygnować, bo byłam bliska wykupienia połowy księgarni Feltrinelli i płacenia  tym samym majątku za nadbagaż.

Massimo Gramellini napisał piękną powieść będącą wspomnieniami 9-letniego chłopca, który w Sylwestra traci matkę. Nie potrafiąc poradzić sobie z jej śmiercią ucieka w świat fantazji. Massimo to poniekąd sam autor - książka zawiera wiele wątków autobiograficznych. "Niech ci się coś pięknego przyśni" - zwykła mawiać matka do Massimo.

To wspaniała lekcja życia - historia odkrywania prawdy o okolicznościach śmierci najbliższej osoby i drogi do wybaczenia. To opowieść o życiu w cieniu wiecznej tęsknoty, o dojrzewaniu, odnajdywaniu samego siebie. To odwieczne pytanie o to, czy zawsze należy mówić ludziom prawdę, choćby była ona najgorsza - w końcu kłamstwo zawsze wyjdzie na jaw i ma często niszczycielską moc. To pytania o szczęście i jego istotę, o to, co tak naprawdę jest ważne w życiu każdego z nas.

Książka zostawia w czytelniku ślad. Niby żadne fajerwerki jeśli chodzi o fabułę, a porusza ona jakąś strunę w sercu i duszy, ujmuje, ma jakiś własny niepowtarzalny urok i nostalgię. Stanowi skarbnicę wielu bardzo osobistych, a jednak uniwersalnych ludzkich przemyśleń. Mój egzemplarz cały jest w karteczkach post-it, którymi zaznaczałam istotne fragmenty. Spodziewajcie się trochę śmiechu, trochę łez. Dorzućcie do tego wspaniały język. Bo mimo poruszanych ciężkich tematów jest lekki. Miałam wrażenie, że ślizgam się swobodnie czytając kolejne zdania. Dodam, że moja przyjemność czytania jest podwójna, kiedy czytam książki włoskich autorów w przekładach wykładowców Italianistyki, z którymi x lat temu miałam zajęcia: tak było i w tym przypadku.

Jak tu pisać o książce nie opisując jej treści? To niezwykle trudne. I chyba wcale nie chcę Wam zdradzać fabuły, bo po co? Ci których na tym etapie zainteresowałam, z pewnością sięgną po ten tytuł nie znając więcej szczegółów z historii Massimo. Powieść przeczytałam w dwa wieczory. To chyba najlepsza rekomendacja. Jeśli lubicie trochę psychologii, odrobinę retrospekcji i piękne powieści o ludzkich losach, ta książka Was nie zawiedzie.

Prostym językiem można napisać niezwykłą książkę.

Na podstawie książki powstał włoski film o polskim tytule "Słodkich snów". Ja na pewno obejrzę. Tak się składa, że można go będzie obejrzeć na Canal Plus - jeśli ktoś z Was ma ten kanał: najbliższa emisja już 18 stycznia.

Na zachętę - zamiast ujawniania treści - kilka fragmentów książki. Choć nie oddają one do końca klimatu i kilku włoskich smaczków-ciekawostek ukrytych na kartkach książki.

"Jeśli marzenie jest twoim marzeniem, tym, dla którego przyszedłeś na świat, możesz spędzić całe życie, kryjąc się za maską sceptycyzmu, ale nigdy nie uda ci się od niego uwolnić. Będzie w dalszym ciągu wysyłać ci rozpaczliwe sygnały, takie jak nuda i przygnębienie, ufając, że się w końcu zbuntujesz".


„Śnijcie piękne sny. Oboje. Kiedy śni się razem, są więcej warte.” 

"– Boisz się śmierci?
(...) – We wczesnej młodości otarłam się o śmierć. Odtąd ją znam i nie myślę o niej. Wiem, że jest to przejście z jednego wymiaru w drugi, od materii do antymaterii. Egipcjanie nazywali to Wyjściem na Światło. Już mniej przeraża, prawda?
– A życie?
– Przeraża mnie, że mogłabym je zmarnować. Jeśli śmierć jest podróżą, wyobrażam sobie, iż życie stanowi cenę biletu
- Umierać to nic; straszne jest nie żyć."


"Ponieważ rzeczywistość okazała się krwawym tyranem, poprosiłem o azyl wyobraźnię".
A ja Wam życzę, żeby Wam się jak najczęściej coś pięknego śniło.



wtorek, 9 stycznia 2018

Wszystkiego włoskiego!


Witajcie! Nie było mnie tu ponad miesiąc. Praca pochłonęła mnie na tyle, że po niej nie miałam już ani czasu, ani sił na to miejsce. A potem przyszły Święta - tym bardziej bycie offline było wskazane. Muszę szczerze przyznać, że chwila oddechu, nabrania dystansu i zwyczajnego bycia tu i teraz bez rozpraszaczy i odciągaczy, jakimi bywają różnorakie treści zamieszczane w sieci bardzo mi się przydała.

Czasem przerwa jest potrzebna. Wracam ze zdwojoną energią i pomysłami oraz tematami do wpisów. I cicho tylko wypowiadam w myślach życzenie, by starczyło mi wolnych chwil na stopniowe wprowadzanie tutaj zamierzonych i zapowiadanych już w przeszłości zmian, dobrego światła do zdjęć i ciągłych szczerych zachwytów. Oraz wiary w to, że warto pisać. W pisaniu przyjmuję zasadę "Mniej znaczy więcej". Więc pewnie wpisy pojawiać się będą rzadziej, ale z lepszymi zdjęciami i bardziej dopracowanymi treściami.


Czego życzę Wam i sobie na ten 2018 rok?

Zachwytów nad ludźmi, miejscami, książkami. Nad Italią. Zachwytów nad pozornie banalnym, nad codziennością. Wprowadzania w codzienność nowego i dobrego. Łamania rutyny. Radości z tego, co mamy, a nie dopatrywania się u innych tego, czego nam brakuje. Jeśli już to robimy (wszak taka jest nasza ludzka natura - nie oszukujmy się), róbmy to tylko po to, aby pozytywnie wzrastać, a nie pomniejszać się i pogrążać.

Życzę Wam autentyczności. Głębokich i prawdziwych relacji międzyludzkich. Odkrywania siebie i świata. Ucieczki od korporacji - jeśli nie od tej w dosłownym znaczeniu, to od tej w naszych głowach - tak wielu ludzi ma korporację w sobie: taki stan umysłu, który cechuje sztuczność, zniewolenie, zmechanizowanie i znieczulenie na to, co wartościowe dookoła.

Życzę Wam dobrej kawy. I udanych spotkań przy niej. Sprawiania radości innym - takich bez okazji.

A przede wszystkim pozytywnego nastawienia.

Już wkrótce pojawią się wpisy z cyklu Włoska książka. Zostawiam również cykl Włoska migawka odkopując i przygotowując nowe zdjęcia. Obiecuję kilka nowości.

Podsumowując moje życzenia dla Was - ponieważ włoskie jest dla mnie synonimem tego, co najlepsze: wspaniałych miejsc, kuchni i radości życia - życzę Wam na ten rok wszystkiego włoskiego!

Do przeczytania. Już niebawem.




wtorek, 21 listopada 2017

Moja świąteczna biblioteczka


Książki to mój nałóg. Czytam wszystko. No prawie. Tak naprawdę z wyjątkiem fantasy lubię każdy gatunek: lubię poznawać literaturę opisującą czasy holocaustu, lubię zgłębiać biografie, książki obyczajowe, podróżnicze i historyczne. Lubię kryminały skandynawskich autorów, lekkie książki przygodowe i te psychologiczne. Oraz oczywiście wszystko z Italią na pierwszym planie lub w tle. Swój wybór uzależniam od aktualnej pory roku, nastroju i stopnia zmęczenia. Wiadomo-kiedy jestem przepracowana, najlepiej sprawdzają się lekkie pozycje, a nie ambitne, trudne tematy. Kiedy czuję przypływ energii, atakuję cięższy kaliber.

Przed Świętami czytam książki wprowadzające w klimat Bożego Narodzenia. Wydawcy już w listopadzie proponują książki stanowiące swoistą fort pocztę do Świąt. 
Poniżej moja subiektywna świąteczna biblioteczka.

Richard Paul Evans. Obietnica pod jemiołą.






Elise żyje w cieniu wielkiej tragedii. Autor nie zdradza, co wydarzyło się w życiu bohaterki. Elise gardzi sobą i żyje, a w zasadzie egzystuje nękana wyrzutami sumienia. W stołówce budynku, gdzie pracuje, spotyka prawnika Nicolasa, który proponuje jej niezwykły układ - ona ma spędzać z nim czas aż do Świąt, przyjmować od niego prezenty i dotrzymywać towarzystwa na wszelkich przedświątecznych imprezach jego kancelarii.



Co z tego wyniknie? Co takiego wydarzyło się w życiu Elise? Lubię Evansa za wnikliwe obserwacje psychiki ludzkiej, za ciekawostki o Stanach wplatane w książki (aż chce się poznać opisywane przez niego miejsca - zajrzyjcie choćby do Krętych ścieżek i całego cyklu dzienników Alana - bohatera, który po śmierci żony rzuca  wszystko i wyrusza w podróż przemierzając piechotą Stany). Lubię Evansa za umiejętność przekazywania trudnych tematów prostym językiem. Książki tego autora jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, wszystko szybko się czyta, co nie przeszkadza każdej powieści zostawić coś w czytelniku, choćby mądre cytaty.



Magdalena Kordel. Anioł do wynajęcia.


Lubię poznawać współczesne polskie pisarki tak zwanej literatury kobiecej. I choć nie mogłabym non stop czytać tego rodzaju literatury, to raz po raz książki tego typu stanowią dla mnie miłą odskocznię i rozrywkę w najczystszej postaci. Kilku bohaterów, których losy nieoczekiwanie splatają się na krótko przed Świętami. Mamy więc ludzkie problemy, samotność i zagubienie oraz Święta, które sprawiają, że wszystkie cierpiące dusze odnajdują wreszcie spokój, rodzinne ciepło i ukojenie. Fabuła nieco naiwna, ale otula duszę niczym ciepły koc.

Natasza Socha. Biuro przesyłek niedoręczonych.


Bohaterka zatrudnia się w biurze zajmującym się zagubionymi i niedoręczonymi listami i przesyłkami. Bajkowy klimat, znowu różne ludzkie charaktery, losy i jeden klucz - Święta jako magiczny czas - czas wybaczania i czynienia dobra. Do tego pewna historia zawieszona w czasie przez niefortunny zbieg okoliczności sprzed lat i próby bohaterki, by zdążyć przed Wigilią z odmianą losu dwojga starszych ludzi. Lektura do czytania z kubkiem aromatycznej herbaty lub kakao.


Natalia Sońska. Garść pierników. Szczypta miłości.



Złamane serce, ucieczka w pracoholizm kontra nieoczekiwana miłość. Ciepło, rodzina i to, co jest w życiu naprawdę ważne.


Gabriela Gargaś. Wieczór taki jak ten.


Lubię, kiedy splatają się losy różnych ludzi.

Jeden wspólny klucz - Święta. Piękne, pełne uroku ciepłe okładki. I oderwanie, takie pozytywne.

Książki lekkie, ale umiejętnie wprowadzające w klimat. Do zapamiętania kilka cytatów i przemyśleń, zdawałoby się oczywistych, a umykających nam w szale latania i kupowania. Mnie najbardziej utkwił cytat z Anioła do wynajęcia: „Krzyczymy o magii Świąt, a zapominamy, czym ona rzeczywiście jest... Grunt jednak, żeby się nie dać, żeby nie pójść z tłumem...”. Bo już w listopadzie kolorowe reklamy  krzyczą do nas ze wszystkich stron zachwalając produkty, bez których (rzekomo) nie poczujemy magii Świąt. A nie o masowe kupowanie i bezczelnie rozbuchany konsumpcjonizm przecież w Święta chodzi.

Joanna Szarańska. Cztery płatki śniegu.


Urzekła mnie okładka. Kilku bohaterów i ciepła, nieprzesłodzona książka o tym, co się tak naprawdę liczy. No bo czy faktycznie zawali się świat, jeśli upieczemy dwie blachy ciasta zamiast czterech? Albo gdy dzieci krzywo przystroją choinkę? Najważniejsi są Bliscy i chwila autentycznego zatrzymania.

Okładki zachęcają do kolejnych lektur.
W księgarni widziałam już Serce z piernika Magdaleny Kordel oraz Dwanaście niedokończonych snów Małgorzaty Sochy. Czekają w kolejce na przeczytanie, podobnie jak Świąteczne marzenie Amandy Prowse.

Mistrzyniom lekkiego pióra mówię na tuż przed Świętami zdecydowanie tak.




środa, 15 listopada 2017

Świąteczny klimat DIY - czas start

Powoli wchodzę w świąteczny klimat. W głowie mam listę spraw do załatwienia, ale doba nie jest z gumy i po późnym wyjściu z pracy szanse na załatwienie czegokolwiek spadają do zera. Dlatego wrzucam na luz. Zamiast gonić, chcę przystanąć i po prostu spędzić ten nadchodzący czas z Bliskimi. Spojrzeć im w oczy, posłuchać. Nie spieszyć się. Wyłączyć gonitwę myśli.

Mam tak mało czasu na to miejsce. A raczej na robienie zdjęć, bo pomysłów na wpisy i tematów nie brakuje. Macie jakąś tajną receptę na wydłużenie doby i doładowanie baterii?

Ja doładowuję baterie czytając książki ze Świętami w tle (o nich w następnym wpisie) i robiąc listę spraw do załatwienia zgodnie ze szwedzką filozofią lagom (nie za dużo, nie za mało, a w sam raz). Bo przygotowania do Świąt mają być przyjemnością, podczas gdy tak łatwo przekroczyć granicę i odczuwać już tylko przesyt i zmęczenie materiału.


Poczyniłam już kilka własnoręcznych dekoracji. Szyszki, wstążki, orzechy, anyż, sosnowe gałązki, kolorowe papiery, różne gwiazdki, sztuczne gałązki ostrokrzewu, suszone plastry pomarańczy i inne elementy oraz klej na gorąco potrafią zdziałać cuda. Do tego inwencja własna i mamy gotowe klimatyczne akcenty. Może nie są one katalogowo doskonale, ale zrobione przeze mnie.

Bazą dla moich tworów był styropianowy stożek i wieniec. Do tego muzyka wprowadzająca powoli w świąteczny nastrój, kubek dobrej czekolady lub herbaty (ewentualnie grzane wino) i chwila relaksu gwarantowana. Uwaga tylko z klejem na gorąco - łatwo się poparzyć, trzeba być ostrożnym. Wprawdzie na drugi dzień opuszki palców o dziwo mnie nie bolały, niemniej jednak to nie jest zajęcie, które można robić wspólnie z dziećmi. 


W tym roku stawiam na minimalizm i świąteczny DYI - lampiony ze słoika, dekoracje z szyszek i jemioły. A prezenty opakowane w ekologiczny papier. Za to choinka będzie bajkowa jak zawsze. Bo gdzie są dzieci, bajkowy klimat po prostu musi być.

Jak tam Wasze świąteczne plany?


piątek, 10 listopada 2017

Włoska migawka - 16

Na każdym kroku coś. Gdzie nie spojrzeć, wzrok przyciąga jakiś pełen uroku fragment, pozornie niepozorny detal. Gotowe obrazy same pchają się przed obiektyw. Tam nie da się zepsuć zdjęcia. To Włochy właśnie. 

Witajcie w listopadzie.

wtorek, 31 października 2017

Memento mori


Od kilku dni pełno wokół nas przeróżnie wydrążonych dyń, girland-duchów, ciastek w kształcie palców czarownicy (u mnie właśnie się pieką) czy dzieci sąsiadów pukających do drzwi i wołających "cukierek albo psikus" (a w domu ze słodyczy tylko miód, echhh). Jutro wybierzemy się na groby bliskich i zadumamy.

Pozostawiam Wam wiersz poety Zbigniewa Okonia z 1984 roku, który towarzyszy zwiedzającym kaplicę czaszek w Czermnej. Kaplicy zrobionej z wielu tysięcy kości - szczątków żółnierzy austriackich i pruskich. 

Podobna kaplica znajduje się w Rzymie przy kościele Santa Maria della Concezione. Swoiste Memento mori, poszperajcie sami, gdyż nie posiadam własnych zdjęć - w takich miejscach aparat i strzelanie nim nie wydają mi się stosowne, ale w sieci można znaleźć wiele ujęć. 


Czermna 
Rzym
Zapalając znicz na jakimś dawno zapomnianym grobie oddam się podobnej  jak rok temu zadumie.

Tymczasem zostawiam Was ze wspominanym wierszem.

"Niegdyś ten ciąg człowieczych masek 


Zdobiły włosy , oczy , usta ...
Pomyśl , że także Twoja czaszka
Będzie jak tamte – całkiem pusta ...


I w Twoich wielkich oczodołach 
Spocznie spokojność świętej ciszy,
Bogactwo , piękno , sława , słowa
Nie tu się już nie będzie liczyć...


W kaplicy Czaszek jest tysiące ,
I wszystkie jakoś patrzą w Ciebie
Żes jeszcze żywa , żes jeszcze w pląsach ,
Że ciągle nie chcesz im uwierzyć...


Że tylko czas Was jeszcze różni ,
Że świat jest wielkim niepokojem
Że każde życie jest podróżą ,

A tylko zmienia swoje stroje ... "


niedziela, 29 października 2017

W nocy o północy czyli rzecz o horrorach


Lubię czasem się pobać. W taki kontrolowany sposób, siedząc w ciepłym domu, z kocem i miską popcornu na kolanach. Dobry horror jest od czasu do czasu wskazany, oczywiście w umiarkowanych dawkach. Dobrze jest sobie nieco podnieść poziom adrenaliny, zwłaszcza w okolicach Halloween. 

Sporządziłam subiektywną listę moich sprawdzonych horrorów. Znawcy gatunku pewnie dorzuciliby wiele innych tytułów, albo skrytykowali te wybrane przeze mnie, dlatego podkreślam słowo subiektywny.

1. Kronika opętania


Dziewczynka imieniem Em kupuje na wyprzedaży garażowej starą skrzynkę, która okazuje się być zamieszkana przez dybuka-złośliwego ducha zmarłej dawno osoby. Film warto obejrzeć dla nastroju, akcentu polskiego (nie zdradzę jakiego, ale robi wrażenie) oraz dla przystojnego Jeffrey'a Deana Morgana, który jest bliźniaczo podobny do Javiera Bardena, ale według mnie dużo bardziej od swego hiszpańskiego kolegi cieszy oko płci pięknej.

2. Blair Witch.


Sequel znanego przeboju sprzed lat - Blair Witch Project. Studenci wybierają się w las na poszukiwania śladu zaginionej przed wielu laty siostry jednego chłopaka z grupy. W lesie podobno mieszka wiedźma, która porywa ludzi. Prowadzona z ręki kamera i chaotyczne ujęcia potęgują napięcie i strach. Szybkie migawki i charakter para-dokumentu sprawdzają się po raz kolejny. Choć mój mąż oglądając film stwierdził, że bałby się, gdyby tylko cokolwiek było widać. Faktycznie: od pewnego momentu akcja filmu rozgrywa się w całkowitych ciemnościach i trzeba skupić wzrok. Ale jest mroczno, tajemniczo, strasznie i według mnie sequel się broni.

3. Tragedia na przełęczy Diatłowa. 


Znowu mamy do czynienia z grupą studentów. Tym razem wyruszają oni na wyprawę górską mającą na celu wyjaśnić tajemniczą śmierć alpinistów w 1959 roku. Kamera z ręki, forma para-dokumentu / reportażu.

Jak piszą o filmie: W nocy 2 lutego 1959 roku w pobliżu góry Otorten (co w języku lokalnego ludu Mansów oznacza "Nie idź tam"), w północnej części Uralu, dziewięcioro uczestników studenckiej wyprawy poniosło śmierć w niewyjaśnionych, ostatecznie do dziś, okolicznościach. Ślady wskazywały, że byli oni zmuszeni do nagłego opuszczenia namiotu, pomimo że temperatura tamtej nocy wynosiła -30 stopni Celsjusza. Trzy miesiące później, w maju 1959 roku, śledztwo w sprawie tragedii na przełęczy Diatłowa zostało umorzone, a jako oficjalną wersję przyczyny śmierci członków ekspedycji podano "działanie nieznanej siły". Przeszło pół wieku po tamtych wydarzeniach młodzi amerykańscy studenci wyruszają do Rosji, by zbadać i wyjaśnić co tak naprawdę wydarzyło się pół wieku wcześniej.

Trzyma w napięciu i robi wrażenie. Zwłaszcza, że film oparty jest na faktach i do dziś nie wiadomo, co było przyczyną nagłej śmierci dziewięciorga studentów w 1959 roku. Yeti, wtargnięcie na teren tajnych badań wojskowych? Poszperajcie sami w internecie, poczytajcie choćby tutaj

4. Czarnobyl, reaktor strachu. 


Kolejny film z gatunku found footage, czyli film udający nagrany przez bohaterów iznaleziony po zaginęciu tychże. Grupka młodych ludzi ze Stanów zwiedza Europę. Kiedy dowiaduje się o tragedii, jaka miała miejsce w Czarnobylu, wynajmuje przewodnika i mimo przestróg udaje się do miasta widma. Opuszczone przez mieszkańców po tragedii w 1986 roku tereny, nieokiełznana ludzką ręką, stwarzająca nastrój zagrożenia przyroda, dzikie zwierzęta i ... zmutowani mieszkańcy miasta. Więcej nie zdradzę, można się trochę pobać i poczuć, jakbyśmy sami pojechali nad Prypeć oglądać obszar wybuchu reaktora i mierzyli się z przerażającym nieznanym.

5. Ouija. Narodziny zła.


Matka z dwiema córkami przeprowadza się do nowego domu. Matka z pomocą córek dorabia sobie, aranżując seanse spirytystyczne, łącząc się rzekomo z duszami zmarłych i pomagając tym samym ludziom w żałobie. Kiedy zaczynają zabawę z tabliczką Ouija służącą nawiązaniu kontaktu z duchami, aranżowane seanse spirytystyczne przestają być teatralną kreacją, a stają się czymś o wiele bardziej poważnym, mrocznym i przerażającym, niż niewinna z początku zabawa w medium.

6. Po tamtej stronie drzwi.


Małżeństwo Europejczyków mieszkające w Indiach doświadcza tragedii. W wypadku samochodowym ginie ich synek. Za namową indyjskiej służącej matka wybiera się do tajemniczej świątyni, by nawiązać tam kontakt z duszą zmarłego chłopczyka. Ma jednak pod żadnym pozorem nie otwierać drzwi świątyni, czekając w nocy w środku na pojawienie się ducha. Kobieta wbrew ostrzeżeniom otwiera jednak drzwi będące nie tylko drzwiami świątyni, ale również wrotami do świata zmarłych. Córeczka, która przeżyła wypadek zaczyna dziwnie się zachowywać i twierdzić, że widzi brata. Indie, klimat zagrożenia i sadhu - budzący strach tajemniczy indyjscy mędrcy. 

7. Inni.


Nicole Kidman zawsze biorę w ciemno. Gotycka posiadłość, matka z dwojgiem dzieci i dziwni goście przychodzący do ich domu dający początek niepokojącym zdarzeniom. Piękne zdjęcia (gra światła i cienia), muzyka, niesamowity nastrój oraz zaskakujące zakończenie. Dla mnie klasyk, choć nie zobaczycie tam krwawych zombie czy spektakularnych efektów.

8. Pokój 1408.


Ekranizacja, a raczej adaptacja powieści Stephena Kinga. Grany przez Johna Cusacka bohater-pisarz przyjeżdża do słynnego ze zjawisk paranormalnych hotelowego pokoju, by zdemaskować wspomniane zjawiska i opisać to w swojej nowej książce. Wszyscy goście hotelowi, którzy przebywali w słynnym pokoju 1408, umierali w dziwnych okolicznościach. Od 1978 roku pokój nie jest wynajmowany, a sprzątaczki mogą krótko w nim sprzątać tylko przy otwartych drzwiach. Kiedy bohater tam zamieszkuje, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Klaustrofobczna atmosfera, nastrój jak ze snu i ciekawe zdjęcia. Plus John Cusak i Samuel L. Jackson.

9. Taśmy Watykanu.



Egzorcyzmy i opętanie przez szatana musi być. Tajemnica, niepokój, narastająca groza. Stopniowo pogłębiające się dziwne zachowanie głównej bohaterki Angeli i szukanie sposobu, by pokonać odwieczne zło-szatana. Czy dobro je zwycięży? A może nie ma jakichkolwiek szans? Lubię czasem obejrzeć film o egzorcyzmach i stanowisku kościoła, historii walki z opętaniem.

10. Babadook


Plakaty filmowe słusznie odwoływały się do horrorów Polańskiego - w filmie widać wyraźnie nawiązanie do naszego reżysera. Bohaterami są matka i synek. Chłopczyk twierdzi, że w nocy odwiedza go dziwny potwór z niepokojącej książeczki znalezionej w domu - Babadook. Nastrój psychozy, psychicznego opętania i dusznego obrazu sennego.


Lubimy się bać - w końcu od tych wszystkich strasznych rzeczy, które oglądamy, dzieli nas szklany ekran. Wiemy, że krew jest sztuczna, a biegający żywy trup aktorem w przebraniu bądź wygenerowaną przez komputer postacią. W horrorach mamy do wyboru utarte schematy: wampiry, zombie, ludzi opętanych przez szatana i odprawiane na nich egzorcyzmy, seanse spirytystyczne, dzieci rozmawiające z duchami, konwencję para-dokumentu jak Blair Witch Project, zaświaty, nawiedzone domy i inwazje pająków (węży, rekinów, pszczół, nietoperzy - niepotrzebne skreślić). 

Schemat jest powtarzalny. Bo przecież jeśli mamy na przykład ujęcie lustra, to raczej pewnik, że zaraz pojawi się w nim coś przerażającego. Ciemność (dlaczego bohaterowie nigdy normalnie po ludzku nie włączają światła wchodząc do ciemnego pokoju?), labirynty, klaustrofobia, dziwne dźwięki. Pewnych utartych schematów nawet najbardziej oryginalni reżyserzy i scenarzyści nie przeskoczą.

Ale za to kochamy horrory. 

A jesli macie dość dosłowności, zawsze możecie odpocząć od ton krwi czy biegających zombie i puścić sobie Szósty zmysł. Klasyk.

Udanego seansu strachu.