wtorek, 21 marca 2017

Wielkanocne migawki z lat ubiegłych

Powoli myślę o Wielkanocy. Jak ten czas pędzi. Dopiero co piekłam pierniczki. Przeglądam migawki z ubiegłych lat. Jaka szkoda, że rzadko robiłam wtedy zdjęcia dekoracjom. 

Pewne elementy zawsze zdają egzamin.

Na pewno więc znowu wsadzę do wazonu gałązki i powieszę na nich pastelowe jajka. Lekka i prosta dekoracja idealnie pasuje do każdego wnętrza. Wygląda wdzięcznie zwłaszcza wtedy, kiedy gałązki wypuszczają pierwsze listki.


Mam dzieci, więc wszelakie kurczaczki, zajączki i inne króliczki są obowiązkowe. Figurki stojące i wiszące muszą cieszyć oko. Będzie kolorowo. I wesoło.

Kwiaty kojarzące się z wiosną są nie do pominięcia - hiacynty, szafirki, żonkile, stokrotki. Oczywiście również bazie.


Szykuję coś hand made pod czujnym okiem mojej mamy, która robi istne cudeńka. W kwietniu pokażę na pewno, co nam wyszło.

Będzie rzeżucha i owies. Jajka naturalnie farbowane w łupinach cebuli, w burakach, w kawie, kurkumie, szpinaku i czerwonej kapuście.

Babka Wielkanocna. Drobiazgi od zajączka dla dzieci. 

Spotkania z rodziną.

Inaczej niż we Włoszech. Tam Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi. Boże Narodzenie w Italii to czas spędzany z rodziną, Wielkanoc zaś z kim przyjdzie ochota. W Wielkanoc Włosi wyjeżdżają - na wieś, nad morze. Oblegana jest Toskania i okolice jeziora Garda. Są w tym temacie bardziej liberalni od nas.  A w Poniedziałek Wielkanocny jest czas na Pasquettę - ciąg dalszy świętowania na świeżym powietrzu - piknikowanie w parkach, al mare. Ja im się nie dziwię - we Włoszech jest już wtedy zazwyczaj ciepło i słonecznie - piękne okoliczności przyrody aż krzyczą - przyjeżdżajcie!  Mogłabym być takim jajkiem ze zdjęcia poniżej, bardzo chętnie.

Źródło: internet
A skoro o Włoszech mowa. Tam jednym ze zwyczajów wielkanocnych jest pieczenie ciasta w kształcie gołębicy - colomba. To symbol pokoju. Ciasto wywodzi się z Pawii. W VI wieku mieszkańcy na znak pokoju podarowali takie ciasto królowi Longobardów, który oblegał miasto. Do dziś co bardziej wierni tradycji cukiernicy wkładają do ciasta nasienie bobu - kto z jedzących potem colombę na nie natrafi, będzie miał szczęście. Tradycyjna colomba to puszysta babka nadziewana migdałami, kawałkami czekolady, posypana często cukrem pudrem. 

Panettone w Boże Narodzenie, colomba w Wielkanoc.

Źródło: internet
Z tradycji włoskich (ale również typowo niemieckich) skorzystam z pewnością szykując dla synka jajka-niespodzianki. We Włoszech wielkie czekoladowe jajka-niespodzianki skrywają w sobie ludziki, autka i inne wszelakiej maści drobiazgi dla dzieci. 

Słynne jajko Kinder niespodzianka pochodzi z Włoch właśnie, a rodzinna firma Ferrero produkująca je od 1973 roku zbija na nich fortunę. Firma podbiła jajkami niemal cały świat - oprócz restrykcyjnych Stanów, gdzie ze względu na małe części zabawek i niebezpieczeństwo, jakie stanowią one dla maluchów, jajek nie sprzedaje się. 

Przy okazji jak dobrze poszukamy, Włosi wcale nie byli pierwsi z jajkiem kryjącym niespodziankę. Oni pierwsi opatentowali taki pomysł. Przecież równie słynne jajka niespodzianki to te stworzone misternie przez Faberge jako cesarskie prezenty. Projektowane i robione dużo, dużo wcześniej, bo w Rosji XIX wieku. Poszukajcie, jakie cuda robił nadworny złotnik-jubiler - bardzo ciekawa historia.

Cieszę się już na Wielkanoc. 

A tymczasem szykuję nowe wpisy o Włoszech. Czeka już kilka gotowych postów, muszę tylko wybrać zdjęcia właściwe do wpisów. Bo na włoszczyznę choruję przewlekle i nieuleczalnie. 

Do przeczytania niebawem.

A presto! 

piątek, 10 marca 2017

Włoska książka - 1

Witajcie. Dziś rozpoczynam cykl zatytułowany "Włoska książka". Przyznajcie: kojarzycie oczywiście Umberto Eco i jego najsłynniejszą powieść "Imię róży". "Dekameron" Boccaccia ze szkoły. Kogo jeszcze? Może niektórzy z Was kojarzą Roberto Saviano i jego "Gomorrę" - rzecz o mafii i współczesnych skorumpowanych Włoszech z głośną swego czasu ekranizacją książki. 

Raczej sięgamy po autorów angielskich, amerykańskich, skandynawskich (tak modnych w ostatnich latach). Mało wiemy o współczesnych włoskich pisarzach. I choć wiele ze świetnych książek nadal cierpliwie czeka w kolejce na dobre tłumaczenie oraz mądrego wydawcę, to równie wiele tytułów już zostało przetłumaczonych i nie znając włoskiego możemy poznawać ciekawe powieści z Italii.

Dziś Niccolo Ammaniti. Książka "Io non ho paura". "Nie boję się". 

Niccolo Ammaniti został w 2007 roku wyróżniony Premio Strega (taki włoski odpowiednik naszej Literackiej Nagrody Nike). Krótka ciekawostka: Premio Strega przyznawana jest od 1947 roku, a nazwa pochodzi od ziołowego likieru Strega produkowanego z około 70 ziół - producent był pierwszym sponsorem konkursu. Samo słowo strega znaczy "czarownica".
Gorące lato 1978 roku i grupa dzieci bawiąca się gdzieś na południu Włoch w biednej, sennej od upału wiosce. Dorośli ukryci przed gorącem w domach i dzieci urządzające sobie wyścigi na polach w łanach pszenicy. Podczas jednej z takich zabaw, 9-letni Michele, bohater powieści, dokonuje przerażającego odkrycia. Odkrycie to zmieni go już na zawsze. 

"Nie boję się" jest powieścią o przyjaźni, rywalizacji i dziecięcej niewinności, która zostaje utracona w zetknięciu z brutalnością dorosłych. "Powinieneś bać się ludzi, nie potworów" - powie do Michelego jego ojciec. Studium siedliska zła, jakim jest fikcyjna wioska o nazwie Acqua Traverse (Krzywa woda).

Palące, oślepiające słońce w zderzeniu z mrokiem. Powieść niezwykle realistyczna, mocna. Pełna południowego gorąca, pozornie sielskich, beztroskich wakacji i dziecięcego strachu. 

Nie zdradzę treści, bo nie o to przecież chodzi. Moim celem jest zainteresowanie Was książką włoskiego pisarza. Powiem tylko tyle, że powieść luźno skojarzyła mi się z książką "Chłopiec w pasiastej piżamie" Johna Boyne'a (równie gorąco polecam i książkę, i film na jej podstawie! Ale ... koniecznie z paczką chusteczek w zasięgu ręki).

Powieść "Nie boję się" również została zekranizowana i koniecznie muszę obejrzeć film. Nie wiem tylko, czy jest dostępny w wersji z polskim lektorem.

Ponieważ moje półki uginają się od książek włoskich autorów, co jakiś czas będę pisać o tytułach przetłumaczonych na język polski.

Zatem miłego czytania! Buona lettura!

PS. A może ktoś czytał coś ze współczesnej literatury włoskiej? Ktoś? Coś? Jestem ciekawa.

poniedziałek, 6 marca 2017

Włoska migawka - 9

Kiedy za oknem jest tak, jak dziś - szaro, ponuro, deszczowo. Kiedy wokół zamiast wiosny panuje jeszcze coś, czego nie da się bliżej określić (bo przedwiośnie to na pewno nie jest), robię sobie dobrą kawę i na chwilę zamykam oczy. 

Przenoszę się na dachy rzymskich domów - tam, gdzie można zaszyć się w zielonym cieniu roślin, z kieliszkiem schłodzonego białego wina. 

W rzymskiej architekturze urzekają balkony, tarasy, zielone ogródki na dachach - pełne zieleni oazy spokoju. W dole tętni szybkie życie typowe dla capitale - stolicy, w górze santa pace - święty spokój. Święty spokój i piękne widoki. Niekoniecznie typowo turystyczne, ale równie malownicze. Kto wie, czy nawet nie bardziej.



Nadgryzione zębem czasu mury, słońce igrające z cieniem na ścianach w kolorze ochry i palonej sjeny oraz persiane - tak charakterystyczne okiennice. Termin persiana pochodzi z języka francuskiego persienne (perski). Ciekawa etymologia. Faktycznie, gdyby się zastanowić, w wielu krajach Bliskiego Wschodu stosuje się ten typ okiennic. Okiennice chronią przed słońcem, wpuszczając jednocześnie do pomieszczeń powietrze. I są ozdobą. Uwielbiam. Persiane to dla mnie jedna z kwintesencji Rzymu. I nie tylko. Całego basenu Morza Śródziemnego.



Siedzę więc na terrazza. Patrzę na intrygujące płaskorzeźby i malowidła na ścianach kamienicy naprzeciwko. Nasłuchuję odgłosów rozmów z tarasu obok. Słyszę stukot maszyny do pisania (?) i piosenkę Tiziano Ferro w radio. Sąsiedzi z naprzeciwka piją kawę. Życie na dachach, balkonach i balkonikach zacznie się tak naprawdę dopiero wieczorem. Tymczasem w dole królują odgłosy skuterów, lokali gastonomicznych i kafejek. Smakuję schłodzone białe wino i zagryzam oliwkami, które pływały w najróżniejszych rodzajach zalewy, a teraz cieszą oczy różnymi kolorami, kształtami i różną wielkością. Stłumiony tu na górze szum odgłosów rzymskich uliczek działa na mnie usypiająco i sprawia, że chcę sobie uciąć małe pisolino - drzemkę. Dolce far niente. Słodkie nieróbstwo.

Kto się dołączy? Choć na chwilę, w wyobraźni. Fajnie, prawda?



PS. Mieszkając w małym hoteliku typu Bed & Breakfast miałam okazję spędzać wieczory i ranki na tarasie, wysoko nad dachami innych, niższych domów. Sąsiedzi faktycznie codziennie rano powtarzali rytuał picia kawy na swoim tarasie, a ktoś z mieszkania obok z uporem maniaka puszczał w kółko piosenkę Tiziano Ferro Tarantola d'Africa jako tło muzyczne. Odgłosy z kuchni, brzęk naczyń dochodzący z indyjskiego lokalu na dole, piski dzieci dwa okna dalej - toczące się życie. Przy otwartych persiane było to cudne słuchowisko, zwłaszcza, że rozumiałam treść prowadzonych rozmów. A gdzieś dalej, w dole, cierpliwie czekał pulsujący Rzym.

środa, 1 marca 2017

Akcja Wiosna - Różowo mi

Czujecie w powietrzu zbliżającą się wiosnę? Ja już pomału. Przywołuję jej przyjście kolorem tulipanów. Już bliżej niż dalej. Choć jeszcze oko męczy się monochromatycznym obrazem, a ciało zmiennością pogody, to możemy wiosenne odcienie wprowadzić do dekoracji mieszkań - samopoczucie od razu lepsze i jakoś od razu łatwiej czekać na przebudzenie mocy i przebudzenie przyrody.

Mi jest ostatnio różowo. Różowo pudrowo. Różowo pastelowo. Kocham na wiosnę kolory pastelowe. Love pastelowe. Mąż musi jakoś przetrawić babską narzutę z serii "Rozważna i romantyczna" na łóżku w sypialni. Pastelowe kubeczki. Kwiateczki. Kropeczki i wzoreczki. 

Niech moc będzie z Tobą, Kochany Mężu! Mam nadzieję, że te wdzięczne kolory nie będą powodem nieodwracalnych zmian w Twojej psychice.


Wiosna. Czas porządków. Wprowadzania lekkości i świeżości do domów. Porządkuję płyty i książki. Przeglądam i segreguję zdjęcia (Bolonio, gdzie jesteś? Choć bolońskie pocztówki już się odnalazły, więc zdjęcia pewnie w końcu też ujrzą światło dzienne i wreszcie będę mogła kilka wpisów poświęcić temu miastu). 

Wybebeszam szafy. Kontenery PCK czekają cierpliwie na coraz to nowe dostawy z mojej garderoby. Witajcie apaszki i baleriny! 

Wyrzucam zepsute zabawki chłopców. Lepsze szykuję do oddania innym. Nie chcę mieszkać w toy shopie.

Wietrzę. Myję okna. Wreszcie cokolwiek przez nie widać, choć widoki za nimi jeszcze nie zachwycają.

Akcja Wiosna. Kryptonim "Mania opróżniania".

Myślę o nowalijkach. O zmianie diety na zdrowszą. O wycieczkach rowerowych. Spacerach. Hiacyntach, żonkilach i stokrotkach. O uroczych skromnych szafirkach. O dekoracjach na Wielkanoc. O zapachu ziemi po lekkim deszczu. O kwiatach do zasadzenia. O kawiarnianych ogródkach. O wiosennych przeróbkach z serii zrób to sam.

Kocham wiosnę. Urodziłam się wiosną. Wiosną urodził się młodszy synek. Wiosną odradza się nie tylko przyroda, ale i my. Nasze serca i dusze.

Akcjo Wiosna - trwaj w najlepsze!

Do przeczytania!



PS. Z moich zapóźnionych, ostatnich odkryć bibliotecznych - Richard Paul Evans i jego książki - Podarunek, Drzwi do szczęścia, List, Kręte ścieżki, Miejsce dla dwojga, Dotknąć nieba, Bliżej słońca, Doskonały dzień. Zaczytuję się i zachwycam. Bo czyta się lekko, przyjemnie, a jednak powieści poruszają i coś po sobie zostawiają. Sporo tytułów przede mną. I dobrze, bo nie ma nic przyjemniejszego niż czytanie książek na świeżym powietrzu wiosną właśnie.


PS2. Słyszałam już śpiew ptaka, który zawsze zwiastuje wiosnę. Muszę zapytać jakiegoś ornitologa, jak się ów ptaszek nazywa. Kiedy śpiewa, wiem, że primavera już naprawdę blisko.

I choć 1 marca to kalendarzowo jeszcze nie wiosna, data ta jest dla mnie jej powitaniem.

środa, 22 lutego 2017

Lekcja uważności

Post mogłabym zatytułować "Odkrycie". Moje własne, prywatne. W 2014 kupiłam książkę, która wtedy właśnie trafiła do księgarń. Powieść położyłam na stosie książek do przeczytania. I tak się jakoś złożyło, że przeczytałam ją dopiero teraz.

Porównywana do "Jedz, módl się, kochaj" Elizabeth Gilbert, "Projektu szczęście" Gretchen Rubin czy "Przez 10 minut" Chiary Gamberale jest jak uczta dla duszy. Swoją drogą dziwne porównania, bo każda z tych książek jest inna, jedynym ich wspólnym mianownikiem jest poszukiwanie szczęścia.


Bohaterką "52 tygodni" jest prawie 35-letnia Majka, mająca udane życie, do którego jednak wkrada się rutyna. Ilu z nas żyje w schemacie praca-dom-wieczorna telewizja? Ilu z nas czuje się "trybikiem w machanizmie koła zębatego", jak swoją egzystencję określa bohaterka powieści? 

Dlatego Majka postanawia coś zmienić i przez 52 tygodnie, do swoich 35-tych urodzin będzie każdego tygodnia robiła coś nowego, odkrywczego, inspirującego, łamiącego schematy i sztywne ramy codziennej rutyny.

"52 tygodnie" to debiut Ludmiły Piaseckiej. Według mnie bardzo udany.

Co robi bohaterka? Zamienia samochód na rower, jest wolontariuszką na dziecięcym oddziale onkologii, wciela w życie couchsurfing (wcześniej nie wiedziałam, co to takiego), pracuje w schronisku dla zwierząt, zamraża na tydzień portfel, na Święta sama robi rodzinie prezenty, spędza Boże Narodzenie i Sylwestra w górach, ogranicza oglądanie telewizji, pisze prawdziwe listy, wraca do książek z dzieciństwa, kupuje obiad potrzebującemu i słucha jego historii, bierze udział w turnieju szachowym, odwiedza second handy, by ominąć szerokim łukiem wyprzedaże w świątyniach konsumpcji ...

Pomysłów w książce jest znacznie więcej. 52. Niektóre bohaterka z sukcesem wciela w życie, inne kończą się niepowodzeniem. Jest śmiech i łzy, jak to w życiu. Jest jeszcze coś - poezja w prozie. Język specyficzny, charakterystyczny, jakby malowany pędzlem. Niezwykle plastyczny. Jest niespieszność i refleksja. 


Ilu z nas jest bezwolnymi robotami? Zapomina o pięknych rzeczach, które nas otaczają, o zachwycie, prostocie? Ilu z nas zamienia uważność na pułapkę konsumpcjonizmu i na bylejakość?

Kilka cytatów i sformułowań z książki:

"Odsączać z codzienności codzienność".
"Sączyć czystą esencję chwili".
"Świętować zwykłe wieczory, banalność zmieniać w uważność".
"Rzeczywistość dzieje się zawsze najpierw w naszej głowie".
"Zwyczajność należy celebrować. Trzeba czasem wyściubić nos z wygodnej przewidywalności dnia powszedniego".
"Zaiste, codzienność składa sie z drobnych, prostych gestów. Można nimi wywołać wojnę albo ogrzać czyjeś serce".
"Nasza codzienność nie jest poczekalnią".
"Żyjemy w czasach przegadanych. Faszerujemy się tonami słów, aż do odruchu wymiotnego. Czy kiedykolwiek przychodzi nam do głowy, że trzeba też nauczyć się słuchać?"
"Patrzeć życiu prosto w twarz. Nie przeczekiwać. Nie upychać dni po kieszeniach. Pozwolić szczęściu wygramolić sie na światło. Tylko tyle? Tylko".
"Kiedy myślę o swoim szczęściu, widzę mozaikę codzienników. Zbiór rzeczy małych".

Podobny tytuł ma blog Ludmiły Piaseckiej. W pięćdziesiątym tygodniu bohaterka książki zakłada bloga. Historia rzeczy małych. Blog jednocześnie Majki z powieści, jak i autorki. Pisany dla siebie samej, prawie nikomu nieznany. Zajrzyjcie koniecznie i zadumajcie się. Na początek wybrałam trzy wpisy do zapoznania się: z 02.02.2014, 30.03.2014 i 15.10.2015. Cytat z bloga: "Szczęście można mierzyć chęcią nieposiadania. Im mniej masz, tym więcej jest w tobie. Wolności. Przekory. Zachwytu".


Wracając do książki. Jest jak ożywczy deszcz. Jak kubek ciepłego mleka z miodem. Jak aromatyczna herbata. Jak idealna lekcja uważności. Odsączania niezwykłości ze zwykłości. Niesamowite jest to, że chciałam sfotografować tę książkę na pięknym talerzu. Bo jej treść jest strawą dla ducha. Punktem wyjściowym do rozmyślań, refleksji. Jakie było moje zdumienie, gdy zobaczyłam na fan page'u autorki właśnie takie zdjęcie! 

Ludmiła Piasecka
Smacznego, skosztujcie tej powieści, smakujcie powoli i z uwagą, naprawdę warto. Zainspirować się pomysłami, wcielać w życie, modyfikować, dodawać własne.

Książka jest wspaniałą lekcją uważności. U-ważności. O tym, co naprawdę ważne. Tak potrzeba uważności w naszych czasach. Książka dla większych i mniejszych korpoludków, jakimi jesteśmy.


"Próbują wmówić ci, ze szczęście jest sumą transakcji. Wszędzie ktoś próbuje ci je sprzedać. W szeleszczącym celofanie. Z dostawą do domu, dwadzieścia cztery godziny na dobę. A przecież szczęście nie jest zapakowane w pudełko. Nie można go podać na tacy. Nie myśl, że na nie zasłużysz, jeśli będziesz jeszcze więcej pracować, jeszcze więcej zarabiać, jeszcze więcej się uczyć. Nikt ani nic nie zdoła ci go zagwarantować. Do szczęścia potrzebujesz jedynie swojej zgody. Tylko ty jesteś w stanie je w sobie obudzić. Nieistotne, CO robisz, liczy się, JAK to robisz. Nie pamiętasz? To rzeczy małe są arcydziełami".

Radości z rzeczy małych. Uważności i zachwytu nad codziennością, "parzenia esencji chwili" Wam życzę. Nieważne, czy poprzez pisanie, taniec, medytację, malowanie, czytanie, fotografię czy inne uszczęśliwiające nas działania.

Pani Ludmiło, dziękuję za wielkie inspiracje i wspaniałą książkę.