środa, 9 maja 2018

Wiosenny detoks




Witajcie. Nie było mnie tu trochę. Potrzebowałam detoksu. Wiosna jest idealną porą roku na rozpoczęcie diety, więc narzuciłam sobie jedną z najlepszych, bo taką, której bazę stanowią słońce, nowalijki i cudowne widoki kwitnących kwiatów oraz moich dzieci biegających boso po trawie. Kwiecień był czasem spędzanym bez komputera - po pracy miałam dość tego urządzenia i skutecznie go unikałam. Dzięki temu przeczytałam kilka książek i wróciłam na zajęcia dance fit. Zaczęłam doceniać weekendy i możliwość spędzania ich nareszcie na powietrzu. Dość już miałam murów, klimatyzacji i ekranu monitora. Dość szarzyzny i braku naturalnej witaminy D czerpanej z promieni słonecznych. Wiosna to najlepsza maseczka odżywcza.

Wracam więc porządnie odżywiona (i ożywiona) wiosenną energią.
Mam nadzieję, że podobnie jak ja-Wy również wraz z nastaniem wiosny poczuliście przypływ nowych sił, nadziei i możliwości.
Mam nadzieję, że grillujecie, jeździcie na rowerach, piknikujecie i uciekacie na zieloną trawkę, kiedy tylko nadarza się okazja.

Dla takich widoków jak te poniżej warto żyć.

Oddechu pełną piersią. I do przeczytania już niebawem - będzie obiecany niedawno na Instagramie wpis.


wtorek, 6 marca 2018

Włoska książka - 8

Cóż na to poradzę, że ostatnie moje wpisy to krótkie włoskie migawki przeplatane cyklem „Włoska książka”? Już niedługo wrócę do innych tematów, ich brak tutaj wynika tylko i wyłącznie z niedostatku dobrego światła bądź czasu na zrobienie odpowiednich zdjęć.

Tak więc dzisiaj o włoskiej Trylogii zmysłów, czyli historii skromnej Eleny i namiętnego Leonardo. Wydawca, nie inny jak Sonia Draga, po kompletnie dla mnie niezrozumiałym sukcesie Pięćdziesięciu twarzy Greya postanowił wydać podobną historię osadzoną we Włoszech.


Już samo miejsce akcji wystarcza, by włoski odpowiednik Pięćdziesięciu twarzy Greya okazał się dużo lepszy.

Irene Cao to pochodząca z Pordenone koło Wenecji absolwentka archeologii mająca za sobą liczne doświadczenia w pracy jako redaktor kobiecych czasopism. Jej pióro, dużo dużo sprawniejsze i dojrzalsze od pióra autorki Greya kreśli przed nami wyraziste postacie i wątki. Schemat oczywiście się powtarza - mamy więc przystojnego, namiętnego mężczyznę-mistrza kuchni z mroczą przeszłością, który „nie bawi się w dziewczyny”, mamy nieśmiałą i niewinną Elenę-konserwatora sztuki, a wreszcie mamy Wenecję, Rzym i Sycylię - dozowane stopniowo, bo odpowiednio w pierwszej, drugiej oraz trzeciej części (Widzę cię, Słyszę cię, Pragnę cię).

Połączenie pożądania, opisów malowniczych miejsc we Włoszech i włoskiej kuchni oraz sztuki jest wprost wymarzonym punktem wyjścia do studium namiętności.

Boom na tego typu erotyczne powieści tłumaczyć można faktem, że przedtem brakowało tego typu literatury. Mamy więc erotyzm, namiętność, tajemnicę, a to wszystko w Italii. Jaki inny kraj nadaje się lepiej do tego typu powieści? W końcu słynny Casanova pochodził z Włoch.

Nie zdradzę, jak powieść się kończy. W mojej opinii zdaje egzamin w swoim gatunku i jeśli ktoś ma ochotę na odrobinę pikanterii, erotyk, dramat i romans w jednym, można raz przeczytać, czemu nie.
Podsumowując:

Raczej dla  czytelniczek niż czytelników.
W pierwszym tomie wyraźnie czuć miłość autorki do Wenecji. Mogła ona zamieścić jeszcze więcej opisów miasta i dzieł sztuki - zarówno w pierwszej, jak i w pozostałych częściach, ale w końcu nie o tym jest książka. Choć namiętność, sztuka i kuchnia to połączenie doskonałe.
Znajdziecie tu studium rodzącego się pożądania, odkrywania własnej cielesności i nieuświadomionych instynktów, ale i miłości.
Jeśli tego typu powieści mają budzić zmysły, to tylko we włoskiej scenerii. Albo przy lampkach - czerwonego wina i tej dającej przytłumione światło wieczorową porą.

Do przeczytania.





środa, 28 lutego 2018

Włoska migawka - 18

Triscele - trójnoga postać - symbol Sycylii. Symbol używany jeszcze w zamierzchłych czasach, bo ponad 2500 lat temu. Odkryty na terenach dzisiejszej Irlandii, wiązany z kulturą Celtów. Różne są interpretacje tego znaku - przyjmuje się, że symbolizuje świat żywych, umarłych i świat ducha. Triskelion mógłby również symbolizować upływ czasu - przeszłość, teraźniejszość i przyszłość (dzieciństwo, młodość i starość). Interpretacji jest więcej: trzy elementy żywiołów - wody, ognia i ziemi; wschód słońca, zenit i zachód; symbol ruchu i życia zataczającego koło). Triscele - tak wszechobecny jest nieodłącznym obrazkiem Sycylii - spotkamy go na ceramice, breloczkach, pocztówkach czy właśnie fasadach domów. Następnym razem muszę popytać Sycylijczyków, co według nich symbolizuje Triscele - z pewnością zdradziliby wiele innych ciekawych interpretacji tego symbolu.


niedziela, 4 lutego 2018

Włoska książka - 7


Obecna pora roku chyba jak żadna inna sprzyja pochłanianiu książek. Właśnie przeczytałam kolejną, a że nie miałam wcześniej okazji przeczytać nic z pogranicza horroru / thrillera / kryminału / powieści psychologiczno-obyczajowej pióra Włocha, zrobiłam to teraz bez wahania.




"Istota zła" (La sostanza del male) to bardzo według mnie udany debiut pióra Luca D'Andrei. Sam autor uważa siebie bardziej za czytelnika niż pisarza. Absolwent Germanistyki. Uczy języka włoskiego w Bolzano. Autor cieszącej się popularnością trylogii fantasy dla młodzieży.

Jego powieść to mroczne studium ludzkiej duszy. To niepokojący obraz gór, które porażają swym pięknem, przyciągają i niszczą.

"Skrzypienie lodu. Szmer całego masywu skalnego, który poruszał się jak dwieście tysięcy lat temu... Zatonąłem w ciemności, która pochłonęła cały świat. Przemożona świadomość, że czas w lodowcu nie jest czasem dla człowieka. To czas inny, wrogi".


Bohater, Jeremiasz Salinger, filmowiec dokumentalista przeprowadza się wraz z żoną i córką do miejscowości Siebenhoch leżącej u podnóży włoskich Dolomitów. W miasteczku, skąd pochodzi jego żona i gdzie mieszka jego teść, chce zrealizować dokument o pracy ratowników górskich. Niestety podczas jednej z akcji ratunkowych, w której bierze udział, dochodzi do tragedii i wszyscy, oprócz Jeremiasza giną.

Obwiniający się i cierpiący na zespół stresu pourazowego mężczyzna szuka sobie zajęcia, które pomogłoby mu uporać się z przeżytą traumą. Pewnego dnia na wycieczce z córką do pobliskiego wąwozu Bletterbach przypadkowo słyszy rozmowę turystów z przewodniczką ośrodka turystycznego. Tematem ich rozmowy jest masakra w wąwozie, do jakiej doszło w kwietniu 1985 roku. Trójka młodych ludzi zginęła tam zamordowana bestialsko w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Jeremiasz postanawia rozwiązać tajemnicę sprzed lat, napotykając zmowę milczenia i wrogość ze strony lokalnej ludności - zgodnie z przekonaniem mieszkańców, że "Co się w górach wydarzyło, w górach pozostanie". 

Mieszkańcy Siebenhoch i okolic wierzą, że wąwóz jest miejscem przeklętym, opętanym przez diabelskie moce i siły tak stare jak ziemia. Dodajmy do tego ich ludowe wierzenia, jak choćby świeto Krampusa (obchodzone zresztą do tej pory w niektórych regionach Alp). Słowo "Krampen" znaczy "pazur" a Krampus był towarzyszem anty świętego Mikołaja karzącym niegrzeczne dzieci i pożerającym je. Dodajmy do tego wiarę w diabła i opowiadania miejscowych, że w wąwozie Bletterbach ginęli w dawnych czasach pasterze, drwale widywali dziwne światła, a  kobiety uznane za czarownice były wrzucane żywcem do jaskini, skąd nie było wyjścia. Sama nazwa miejscowości Siebenhoch pochodzi zresztą z języka niemieckiego i oznacza "siedem jaskiń".

Wąwóz skrywa tajemnicze ukryte głęboko pod ziemią labirynty i kopalnie. Nawet w najbardziej absurdalnej legendzie tkwi ziarno prawdy. Bohater zagłębia się więc w zagadkę i odkrywa, że zło czai się nie tylko w lodowcu, w nieokiełznanej przyrodzie, ale też w spokojnej na pozór miejscowości i ich mieszkańcach.

Klimat odrobinę jak w Twin Peaks. Dodajmy do tego zagęszczającą się duszną, klaustrofobiczną atmosferę i majestat gór. Wyczuwalną atmosferę zła, zagrożenia i czegoś pierwotnego - wrogiego i niszczycielskiego. Skamieliny będące świadkami czasu. Zmowę milczenia, dręczące mieszkańców demony i najciemniejsze zakamarki psychiki ludzkiej.


"Szaleństwo się nawarstwia, a potem wdziera się nienawiść i wyzwala żądzę krwi. To proces długi i zimny".

"Czy umarli zmartwychwstają? - wyszeptałem. - Książki twierdzą, że nie, noc krzyczy, że tak".

"Wyglądało na to, że Natura zawzięła się na nas. Widzisz, Jeremiaszu, góry zazwyczaj są...Góry nic sobie z ciebie nie robią. Nie są dla ciebie ani dobre, ani złe. Nie pasują do nich takie głupawe określenia. Dla gór jesteś niczym. Ale tamtego dnia wszyscy mieliśmy takie uczucie, że wąwóz chce nas wykończyć. Uraziliśmy czymś Bletterbach".

"Tam jest tak... Głupio o tym mówić, bo cały świat jest stary, ale tam ciąży ci to, że stary jest czas".

Więcej nie napiszę, bo szkoda byłoby zdradzać szczegóły. Myślę, że warto sięgnąć po ten tytuł, bo niepowtarzalnego klimatu i wielu ciekawych wątków książce odmówić z pewnością nie można. Zaskakujące zwroty akcji oraz karuzela emocji, pewien dyskomfort psychiczny i niespodziewane zakończenie gwarantowane.



wtorek, 30 stycznia 2018

Włoska migawka - 17

"Oto południe, na które czekaliśmy, miejscowość tak urokliwa, że chciałoby się ją zjeść jak lukrowany tort, w całości. Narasta we mnie dzika radość, że to dopiero początek, że zobaczę wszystko, dotknę wszystkiego, przesunę dłonią po tynkach setek kamienic, pchnę drzwi zapomnianych kościołów, najem się winogron, których słodyczy nie mogę jeszcze sobie wyobrazić, że zanurzę nóż w złocistym miąższu pachnących słońcem melonów... Nasycę się południem."

Gdzie zaczyna się włoskie południe? Według jednej z anegdot zaraz za pierwszą stacją benzynową na południe od Rzymu. Zgodnie z wytycznymi geograficznymi na placu San Rufo w miasteczku Rieti, leżącym w Lacjum, gdzie na kamiennej tablicy figuruje łaciński napis „Umbilicus Italiae” - pępek Włoch, a poniżej po włosku: „Centro d’Italia".


Źródło: Internet
Dla mnie włoskie południe zaczyna się na krańcu włoskiego buta. Tam, gdzie czuć już to bliżej nieokreślone coś w powietrzu - zapach gorąca i najróżniejszych roślin przywodzą mi na myśl Afrykę północną, w której byłam jako małe dziecko i której zapachy utkwiły mi gdzieś w pięcioletniej wówczas pamięci, niemal impressi nella mente, ancorati profondamente nella memoria.

To małe senne, leniwe miasteczka, gdzie czas jakby się zatrzymał. To pranie wiszące na sznurach, aromatyczne owoce, mix wielu kultur. Wpływy arabskie wyczuwalne na każdym kroku. Sycylia. To prażące słońce, gra światła i cienia na starych fasadach. To małe kościółki i kapliczki. Nonne kupujące świeże warzywa i owoce na maleńkim mercato, nonni siedzący przy jedynej fontannie w miasteczku i kontemplujący toczące się dookoła życie. To jakaś taka stagnacja, życie poza tym całym pośpiechem współczesnego świata. To jakby drugie, inne Włochy, jakże dalekie od północnych miast.

Na rozgrzanie się od środka zostawiam dzisiaj kilka zdjęć.

niedziela, 14 stycznia 2018

Włoska książka - 6



Początek 2018 roku przywitałam włoską książką. Zamierzam zresztą przeczytać ich sporo w tym roku. Lista włoskich tytułów do przeczytania ciągle się wydłuża. Dzisiaj mała, pozornie niepozorna książka włoskiego dziennikarza i publicysty "Niech ci się coś pięknego przyśni". Najlepiej sprzedająca się książka we Włoszech w 2012 roku. Miałam ją kupić w oryginalnej wersji będąc w sierpniu w Mediolanie, ale musiałam zrezygnować, bo byłam bliska wykupienia połowy księgarni Feltrinelli i płacenia  tym samym majątku za nadbagaż.

Massimo Gramellini napisał piękną powieść będącą wspomnieniami 9-letniego chłopca, który w Sylwestra traci matkę. Nie potrafiąc poradzić sobie z jej śmiercią ucieka w świat fantazji. Massimo to poniekąd sam autor - książka zawiera wiele wątków autobiograficznych. "Niech ci się coś pięknego przyśni" - zwykła mawiać matka do Massimo.

To wspaniała lekcja życia - historia odkrywania prawdy o okolicznościach śmierci najbliższej osoby i drogi do wybaczenia. To opowieść o życiu w cieniu wiecznej tęsknoty, o dojrzewaniu, odnajdywaniu samego siebie. To odwieczne pytanie o to, czy zawsze należy mówić ludziom prawdę, choćby była ona najgorsza - w końcu kłamstwo zawsze wyjdzie na jaw i ma często niszczycielską moc. To pytania o szczęście i jego istotę, o to, co tak naprawdę jest ważne w życiu każdego z nas.

Książka zostawia w czytelniku ślad. Niby żadne fajerwerki jeśli chodzi o fabułę, a porusza ona jakąś strunę w sercu i duszy, ujmuje, ma jakiś własny niepowtarzalny urok i nostalgię. Stanowi skarbnicę wielu bardzo osobistych, a jednak uniwersalnych ludzkich przemyśleń. Mój egzemplarz cały jest w karteczkach post-it, którymi zaznaczałam istotne fragmenty. Spodziewajcie się trochę śmiechu, trochę łez. Dorzućcie do tego wspaniały język. Bo mimo poruszanych ciężkich tematów jest lekki. Miałam wrażenie, że ślizgam się swobodnie czytając kolejne zdania. Dodam, że moja przyjemność czytania jest podwójna, kiedy czytam książki włoskich autorów w przekładach wykładowców Italianistyki, z którymi x lat temu miałam zajęcia: tak było i w tym przypadku.

Jak tu pisać o książce nie opisując jej treści? To niezwykle trudne. I chyba wcale nie chcę Wam zdradzać fabuły, bo po co? Ci których na tym etapie zainteresowałam, z pewnością sięgną po ten tytuł nie znając więcej szczegółów z historii Massimo. Powieść przeczytałam w dwa wieczory. To chyba najlepsza rekomendacja. Jeśli lubicie trochę psychologii, odrobinę retrospekcji i piękne powieści o ludzkich losach, ta książka Was nie zawiedzie.

Prostym językiem można napisać niezwykłą książkę.

Na podstawie książki powstał włoski film o polskim tytule "Słodkich snów". Ja na pewno obejrzę. Tak się składa, że można go będzie obejrzeć na Canal Plus - jeśli ktoś z Was ma ten kanał: najbliższa emisja już 18 stycznia.

Na zachętę - zamiast ujawniania treści - kilka fragmentów książki. Choć nie oddają one do końca klimatu i kilku włoskich smaczków-ciekawostek ukrytych na kartkach książki.

"Jeśli marzenie jest twoim marzeniem, tym, dla którego przyszedłeś na świat, możesz spędzić całe życie, kryjąc się za maską sceptycyzmu, ale nigdy nie uda ci się od niego uwolnić. Będzie w dalszym ciągu wysyłać ci rozpaczliwe sygnały, takie jak nuda i przygnębienie, ufając, że się w końcu zbuntujesz".


„Śnijcie piękne sny. Oboje. Kiedy śni się razem, są więcej warte.” 

"– Boisz się śmierci?
(...) – We wczesnej młodości otarłam się o śmierć. Odtąd ją znam i nie myślę o niej. Wiem, że jest to przejście z jednego wymiaru w drugi, od materii do antymaterii. Egipcjanie nazywali to Wyjściem na Światło. Już mniej przeraża, prawda?
– A życie?
– Przeraża mnie, że mogłabym je zmarnować. Jeśli śmierć jest podróżą, wyobrażam sobie, iż życie stanowi cenę biletu
- Umierać to nic; straszne jest nie żyć."


"Ponieważ rzeczywistość okazała się krwawym tyranem, poprosiłem o azyl wyobraźnię".
A ja Wam życzę, żeby Wam się jak najczęściej coś pięknego śniło.



wtorek, 9 stycznia 2018

Wszystkiego włoskiego!


Witajcie! Nie było mnie tu ponad miesiąc. Praca pochłonęła mnie na tyle, że po niej nie miałam już ani czasu, ani sił na to miejsce. A potem przyszły Święta - tym bardziej bycie offline było wskazane. Muszę szczerze przyznać, że chwila oddechu, nabrania dystansu i zwyczajnego bycia tu i teraz bez rozpraszaczy i odciągaczy, jakimi bywają różnorakie treści zamieszczane w sieci bardzo mi się przydała.

Czasem przerwa jest potrzebna. Wracam ze zdwojoną energią i pomysłami oraz tematami do wpisów. I cicho tylko wypowiadam w myślach życzenie, by starczyło mi wolnych chwil na stopniowe wprowadzanie tutaj zamierzonych i zapowiadanych już w przeszłości zmian, dobrego światła do zdjęć i ciągłych szczerych zachwytów. Oraz wiary w to, że warto pisać. W pisaniu przyjmuję zasadę "Mniej znaczy więcej". Więc pewnie wpisy pojawiać się będą rzadziej, ale z lepszymi zdjęciami i bardziej dopracowanymi treściami.


Czego życzę Wam i sobie na ten 2018 rok?

Zachwytów nad ludźmi, miejscami, książkami. Nad Italią. Zachwytów nad pozornie banalnym, nad codziennością. Wprowadzania w codzienność nowego i dobrego. Łamania rutyny. Radości z tego, co mamy, a nie dopatrywania się u innych tego, czego nam brakuje. Jeśli już to robimy (wszak taka jest nasza ludzka natura - nie oszukujmy się), róbmy to tylko po to, aby pozytywnie wzrastać, a nie pomniejszać się i pogrążać.

Życzę Wam autentyczności. Głębokich i prawdziwych relacji międzyludzkich. Odkrywania siebie i świata. Ucieczki od korporacji - jeśli nie od tej w dosłownym znaczeniu, to od tej w naszych głowach - tak wielu ludzi ma korporację w sobie: taki stan umysłu, który cechuje sztuczność, zniewolenie, zmechanizowanie i znieczulenie na to, co wartościowe dookoła.

Życzę Wam dobrej kawy. I udanych spotkań przy niej. Sprawiania radości innym - takich bez okazji.

A przede wszystkim pozytywnego nastawienia.

Już wkrótce pojawią się wpisy z cyklu Włoska książka. Zostawiam również cykl Włoska migawka odkopując i przygotowując nowe zdjęcia. Obiecuję kilka nowości.

Podsumowując moje życzenia dla Was - ponieważ włoskie jest dla mnie synonimem tego, co najlepsze: wspaniałych miejsc, kuchni i radości życia - życzę Wam na ten rok wszystkiego włoskiego!

Do przeczytania. Już niebawem.