środa, 15 listopada 2017

Świąteczny klimat DIY - czas start

Powoli wchodzę w świąteczny klimat. W głowie mam listę spraw do załatwienia, ale doba nie jest z gumy i po późnym wyjściu z pracy szanse na załatwienie czegokolwiek spadają do zera. Dlatego wrzucam na luz. Zamiast gonić, chcę przystanąć i po prostu spędzić ten nadchodzący czas z Bliskimi. Spojrzeć im w oczy, posłuchać. Nie spieszyć się. Wyłączyć gonitwę myśli.

Mam tak mało czasu na to miejsce. A raczej na robienie zdjęć, bo pomysłów na wpisy i tematów nie brakuje. Macie jakąś tajną receptę na wydłużenie doby i doładowanie baterii?

Ja doładowuję baterie czytając książki ze Świętami w tle (o nich w następnym wpisie) i robiąc listę spraw do załatwienia zgodnie ze szwedzką filozofią lagom (nie za dużo, nie za mało, a w sam raz). Bo przygotowania do Świąt mają być przyjemnością, podczas gdy tak łatwo przekroczyć granicę i odczuwać już tylko przesyt i zmęczenie materiału.


Poczyniłam już kilka własnoręcznych dekoracji. Szyszki, wstążki, orzechy, anyż, sosnowe gałązki, kolorowe papiery, różne gwiazdki, sztuczne gałązki ostrokrzewu, suszone plastry pomarańczy i inne elementy oraz klej na gorąco potrafią zdziałać cuda. Do tego inwencja własna i mamy gotowe klimatyczne akcenty. Może nie są one katalogowo doskonale, ale zrobione przeze mnie.

Bazą dla moich tworów był styropianowy stożek i wieniec. Do tego muzyka wprowadzająca powoli w świąteczny nastrój, kubek dobrej czekolady lub herbaty (ewentualnie grzane wino) i chwila relaksu gwarantowana. Uwaga tylko z klejem na gorąco - łatwo się poparzyć, trzeba być ostrożnym. Wprawdzie na drugi dzień opuszki palców o dziwo mnie nie bolały, niemniej jednak to nie jest zajęcie, które można robić wspólnie z dziećmi. 


W tym roku stawiam na minimalizm i świąteczny DYI - lampiony ze słoika, dekoracje z szyszek i jemioły. A prezenty opakowane w ekologiczny papier. Za to choinka będzie bajkowa jak zawsze. Bo gdzie są dzieci, bajkowy klimat po prostu musi być.

Jak tam Wasze świąteczne plany?


piątek, 10 listopada 2017

Włoska migawka - 16

Na każdym kroku coś. Gdzie nie spojrzeć, wzrok przyciąga jakiś pełen uroku fragment, pozornie niepozorny detal. Gotowe obrazy same pchają się przed obiektyw. Tam nie da się zepsuć zdjęcia. To Włochy właśnie. 

Witajcie w listopadzie.

wtorek, 31 października 2017

Memento mori


Od kilku dni pełno wokół nas przeróżnie wydrążonych dyń, girland-duchów, ciastek w kształcie palców czarownicy (u mnie właśnie się pieką) czy dzieci sąsiadów pukających do drzwi i wołających "cukierek albo psikus" (a w domu ze słodyczy tylko miód, echhh). Jutro wybierzemy się na groby bliskich i zadumamy.

Pozostawiam Wam wiersz poety Zbigniewa Okonia z 1984 roku, który towarzyszy zwiedzającym kaplicę czaszek w Czermnej. Kaplicy zrobionej z wielu tysięcy kości - szczątków żółnierzy austriackich i pruskich. 

Podobna kaplica znajduje się w Rzymie przy kościele Santa Maria della Concezione. Swoiste Memento mori, poszperajcie sami, gdyż nie posiadam własnych zdjęć - w takich miejscach aparat i strzelanie nim nie wydają mi się stosowne, ale w sieci można znaleźć wiele ujęć. 


Czermna 
Rzym
Zapalając znicz na jakimś dawno zapomnianym grobie oddam się podobnej  jak rok temu zadumie.

Tymczasem zostawiam Was ze wspominanym wierszem.

"Niegdyś ten ciąg człowieczych masek 


Zdobiły włosy , oczy , usta ...
Pomyśl , że także Twoja czaszka
Będzie jak tamte – całkiem pusta ...


I w Twoich wielkich oczodołach 
Spocznie spokojność świętej ciszy,
Bogactwo , piękno , sława , słowa
Nie tu się już nie będzie liczyć...


W kaplicy Czaszek jest tysiące ,
I wszystkie jakoś patrzą w Ciebie
Żes jeszcze żywa , żes jeszcze w pląsach ,
Że ciągle nie chcesz im uwierzyć...


Że tylko czas Was jeszcze różni ,
Że świat jest wielkim niepokojem
Że każde życie jest podróżą ,

A tylko zmienia swoje stroje ... "


niedziela, 29 października 2017

W nocy o północy czyli rzecz o horrorach


Lubię czasem się pobać. W taki kontrolowany sposób, siedząc w ciepłym domu, z kocem i miską popcornu na kolanach. Dobry horror jest od czasu do czasu wskazany, oczywiście w umiarkowanych dawkach. Dobrze jest sobie nieco podnieść poziom adrenaliny, zwłaszcza w okolicach Halloween. 

Sporządziłam subiektywną listę moich sprawdzonych horrorów. Znawcy gatunku pewnie dorzuciliby wiele innych tytułów, albo skrytykowali te wybrane przeze mnie, dlatego podkreślam słowo subiektywny.

1. Kronika opętania


Dziewczynka imieniem Em kupuje na wyprzedaży garażowej starą skrzynkę, która okazuje się być zamieszkana przez dybuka-złośliwego ducha zmarłej dawno osoby. Film warto obejrzeć dla nastroju, akcentu polskiego (nie zdradzę jakiego, ale robi wrażenie) oraz dla przystojnego Jeffrey'a Deana Morgana, który jest bliźniaczo podobny do Javiera Bardena, ale według mnie dużo bardziej od swego hiszpańskiego kolegi cieszy oko płci pięknej.

2. Blair Witch.


Sequel znanego przeboju sprzed lat - Blair Witch Project. Studenci wybierają się w las na poszukiwania śladu zaginionej przed wielu laty siostry jednego chłopaka z grupy. W lesie podobno mieszka wiedźma, która porywa ludzi. Prowadzona z ręki kamera i chaotyczne ujęcia potęgują napięcie i strach. Szybkie migawki i charakter para-dokumentu sprawdzają się po raz kolejny. Choć mój mąż oglądając film stwierdził, że bałby się, gdyby tylko cokolwiek było widać. Faktycznie: od pewnego momentu akcja filmu rozgrywa się w całkowitych ciemnościach i trzeba skupić wzrok. Ale jest mroczno, tajemniczo, strasznie i według mnie sequel się broni.

3. Tragedia na przełęczy Diatłowa. 


Znowu mamy do czynienia z grupą studentów. Tym razem wyruszają oni na wyprawę górską mającą na celu wyjaśnić tajemniczą śmierć alpinistów w 1959 roku. Kamera z ręki, forma para-dokumentu / reportażu.

Jak piszą o filmie: W nocy 2 lutego 1959 roku w pobliżu góry Otorten (co w języku lokalnego ludu Mansów oznacza "Nie idź tam"), w północnej części Uralu, dziewięcioro uczestników studenckiej wyprawy poniosło śmierć w niewyjaśnionych, ostatecznie do dziś, okolicznościach. Ślady wskazywały, że byli oni zmuszeni do nagłego opuszczenia namiotu, pomimo że temperatura tamtej nocy wynosiła -30 stopni Celsjusza. Trzy miesiące później, w maju 1959 roku, śledztwo w sprawie tragedii na przełęczy Diatłowa zostało umorzone, a jako oficjalną wersję przyczyny śmierci członków ekspedycji podano "działanie nieznanej siły". Przeszło pół wieku po tamtych wydarzeniach młodzi amerykańscy studenci wyruszają do Rosji, by zbadać i wyjaśnić co tak naprawdę wydarzyło się pół wieku wcześniej.

Trzyma w napięciu i robi wrażenie. Zwłaszcza, że film oparty jest na faktach i do dziś nie wiadomo, co było przyczyną nagłej śmierci dziewięciorga studentów w 1959 roku. Yeti, wtargnięcie na teren tajnych badań wojskowych? Poszperajcie sami w internecie, poczytajcie choćby tutaj

4. Czarnobyl, reaktor strachu. 


Kolejny film z gatunku found footage, czyli film udający nagrany przez bohaterów iznaleziony po zaginęciu tychże. Grupka młodych ludzi ze Stanów zwiedza Europę. Kiedy dowiaduje się o tragedii, jaka miała miejsce w Czarnobylu, wynajmuje przewodnika i mimo przestróg udaje się do miasta widma. Opuszczone przez mieszkańców po tragedii w 1986 roku tereny, nieokiełznana ludzką ręką, stwarzająca nastrój zagrożenia przyroda, dzikie zwierzęta i ... zmutowani mieszkańcy miasta. Więcej nie zdradzę, można się trochę pobać i poczuć, jakbyśmy sami pojechali nad Prypeć oglądać obszar wybuchu reaktora i mierzyli się z przerażającym nieznanym.

5. Ouija. Narodziny zła.


Matka z dwiema córkami przeprowadza się do nowego domu. Matka z pomocą córek dorabia sobie, aranżując seanse spirytystyczne, łącząc się rzekomo z duszami zmarłych i pomagając tym samym ludziom w żałobie. Kiedy zaczynają zabawę z tabliczką Ouija służącą nawiązaniu kontaktu z duchami, aranżowane seanse spirytystyczne przestają być teatralną kreacją, a stają się czymś o wiele bardziej poważnym, mrocznym i przerażającym, niż niewinna z początku zabawa w medium.

6. Po tamtej stronie drzwi.


Małżeństwo Europejczyków mieszkające w Indiach doświadcza tragedii. W wypadku samochodowym ginie ich synek. Za namową indyjskiej służącej matka wybiera się do tajemniczej świątyni, by nawiązać tam kontakt z duszą zmarłego chłopczyka. Ma jednak pod żadnym pozorem nie otwierać drzwi świątyni, czekając w nocy w środku na pojawienie się ducha. Kobieta wbrew ostrzeżeniom otwiera jednak drzwi będące nie tylko drzwiami świątyni, ale również wrotami do świata zmarłych. Córeczka, która przeżyła wypadek zaczyna dziwnie się zachowywać i twierdzić, że widzi brata. Indie, klimat zagrożenia i sadhu - budzący strach tajemniczy indyjscy mędrcy. 

7. Inni.


Nicole Kidman zawsze biorę w ciemno. Gotycka posiadłość, matka z dwojgiem dzieci i dziwni goście przychodzący do ich domu dający początek niepokojącym zdarzeniom. Piękne zdjęcia (gra światła i cienia), muzyka, niesamowity nastrój oraz zaskakujące zakończenie. Dla mnie klasyk, choć nie zobaczycie tam krwawych zombie czy spektakularnych efektów.

8. Pokój 1408.


Ekranizacja, a raczej adaptacja powieści Stephena Kinga. Grany przez Johna Cusacka bohater-pisarz przyjeżdża do słynnego ze zjawisk paranormalnych hotelowego pokoju, by zdemaskować wspomniane zjawiska i opisać to w swojej nowej książce. Wszyscy goście hotelowi, którzy przebywali w słynnym pokoju 1408, umierali w dziwnych okolicznościach. Od 1978 roku pokój nie jest wynajmowany, a sprzątaczki mogą krótko w nim sprzątać tylko przy otwartych drzwiach. Kiedy bohater tam zamieszkuje, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Klaustrofobczna atmosfera, nastrój jak ze snu i ciekawe zdjęcia. Plus John Cusak i Samuel L. Jackson.

9. Taśmy Watykanu.



Egzorcyzmy i opętanie przez szatana musi być. Tajemnica, niepokój, narastająca groza. Stopniowo pogłębiające się dziwne zachowanie głównej bohaterki Angeli i szukanie sposobu, by pokonać odwieczne zło-szatana. Czy dobro je zwycięży? A może nie ma jakichkolwiek szans? Lubię czasem obejrzeć film o egzorcyzmach i stanowisku kościoła, historii walki z opętaniem.

10. Babadook


Plakaty filmowe słusznie odwoływały się do horrorów Polańskiego - w filmie widać wyraźnie nawiązanie do naszego reżysera. Bohaterami są matka i synek. Chłopczyk twierdzi, że w nocy odwiedza go dziwny potwór z niepokojącej książeczki znalezionej w domu - Babadook. Nastrój psychozy, psychicznego opętania i dusznego obrazu sennego.


Lubimy się bać - w końcu od tych wszystkich strasznych rzeczy, które oglądamy, dzieli nas szklany ekran. Wiemy, że krew jest sztuczna, a biegający żywy trup aktorem w przebraniu bądź wygenerowaną przez komputer postacią. W horrorach mamy do wyboru utarte schematy: wampiry, zombie, ludzi opętanych przez szatana i odprawiane na nich egzorcyzmy, seanse spirytystyczne, dzieci rozmawiające z duchami, konwencję para-dokumentu jak Blair Witch Project, zaświaty, nawiedzone domy i inwazje pająków (węży, rekinów, pszczół, nietoperzy - niepotrzebne skreślić). 

Schemat jest powtarzalny. Bo przecież jeśli mamy na przykład ujęcie lustra, to raczej pewnik, że zaraz pojawi się w nim coś przerażającego. Ciemność (dlaczego bohaterowie nigdy normalnie po ludzku nie włączają światła wchodząc do ciemnego pokoju?), labirynty, klaustrofobia, dziwne dźwięki. Pewnych utartych schematów nawet najbardziej oryginalni reżyserzy i scenarzyści nie przeskoczą.

Ale za to kochamy horrory. 

A jesli macie dość dosłowności, zawsze możecie odpocząć od ton krwi czy biegających zombie i puścić sobie Szósty zmysł. Klasyk.

Udanego seansu strachu.

sobota, 14 października 2017

Zadumanie o Drugiej Stronie


Październik sprzyja duchowym refleksjom. Myślom o przemijaniu, kruchości i ulotności życia. W październiku lubię przy płomieniach świec zadumać się nad przemijaniem i poczytać książki poświęcone tematowi śmierci. Dlatego niedawno sięgnęłam po pozycje poświęcone tak zwanej Drugiej Stronie - relacjom ludzi, którzy zajrzeli za zasłonę śmierci.

Zaczęłam od książki Theresy Cheung "Życie po śmierci naprawdę istnieje". To zebrane przez autorkę opowieści osób, które otarły się o śmierć lub przydarzyło im się (komuś z ich bliskich) coś niesamowitego, nie mającego żadnego logicznego wyjaśnienia. Autorka ciekawie opisuje te przypadki, nie ocenia, a jedynie wskazuje drogę do własnych wniosków. Uwrażliwia na świat duchowy i wielokrotnie podkreśla, że najważniejsze to mieć otwarte serce i umysł- one sprawiają, że zaczynamy dostrzegać różne znaki i sygnały będące dowodem na to, że śmierć to tylko przekroczenie pewnej granicy, za którą czeka nas wspaniałe drugie życie. Bo nasi bliscy odeszli z naszego świata, ale żyją dalej w innym, niedostępnym dla nas wymiarze. 

Do lektury zachęciła mnie między innymi symboliczna okładka. Relacje dzieci, relacje osób, które obserwowały siebie na sali operacyjnej czy w miejscu wypadku z góry, dziwne zdarzenia, których nie da się zamknąć w ramy dobrze nam znanej ziemskiej logicznej rzeczywistości. Relacje tysięcy ludzi z różnych kręgów kulturowych, różnych ras i wyznań, które są do siebie podobne. Jak to wytłumaczyć? Książkę pochłonęłam w dwa dni i nie będę zdradzać dokładnej jej treści. Napomknę tylko, że sama autorka doświadczyła interwencji siły wyższej, gdy jechała wiele lat temu samochodem i stała w korku za ciężarówkami. Nagle usłyszała w swojej głowie głos nieżyjącej od lat matki: "Skręć w prawo". Irracjonalny głos, który posłuchała autorka uratował jej życie - gdyby kobieta stała i czekała dalej za ciężarówką, zginęłaby na miejscu. Kierowca stojący za nią podjechał na zwolnione właśnie miejsce i niestety nie przeżył wypadku, do którego doszło niewiele później. Po takim doświadczeniu nic już nie jest takie, jakie było przedtem. Więcej w poniższej książce.


O ile dorośli mogą konfabulować, o tyle relacje dzieci, które zajrzały na Drugą Stronę zawsze przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Dzieci z natury są niewinne. Nie czytają książek o przeżyciach z pogranicza śmierci, nie oglądają filmów, więc nie mogą sugerować się opowieściami innych czy zobaczonymi w kinie obrazami. Przynajmniej nie maluchy, które jeszcze niewiele przeżyły. One szczerze opowiadają o swoich doświadczeniach. 

Jak mały Colton, który w wyniku zapalenia wyrostka robaczkowego doświadczył niesamowitej podróży do nieba. "Niebo istnieje...Naprawdę!" Lektura obowiązkowa zarówno dla wszystkch wierzących, jak i niewierzących. Po tej książce inaczej spojrzycie na temat religii, umierania, wyznań z całego świata i tego, co tak naprawdę na nas czeka po śmierci. Sam fakt, że chłopczyk dokładnie opisał, co robili jego rodzice, kiedy on miał operację. Fakt, że widział, co się dzieje w szpitalu i że widział w niebie swojego dawno już nieżyjącego dziadka (którego sam w ziemskim życiu nie poznał, bo dziadek zmarł wiele lat przed jego urodzeniem). 

Czterolatki potrafią wymyślać niestworzone historie - fakt. Czterolatki często mają swoich wyimaginowanych przyjaciół, co jest naturalnym etapem rozwoju - fakt. Colton jest synem pastora, więc nauki ojca mogły podświadomie przeniknąć do jego umysłu - fakt. Ojciec-pastor mógł manipulować synem - fakt. Jednak nie na tyle, by mały opowiadał o faktach z Biblii nigdy wcześniej mu nie znanych. Jemu się po prostu wierzy. Znów powraca kwestia otwartego umysłu i serca, które sprawiają, że można doświadczyć i zobaczyć coś więcej. Na podstawie książki został nakręcony film - koniecznie muszę obejrzeć.

A teraz relacja starszego chłopca. O Benie Breedlove przeczytałam kiedyś w internecie. "Kiedy zacznie się niebo?" to historia chłopaka, który od urodzenia cierpi na HCM - kardiomiopatię przerostową - w wielkim uproszczeniu to arytmia, niewydolność serca, które na skutek nieprawidłowej budowy źle pompuje krew. Chłopak szybko się męczy, słabnie, często traci przytomność. Lekarze diagnozują u niego chorobę, kiedy mały ma trzy miesiące i nie dają mu wiele czasu. Chłopak jednak żyje wiele lat i na swój sposób cieszy się życiem uprawiając nawet wakeboarding. Jego stan pogarsza się, kiedy ma kilkanaście lat. 

To opowieść o rodzicach rozdartych pomiędzy zaleceniami lekarzy, ograniczeniami, jakie narzuca choroba syna a pragnieniem, by przeżył on swój krótki czas na ziemi w pełni, realizując marzenia i doświadczając tyle radości, ile tylko jest to możliwie w takich okolicznościach. To wspomnienia szczęśliwych chwil nierozerwalnie związanych z tymi bolesnymi - wypełnionymi lekami, pobytami w szpitalu, wyrzeczeniami i czającym się gdzieś strachem oraz powracającym pytanem "Ile jeszcze?". 

Chłopak na siedem dni przed śmiercią, w grudniu 2011 roku nagrywa filmik, a jako tło muzyczne wybiera przejmującą piosenkę "Mad World" (to ten piosenkarz - Gary Jules, którego głos do złudzenia przypomina głos wokalisty R.E.M. - posłuchajcie sami). "Trochę mnie to bawi ... Trochę mnie to smuci ... Że sny, w których umieram ... Są najlepszymi, jakie miałem ..." - śpiewa swoim charakterystycznym głosem wokalista. Ben w filmiku przy pomocy kartek z tekstem przekazuje, co mu się przydarzyło podczas trzech minut, kiedy jego serce przestało bić, a ratownicy próbowali przywrócić go do życia. 

Nie zdradzę więcej. Chłopak zamieścił filmik krótko przed śmiercią, a kiedy zmarł, jego przesłanie poznał cały świat. Filmik miał rekordową ilość odsłon, a w Stanach przez długi czas dyskutowano o Benie, jego rodzinie i przesłaniu, które wzruszyło i dało nadzieję na życie po życiu milionom. Poszukajcie filmiku i obejrzyjcie go. Lektura książki dopełni całości.

Według lekarzy mózg funkcjonuje jeszcze kilkanaście sekund po śmierci. Przeżycia z pogranicza śmierci tłumaczone są niedotlenieniem mózgu, stresem, reakcją organizmu na bezpośrednie zagrożenie życia, ostatnim przejawem aktywności umierających neuronów. Jak jednak wytłumaczyć przeżycia chłopaka, który przez trzy minuty z medycznego punktu widzenia po prostu nie żył, był uznany za martwego, a jego serce zwyczajnie wtedy nie biło? 

Lekarze mogą szukać wytłumaczenia, ale nie znajdą, bo są na tym świecie rzeczy, których wytłumaczyć się po prostu nie da.

Ostatnią moją październikową lekturą powiązaną z tematem śmierci była książka "Z wizytą w niebie. Autentyczne relacje z zaświatów" autorstwa Johannesa Michelsa. To ponownie zbiór doświadczeń wielu ludzi w różnym wieku, różnego wyznania, pochodzenia i profesji. Wszyscy ci ludzie wrócili z zaświatów, by opowiedzieć, jak tam jest, czego doświadczyli i jak to zmieniło ich stosunek do życia. Znajdziecie tu relacje proboszcza, nauczyciela sportu, lekarza, jedenastolatki czy kabaretowego artysty. Czyli ludzi z różnych środowisk. 


Co oznaczają dla nas relacje tych ludzi?

Między zaświatami, a naszym ziemskim światem istnieją nierozerwalne relacje, a śmierć nie jest końcem. Boimy się śmierci, bo jest dla nas czymś nieznanym, niezbadanym, niezrozumiałym. Oznacza koniec, przynajmniej koniec życia w znanej nam formie. Jednak człowiek to coś więcej, to istota duchowa. 

"Jesteśmy istotami duchowymi doznającymi ludzkich przeżyć, a nie istotami ludzkimi doznającymi przeżyć duchowych" - pisze w swojej książce Theresa Cheung. 

Wiele jest lektur o tej tematyce, choćby jedna z najbardziej znanych książek "Życie po życiu" Doktora Raymonda Moody'ego" czy "Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo" Alexandra Ebena.

Sceptycy twierdzą, że ludzie ci piszą wszystkie te niestworzone historie dla pieniędzy, dla rozgłosu. Ja sądzę, że dają nam świadectwo, że śmierć nie jest końcem, i choć cierpimy rozstając się z naszymi Bliskimi, kiedyś ponownie ich spotkamy.

................................................................................................................

- Mamusiu, kim jest ta pani, która siedzi w fotelu i uśmiecha się do mnie?
- Córeczko, przecież tu nie ma żadnej pani.
- Nieprawda, jest, zobacz! Ma siwe włosy i zieloną sukienkę, a na kolanach trzyma rudego kotka.

Jakiś czas później mama dziewczynki w rozmowie z właścicielką mieszkania wynajmującą lokal małżeństwu z czterolatką:

- Mieszka nam się bardzo dobrze, mąż wczoraj uregulował płatności za zeszły miesiąc, dziś powinna pani mieć przelew na swoim koncie. Lokalizacja świetna, sąsiedzi sympatyczni. Tylko moja czterolatka ciągle opowiada o jakiejś siwej kobiecie w zielonej sukience siedzącej w fotelu i trzymającej rudego kota na kolanach. Chyba będę musiała umówić ją na spotkanie z psychologiem dziecięcym. Takie konfabulowanie nie jest chyba normalne i bardzo mnie niepokoi, co pani o tym myśli?

Chwila ciszy.

- Kobieta o siwych włosach z rudym kotem? Mieszkanie, które państwu wynajmuję należało do mojej dawno zmarłej babci. Bardzo często nosiła zieloną sukienką i uwielbiała przesiadywać ze swoim rudym kotem w tym właśnie fotelu. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Przecież w mieszkaniu nie ma ani jednego zdjęcia babci, poza tym nigdy nie wspominałam państwu, kto tu wcześniej mieszkał. 

(...)

Historii takich jest wiele. A ja chyba obejrzę jeszcze w ramach październikowej zadumy po raz kolejny "Szósty zmysł".

Dobrego zadumania o Drugiej Stronie Wam życzę. 

wtorek, 3 października 2017

Witajcie w październiku !



Mamy już październik. Bardzo lubię ten miesiąc. Jest on dla mnie od wielu już lat miesiącem refleksji - skłaniającym i przygotowującym do jesiennej zadumy. Takiej powolnej, niewymuszonej. 

W zupełnym kontraście do tego, co mi w duszy gra, w jednym ze sklepów moim oczom ukazał się widok dekoracji na Halloween, czyli dyń, kruków, kociotrupów i wiedźm stojących sobie jakby nigdy nic obok Mikołajów, choinek i bombek. Lekka przesada. Zabrakło tylko króliczków wielkanocnych. Rozumiem, że handel rządzi się swoimi prawami, ale takie zestawienie uderzające po oczach to dla mnie jednak kpina z klienta. Przegięcie i jakiś dziwny żart speców od marketingu. Do tej pory zaraz po Wszystkich Świętych w sklepach pojawiał się zmasowany atak bałwanków i choinek, który choć raził, to jakoś zdążył nas do siebie przyzwyczaić. Tym razem rekord został pobity. Tylko zastanawiam się, czego rekord. Każde święto ma swój, tylko swój czas i takie ściganie się z kalendarzem bynajmniej nie jest w moim guście.


Oczywiście ja też myślę powoli o nadchodzących Świętach. Łapię się na tym, że zaczynam planować wszystko powoli w głowie, aby rozłożyć poszczególne przygotowania w czasie i nie dać się potem zwariować. Już obmyślam, co komu podaruję i jakie ciasteczka upiekę. W sklepie jednak (nie hurtowni dla hurtowników!) widok bożonarodzeniowych dekoracji w pierwszych dniach października to spory zgrzyt.

Zanim więc zacznę nastrajać się bożonarodzeniowo (wszystko w swoim czasie), nastrajam się halloweenowo. Kilka dni temu zaczęłam czytać książki bardziej duchowe. Bo żaden inny miesiąc tak jak październik nie sprzyja czytaniu o duchowości, duchach, doświadczeniach z pogranicza śmierci czy przemijaniu. Do tego koniecznie dodałam biografie tych, co odeszli. A odeszło ich sporo w tym powoli kończącym się roku. 

Takie czekają mnie lektury na październik. Listopad powitam w innym klimacie - ciepłymi obyczajowymi książkami z fabułą umiejscowioną w okolicach Bożego Narodzenia. Taki jest plan. Ciekawe tylko, czy czas pozwoli mi zrealizować wszystkie czytelnicze wyzwania.


W następnym wpisie poczytacie o tym, co właśnie z książek kończę i co pochłonęłam w dwa dni. Szykuję DIY na święto duchów, myślę o dekoracjach i co ugotuję. Jakie horrory obejrzę i który mogę tak naprawdę polecić. Bo niestety wiele z nich trąci banałem i sztucznością. To wyzwanie sprawić, by widz mądrze się pobał.

Ale to wkrótce. A teraz obiecane wyniki z okazji pierwszej rocznicy bloga. 

Nie zagląda do mnie wiele osób, a raczej zagląda całkiem sporo, ale niewiele zostawia namacalny komentarz. Tak jak pisałam, nie zabiegam o to, by blog był bardziej kojarzony. Liczą się dla mnie stali, wierni czytelnicy. Radość pisania i dzielenia się tym, co w duszy gra. Nie zamieszczam tu wspaniałych, wymuskanych zdjęć i efektownych aranżacji. Dla mnie ważne jest coś innego. Ludzie i przemycanie do życia bella vita na co dzień.

Nie przedłużam.

Maszyna losująca w postaci rączki mojego czterolatka wyłoniła Elwirę. Postanowiłam jednak obdarować jeszcze drugą osobę książką związaną z Italią. Tak więc książki powędrują do Elwiry i Kamili

Wierzcie, lub nie, tak wylosował mój synek. Dwie książki dla dwóch wiernych czytelniczek, których blogi śledzę regularnie i przeczytałam od deski do deski, za każdym razem z niecierpliwością wypatrując nowych wpisów.

Tak widocznie miało być.

Gatuluję. Czekam na Wasze adresy przesłane na mojego maila, którego znajdziecie w zakładce kontakt.

Pewnie wkrótce napiszę również o książkach, które otrzymacie, więc dziś nie zdradzę ich tytułów. Tymczasem życzę wielu radości z lektury!

Do szybkiego.

czwartek, 28 września 2017

Włoska książka - 5




Lubię czasem przeczytać coś starego. W sensie - napisanego wiele lat temu. Ostatnio nadrabiam tak zwaną włoską klasykę. Padło na Alberto Moravię. Znany we Włoszech pisarz, zmarły w 1990 roku jest autorem wielu cenionych powieści. Wiele z nich zostało sfilmowanych.

"Pogarda" (Il disprezzo) to powieść psychologiczno-obyczajowa z 1954 roku, liczy więc sobie już 61 lat. Bohater, Riccardo Molteni jest młodym, ambitnym literatem wspominającym swoje małżeństwo. Akcja rozgrywa się w Rzymie, a potem na Capri. To historia rozpadu związku, historia nawarstwiających się niedopowiedzeń, ukrytych urazów, rosnących napięć i obcości między małżonkami, które w kulminacyjnym momencie prowadzą do tragedii. To studium psychologiczne rozpadu i stopniowego zaniku więzi uczuciowych, samotności i nieporozumień. Język wydaje się być czasem ciężki (w końcu książka liczy sobie już trochę, a i sam Moravia pióro miał specyficzne). Może to kwestia tłumaczenia, które zdaje się momentami trącić myszką.

Mamy tu klimat osaczenia, wyobcowania, zagłębiania się w siebie i w swoje stany psychiczno-emocjonalne. Mamy tu środowisko filmowców, różne charaktery ludzkie i postawy. Film na podstawie powieści został sfilmowany w 1963 roku przez Jean Luca-Godarda, a rolę Emilii-żony Riccarda zagrała sama Brigitte Bardot. To książka dla lubiących drążyć w ludzkiej psychice. To bardzo dobra analiza psychiki kobiety i mężczyzny. 

Fabuła: on poświęca swoje ambicje literata i zaczyna pisać scenariusze do kiepskich filmów, aby zarobić na kredyt i zapewnić żonie godne warunki życia. Kiedy ich sytuacja finansowa zdaje się stabilizować, coś zaczyna się psuć w ich relacjach. Wtedy bohater dowiaduje się, że żona nim gardzi, ta jednak nie chce powiedzieć, jaka jest przyczyna zmiany jej nastawienia wobec niego. Bohater próbuje dociec przyczyny. Dodajmy do tego pracodawcę Riccarda, który uderza w zaloty do Emilii, na co ten zdaje się przymykać oko, aby tylko utrzymać pracę i wynagrodzenie,  dodajmy rezygnację z własnego ja, dodajmy różnice w wykształceniu obojga bohaterów, dodajmy niezwykle ciekawą interpretację Odysei (Ulisses ucieka w świat przed pogardą Penelopy) i mamy dogłębne studium relacji międzyludzkich i mechanizmów rządzących zachowaniem każdego z bohaterów. 

Autor tworzy specyficzny klimat psychologicznego dialogu wewnętrznego bohatera i pokazuje, jak kilka zdawałoby się nieistotnych wydarzeń, zachowań i decyzji może mieć wpływ na dalsze losy związku. Dobra lektura dla wszystkich małżeństw.

Kilka cytatów : 

"Z początku próbowałem się pocieszać, wmawiając sobie, że po dwóch latach małżeństwa przychodzi coś w rodzaju przyjaznego, pobłażliwego przyzwyczajenia, które jest, niestety, nieuniknionym następstwem miłości: pewność, że jest się kochanym, zabija wszelką namiętność w stosunkach między małżonkami".

"Nie doceniałem jej, podobnie jak nie docenia się powietrza, którym się oddycha i które staje się bezcenne dopiero wtedy, gdy go zabraknie".

"Boję się, że pan mnie nie zrozumiał...jestem dramaturgiem, nie zawodowym scenarzystą, i ten scenariusz, choćby najlepszy, najdoskonalszy, będzie dla mnie tylko scenariuszem. Podjąłem się go, proszę wybaczyć, że powiem otwarcie, wyłącznie dla pieniędzy. A w dwudziestym siódmym roku życia ma się, jak to się mówi, ideały... i moim ideałem jest pisać dla teatru. Dlaczego nie mogę się temu poświęcić? Bo świat jest dzisiaj tak urządzony, że nikt nie może robić tego, co chce, tylko to, czego chcą inni. Bo zawsze wyłania się sprawa pieniędzy w tym, co robimy, w tym, czym jesteśmy, w tym, czym chcielibyśmy się stać w naszej pracy, w naszych najwyższych aspiracjach, nawet w naszych stosunkach z najbliższymi ludźmi".

Minęło tyle lat od napisania tej książki, a psychika ludzka i kwestie poruszone w powieści są te same.