czwartek, 9 maja 2019

Włoska książka - 11



Już tak mam, że łapię w ręce wszystko, co związane z Italią. W kwestii książek czytam wszystko-zarówno nowsze, jak i starsze tytuły.

"Wenecki anonim” z 1971 roku Giuseppe Berto przeczytałam w dwa dni, bo to niepozorna książka licząca sobie niewiele ponad 100 stron. To historia dwojga byłych kochanków, którzy spotykają się po ośmiu latach ponownie, w Wenecji, by pożegnać się - tym razem na zawsze.

On-niespełniony muzyk nieuleczalnie chory. Ona-piękna kobieta żyjąca obecnie z bogatym, wpływowym mężczyzną. Wspominają i analizują błędy, jakie popełnili w przeszłości będąc ze sobą. Obwiniają się i szarpią analizując swoje postępowanie i decyzje. Rozdrapują stare rany. Nic ich już nie łączy, a jednocześnie jakby tliła się w nich resztka uczucia.

Ciekawym jest pomysł pokazania upadającej, niszczejącej Wenecji stanowiącej metaforę umierającej miłości, a także choroby i ludzkiego przemijania. Powieść ma w sobie coś z dekadencji. Specyficzna i pewnie tylko dla Italofilów, bo napisana w latach siedemdziesiątych dzisiaj nikogo by już raczej nie porwała.

W tamtych latach jednak takie wątki w literaturze i filmie były dość częste- dogłębne studium przypadku, analiza, wgłębianie się w psychikę i emocje pokazane zbyt ckliwie i w wydumany sposób.

Wszędzie widać schyłek, marność, rozkład i upadek. Kruchość i bezcelowość ludzkiej egzystencji i wysiłków. Ciekawe doświadczenie czytelnicze. Co ciekawe, autor najpierw napisał scenariusz do filmu, a kiedy ten odniósł sukces, powstała książka. Pozycja specyficzna, ale warta przeczytania choćby po to, by zobaczyć, jaki był styl pisania i tendencje w latach siedemdziesiątych.


Tak oto zaczyna się powieść:

To miasto przesłonięte lekką mgłą, która nie ustępowała i nie zmieniała się w mżawkę, zawładnięte przez duszne sirocco, które zastygło w bezwietrznym powietrzu, sennie pogrążone w swoim splendorze i minionej wielkości, a też zapewne w swoim dawnym grzesznym bezwstydzie, wypełniały stłumione hałasy i wyziewy laguny, mocniejsze o tej porze dnia, w ostatniej godzinie nieśpiesznego przypływu. Słońce i księżyc wytyczały jego życiu dwa odmienne rytmy, a ono, poddane temu zdwojonemu upływaniu czasu, tym pośpieszniej wychodziło naprzeciw swemu umieraniu, które ujawniały wszystkie jego marmury i cegły, zapadłe posadzki, zmurszałe belki, nadproża i łuki, stada zbyt wielu gołębi i niepokój tysięcy szczurów, mnożących się w poczuciu nadciągającego końca. Ludzie także nosili w sobie cząstkę tego nieuchronnego kresu. Nie myśleli o tym, kupowali chleb i gazety, wstawali, żeby otworzyć sklep, pójść do sądu, do szkoły czy nawet do kościoła, ale tutaj czynili to z większą beztroską niż gdzie indziej, ze śmiechem dźwięcznym i uprzejmym, jakby grali komedię, która wszakże miała zachęcić śmierć, żeby się pospieszyła. Potem na szare niebo nad dzwonnicami wytoczyło się zamglone słońce, ale to wilgotne listopadowe popołudnie nie miało w sobie nic radosnego. Kogo, mimo granej na co dzień komedii, gnębiły myśli i przeczucia dalekie od radości, tego takie popołudnie nie mogło pocieszyć. Dwaj Murzyni na Wieży Zegarowej zaczęli na zmianę uderzać młotami w dzwon i te zdwojone dźwięki, unoszące się nad dachami miasta i nad rozległym placem świętego ewangelisty, oznajmiły godzinę dwunastą.

Polecam w ramach zapoznawania się w włoską literaturą.




piątek, 4 stycznia 2019

Nowy początek


Nie, nie będę pisać o Nowym Roku, jakby wskazywał tytuł. Taki wpis oczywiście pojawi się jako następny, przecież Nowy Rok jest dla nas w jakimś stopniu nowym początkiem, a pusty, niezapisany jeszcze nowiutki kalendarz zdaje się wołać do nas i zachęcać do nowych planów, realizacji postanowień i tworzenia przez kolejne 12 miesięcy lepszej wersji siebie. O tym niebawem.

Uwierzycie, że zmieniła nam się data i dzisiaj już pierwszy piątek stycznia? Czy tylko ja tak mam, że potrzebuję trochę czasu, zanim ręka przestanie pisać datę 2018? 

Tyle miałam w sobie pomysłów, tekstów o Włoszech, motywacji, inspiracji książkowych. Miałam fotografować tę naszą codzienność i pisać o pięknych chwilach, jakie były naszym udziałem. Były przecież pierniczki, bajkowa choinka, śledzie z przepisów Agnieszki Maciąg. Były ciepło, bliskość, zatrzymanie, zaduma i wspólne kolędowanie przy akompaniamencie skrzypiec i pianina (mój Dziadek i moja Mama). Były fajne aktywności w listopadzie, o których miałam pisać.

Jak to jednak często bywa, życie weryfikuje nasze plany i często kieruje nas na inną ścieżkę, niż ta wybrana przez nas.

29 listopada po długiej chorobie zmarł mój Dziadek. Ten drugi, nie wspomniany wyżej grający na skrzypcach w Wigilię.

Kiedy odszedł, poczułam się, jakbym straciła nagle jakąś cząstkę siebie. Mój świat rozpadł się ma małe kawałeczki i zdawało się, że już nigdy nie będzie taki jak dotychczas.

Kiedy odchodzi ktoś z naszych Bliskich, kiedy widzimy, jak powoli gaśnie, a życie dookoła toczy się dalej - doznajemy poniekąd szoku. Jak to?! Ludzie tak zwyczajnie jak zawsze chodzą do pracy, na zakupy, snują swoje plany i marzenia, przeżywają własne szczęścia i smutki. Wszystko biegnie swoim naturalnym rytmem. Tymczasem my doznajemy szoku, że wszystko wygląda tak normalnie - jak to możliwe, skoro my tuż obok przeżywamy naszą tragedię, ból i żal niczym falę tsunami albo trzęsienie ziemi? 

Dla nas coś się nieodwracalnie kończy i właśnie ta nieodwracalność tak nami wstrząsa. Musimy przepracować to nasze cierpienie, doświadczyć dogłębnie, dać sobie czas na żałobę - dopiero wtedy doświadczenie śmierci nas zmienia, wzbogaca i wzmacnia. 

Bo jeżeli śmierć naszych Bliskich może nas czegoś nauczyć, to tego, że na tym świecie nie liczy się nic poza miłością.

Nasz obezwładniający ból jest jednocześnie uświadomieniem sobie siły naszej miłości. Stajemy się lepsi, choć najpierw musimy wycierpieć. Ale dzięki doświadczeniu namacalności i nieuchronności śmierci zaczynamy bardziej doceniać nasz czas na ziemi dany nam tylko raz - tu i teraz. Przecież my też kiedyś odejdziemy, nasz czas dobiegnie kiedyś końca.

Każda żałoba, każda śmierć kogoś z naszych Bliskich zmienia nas. Zostawia pustkę w sercu, wypaloną bólem dziurę. To co jakiś czas powraca, nawet kiedy mądrzy mówią, że "czas leczy rany".

Śmierć zmienia. Ważne, by się jej nie poddać, nie dać się pogrążyć ciemnościom rozpaczy, ale po przejściu pewnego etapu wyjść z tego doświadczenia wzmocnionym. Wzmocnionym wiarą, nadzieją. Wzmocnionym współcierpieniem. 

Ale przede wszystkim WZMOCNIONYM MIŁOŚCIĄ.

Moja żałoba zmieniła mnie, wzmocniła i dała więcej wiary. Wiary w to, że śmierć nie jest końcem, a dopiero początkiem. Teraz nie myślę o śmierci - myślę o życiu. O Dziadku żyjącym, śmiejącym się. Zamiast rozpaczy wpuszczam do moich myśli wspomnienia. I światło. Wiarę i przeświadczenie, że to nie koniec, choć tak nam się często wydaje.

Tyle jest pięknych tekstów niosących nam pocieszenie. I nie mam tu na myśli oczywistości, jaką jest Biblia.

"Tej nocy nie zauważyłem, kiedy wyruszył w drogę. Wymknął się bezszelestnie. Gdy udało mi się go dogonić, szedł zdecydowanym krokiem. Powiedział mi tylko:


- Ach, jesteś tu...
Wziął mnie za rękę. Jeszcze się niepokoił:
- Nie masz racji. Będzie ci przykro. Będę robić wrażenie umarłego, a to nie będzie prawda.
Milczałem.
- Rozumiesz. To bardzo daleko. Nie mogę zabrać ze sobą tego ciała. Jest za ciężkie.
Milczałem.
- To będzie jak stara, porzucona łupina.
W starych łupinach nie ma nic strasznego."

Antoine de Saint Exupery „Mały książę".

Śmierć nie jest końcem wszystkiego… 
Przeszedłem tylko do sąsiedniego pokoju. 
Nadal jestem sobą… 
I dla siebie jesteśmy tym samym, czym byliśmy przedtem… 
Zatem nazywaj mnie jak zawsze… 
Nie zmieniaj tonu głosu, nie rób poważnej i smutnej miny…
Śmiej się tak, jak dawniej robiliśmy to razem…
Uśmiechaj się, myśl o mnie,
módl się za mnie… 
Niech moje imię będzie wciąż wymawiane…
Ale tak, jak było zawsze, zwyczajnie i bez oznak zmieszania…
Życie przecież oznacza to samo, co przedtem,
Jest tym samym, czym zawsze było…
Żadna nić nie została przerwana… 
Dlaczego więc miałbym być nieobecny w twoich myślach,
Tylko, dlatego, że nie możesz mnie zobaczyć?
Czekam na Ciebie bardzo blisko…
Tuż-tuż…
Po drugiej stronie progu…
Widzisz? Wszystko jest dobrze.


Anonimowy poeta francuski (według niektórych Charles Pegny)
Ci co odchodzą
Wciąż z nami są. 
I żyją sobie 
Obok nas. 

Patrzą z miłością 
Na nasze dni 
Czasem się śmieją 
Przez łzy. 


Co tu jest jawą, co snem, 
Kto tu istnieje, kto nie.
A może nas, tu nie ma nas,
A oni są. 

Co tu jest prawdą, co nie,
Po której stronie jest sens
Bo jeśli tam, po co jest 
Ten nasz świat
Ci, co odchodzą 
Wciąż z nami są. 
Czujesz ich pomoc, 
Gdy jest źle. 
Więc gdy z ciemnością
Rozmawiasz, to... 

Oni Cię widzą, 
Oni są. 



Ryszard Rynkowski "Jawa"
Bardzo często kiedy zapalam świece, posyłam w myślach dobre intencje zmarłym Bliskim. Wierzę, że modlitwa i dobra energia dociera do nich na Drugą Stronę Tęczy....Bo śmierć to nie koniec, to Nowy Początek.


Polecam Wam książkę autorstwa Johna Burke "Zobaczyć niebo. Historie prawdziwe". To relacje ludzi z różnych stron świata, różnych zawodów i kultur.  Sceptyków, naukowców o bardzo racjonalnym do tej pory podejściu do kwestii śmierci. Poczytajcie ich relacje o niebie, które dane im było zobaczyć podczas doświadczeń z pogranicza śmierci. Uderza podobieństwo tych relacji i opisy pokrywające się z tymi w Biblii. Robią wrażenie relacje malutkich dzieci. Książka niesie pocieszenie i ukojenie, wiarę w to, że śmierć nie jest końcem, a dopiero początkiem nowego, lepszego życia.

Gdybyście chcieli poczytać więcej, zadumać się trochę nad wiecznością, dorzucę jeszcze kilka tytułów:
  • Johannes Michels "Z wizytą w niebie"
  • Patricia Darre "Głosy z wieczności. Zmarli czuwają nad nami"
  • Trudy Harris "Przebłyski nieba"
  • Annie Kagan "Życie po życiu Billy'ego Fingersa"
  • Raymond Moody "Życie po życiu"
  • Alexander Eben "Dowód"
  • Jacoby Bernard "Drogi nieśmiertelności"

Życzę Wam samych wspaniałych chwil w 2019 roku i wspaniałego wykorzystywania czasu tak, abyście za rok w grudniu szczerze powiedzieli sami sobie - to było piękne 365 dni.


wtorek, 30 października 2018

Włoska książka - 10


Tak wiele mam książek włoskich autorów na półkach, a właśnie do mnie dotarło, że to dopiero dziesiąty wpis z tego cyklu. Przed rozpisywaniem się na temat włoskiej literatury powstrzymuje mnie tylko fakt, że nie prowadzę bloga typowo czytelniczego.

Dziś polecę Wam Łzy pajaca (Il senso del dolore) autorstwa Maurizio de Giovanni. To pierwsza książka tego autora przetłumaczona na język polski. Cykl kryminalny jest bardzo znany we Włoszech, podobnie jak cała seria o komisarzu Montalbano pióra Camilleri (o jego książkach wkrótce). Tłumaczenie Macieja Brzozowskiego od razu skradło moje serce. To ten sam, który napisał dwie wspaniałe książki: Włosi-życie to teatr i Boskie. Włoszki, które uwiodły świat. Dobre tłumaczenie do więcej niż połowa sukcesu każdej książki.

Przyznaję-najpierw urzekła mnie okładka. A ponieważ lubię kryminały, bez wahania zakupiłam tę pozycję.

Do niedawna nie zdawałam sobie sprawy z faktu, że istnieje odrębny gatunek kryminału zwany kryminałem retro. Zdarzało mi się przeczytać jakąś historię z zagadką morderstwa osadzoną w epoce dorożek, cylindrów, brukowanych uliczek i niemego kina. To były właśnie kryminały retro-osadzone w dawnych czasach.

Tu miejscem akcji jest Neapol lat trzydziestych i komisarz Ricciardi pracujący w faszystowskiej policji. Odludek, samotnik naznaczony jest cierpieniem i dziwnym darem, a raczej przekleństwem - widzi zmarłych tragiczną śmiercią w ostatnich chwilach ich życia i odczuwa ich ból.

Wątek metafizyczny, lekko niepokojący klimat i zagadka morderstwa wybitnego, sławnego na całe Włochy tenora Arnolda Vezziego (ulubieńca Duce) w gmachu opery San Carlo skradnie Wam ze dwa wieczory. Przewracając kolejne strony poznacie mnóstwo różnych postaci i będziecie mieli możliwość zajrzenia za kulisy teatru dowiadując się tym samym kilku faktów choćby o operze Pagliacci - słynnych Pajacach Leoncavalla. Przepadniecie.

Czytając tę historię posłuchajcie koniecznie słynnej arii z Pagliacci - to ta sama, której fragment wykorzystał miłośnik opery Freddie Mercury w swojej piosence It's a hard life. Przepiękna! 

Gwarantuję Wam, że zanurzycie się w magicznym świecie opery i przeniesiecie do Neapolu lat trzydziestych zapominając o świecie wokół. Bo Łzy pajaca mają swój niepowtarzalny klimat.

Książka na maksymalnie kilka jesiennych wieczorów. Warta przeczytania. Najlepiej ze słynnymi ariami operowymi w tle. Ja już wypatruję tłumaczenia dalszych części, bo takowe obiecuje wydawca. A jeśli jednak nie dotrzyma słowa i kolejne części poświęcone śledztwom komisarza Ricciardiego nie ukażą się w Polsce .... zakupię w ciemno kilka tomów serii w oryginale.

To co, odgadniecie kim jest morderca? Tym razem miałam słuszne podejrzenia, choć przyznaję, że rzadko kiedy rozwiązuję zagadkę kto zabił.

PS. Na uwagę zasługuje ciekawe w swojej konwencji zakończenie, i nie mam tu akurat na myśli rozwiązania zagadki kryminalnej. Nic jednak więcej nie napiszę, może sami sprawdzicie.
PS.2 Po włosku kryminał to po prostu giallo (żółty) - od takiego koloru okładek popularnej serii kryminałów wydawanych przez wydawnictwo Mondadori.

poniedziałek, 22 października 2018

Dyniowo kolorowo


Do Dyniolandu pod Warszawą wybieraliśmy się już kilka razy. Ciągle coś wypadało, aż wreszcie tego roku zrealizowałam moje małe marzenie o pięknej polskiej jesieni i kolorowej farmie dyń. Wprawdzie w dzień, kiedy pojechaliśmy nie było słońca, a niebo przykrywały ciemne, ciężkie chmury, ale zgodnie z filozofią łapania chwili i dostosowywania się do każdej pogody czerpałam radość z melancholijnej, jesiennej aury. Poza tym różnorodność wspomnianych pękatych piękności zabarwiła to ponure październikowe popołudnie i wspaniale się komponowała z przygaszonymi już w niektórych miejscach barwami.

Natura maluje najpiękniejsze obrazy.



Dynioland (zwany przez moje dzieci Dyniolandią, a przez samych właścicieli Krainą Tysiąca Pomarańczowych Dyń) znajduje się jakieś 30 kilometrów za Warszawą, nad brzegiem Narwi, dwa kroki od Zalewu Zegrzyńskiego. Miejsce sielskie i blisko natury. Pełne uroku i dyń, które można na miejscu dotknąć, popodziwiać i oczywiście zakupić. W celach konsumpcyjnych bądź typowo dekoracyjnych (układanie martwej natury na paterach, wycinanie straszydeł na Halloween). 



Byłam zdziwiona, ile rozmaitych gatunków dyń jest uprawianych. Przy każdej odmianie znajduje się tabliczka z nazwą, krótką charakterystyką i informacjami do czego dany gatunek najlepiej się nadaje (na ciasto, zupę, do grillowania) i na co jest najzdrowszy. A dynia jest bardzo, bardzo zdrowa, o pestkach nie wspominając.



Oprócz dyń będących ciekawym punktem programu samym w sobie mamy przestrzeń idealną do biegania dla dzieci. Obok: mini zoo - kozy, gęsi i koguty. Miły zwierzyniec, a nieopodal rozstawione leżaki dla dorosłych i możliwość spróbowania dyniowej zupy, soku dyniowo-jabłkowego lub dyniowego ciasta. Bujawki, huśtawki, hamak, zjeżdżalnie, słomiane figury zwierząt są świetną atrakcją dla maluchów. Najmłodsi szaleją, a dorośli wystawiają twarze do słońca (o ile jest) i łapią chwilę relaksu.


Dla grup zorganizowanych w Dyniolandzie organizowane są przeróżne warsztaty eko-artystyczne (o ziołach, gotowaniu, decoupage'u, misternym wycinaniu wzorów w dyni czy sadzeniu roślin). Dodajmy do tego liczne aktywności i zabawy na powietrzu, choćby przeciąganie liny, słomiane labirynty i możliwość skakania po sianie, biegi z przeszkodami, strzelanie z łuków czy spacer ścieżką sensoryczną. Miejsce pełne uroku i inspiracji.


Wróciliśmy bardzo zadowoleni, a ja obiecałam sobie powrócić tam w przyszłym roku w jakiś tym razem słoneczny dzień.

A w następnych wpisach przepis na dyniowe ciasto i zapowiedziana już na Instagramie recenzja włoskiego kryminału "Łzy pajaca".

Do przeczytania!


środa, 17 października 2018

Włoska książka-9


Lubię się pobać, zwłaszcza przed Halloween. W ciemne, jesienne wieczory, gdy za oknem wiatr  i deszcz, siedzę sobie pod ciepłym kocem i pochłaniam kolejne strony mrocznej historii lub oglądam jakiś dobrze zrealizowany horror czy thriller. Takie wieczory należą do moich ulubionych o tej porze roku.

Im bliżej Świąt i grudnia, tym chętniej sięgam po książki obyczajowe, otulające rodzinnym ciepłem. Jednak mamy październik, a on rządzi się u mnie swoimi prawami: tradycyjnie więc chwilowo czas na mroczniejsze klimaty.

Istotę zła pochłonęłam w kilka dni. Kiedy więc usłyszałam o kolejnej powieści Luca D’Andrea, od razu musiałam po nią sięgnąć. Na zasadzie kontrastu - gorąca herbata z wkładką i mroźna historia-zestaw idealny.

Znów więc mamy strach, fabułę osadzoną w Górnej Adydze (rodzinne strony autora). Historia wciąga, niepokoi, ma w sobie mrok.

Bohaterka książki Marlene, żona bogatego i wpływowego lokalnego kryminalisty Herr Wegenera kradnie mu z sejfu cenne szafiry i ucieka. W drodze ulega jednak wypadkowi samochodowemu i cudem uchodzi z życiem dzięki pomocy pustelnika - Simona Kellera. W pogoń za Marlene wyrusza płatny morderca na usługach tajnej organizacji zwanej Konsorcjum, do której aspiruje Herr Wegener. Marlene chroni się wysoko w górach, w chacie Simona Kellera, który okazuje się być dość dziwnym człowiekiem-przepisuje Biblię, hoduje świnie i tworzy Vulpendingen (poszperajcie sami, co to takiego). Wśród świń ma jedną wyjątkową, noszącą imię Lissy.

Aura tajemnicy, studium szaleństwa i mroźne góry wokół. Samotność, napięcie, ciemna strona duszy, zło. Nawiązanie do mrocznych baśni braci Grimm.

To thriller naładowany emocjami, wielopłaszczyznowy. Myślę, że gdybym przeczytała książkę raz jeszcze, dostrzegłabym inne rzeczy.

D’Andrea ma niesamowitą zdolność budowania klimatu i poczucia zagrożenia. Góry i ciarki na plecach w bezpiecznym domowym zaciszu-czego chcieć więcej.

Istota zła była bardzo wciągająca. Podobnie Lissy. Ale to dwie odrębne, zupełnie inne książki i nie mogłabym powiedzieć, że jedna jest lepsza, a druga gorsza.

Altro che idillio, la montagna è dark.

Bo góry to nie idylla i piękne widoki, to tajemnica, prastare zło i ciemność zamknięte w odwiecznym kamieniu.

"Czas należy do gwiazd, nie do ludzi".

Polecam. A świnie w tym wszystkim? Nigdy już nie spojrzę na te z pozoru niewinne zwierzęta tak samo....

A Wy? Lubicie zafundować sobie czasem trochę literackiego strachu?

środa, 3 października 2018

Na gór(al)ską nutę


Witajcie. Znowu mnie tu trochę nie było. Cieszyłam się latem, spotkaniami, wyjazdami. Pogoda nas rozpieszczała, więc wyciskałam z letniej aury ile tylko się dało, urzędując do późnych godzin. 

Nadeszła jesień, która siłą rzeczy sprzyja zaszyciu się pod ciepłym kocem, książkom, aromatycznym herbatkom i pisaniu. Wracam tym samym na dobre.

We wrześniu byłam w Zakopanem. Stęskniłam się za górami, po których ostatnio chodziłam w 2003 roku (!) 

Wiem wiem, Zakopane to nie góry. 

Zakopane to Krupówki, wspaniałe domy w stylu witkiewiczowskim, podhalańskie tradycje, klimatyczne lokale stylizowane na karczmy z góralskimi kapelami grającymi na żywo, pyszna kuchnia oraz sporo komercji pod turystów.

Góry patrzą na nas niewzruszone z oddali.

Leniwi turyści mogą wjechać na Gubałówkę kolejką i popijając grzane wino tudzież smakując kwaśnicę na żeberku z pieczonym ziemniakiem podziwiać widok na Giewont nie męcząc się przy tym i nie pocąc.


Zakopane to idealne miejsce wypadowe na weekend dla tych, co mają blisko. W moim przypadku odległość jest już jednak dość znaczna i lepiej byłoby połączyć weekend z jeszcze kilkoma dniami wolnymi, co jednak niestety się nie udało.

Podczas pobytu w Zakopanem obudził się we mnie uśpiony sentyment do gór. Miłość do ich potęgi, nieobliczalności, a jednocześnie niezwykłego, niewzruszonego trwania.


Jak na leniwych ceprów przystało wjechaliśmy na wspomnianą Gubałówkę. Pojechaliśmy również na słowacką stronę w Tatry Wysokie, gdzie wjechaliśmy na Łomnicę. No, może nie na sam szczyt - 2634 m n.p.m. (3 przesiadki, różne kolejki, a im wyżej, tym większa adrenalina), ale na Skalnate Pleso (1751 m n.p.m), gdzie grzaniec smakował wybornie. Widoki imponujące. A w tym wszystkim człowiek - mały, niepozorny w obliczu ogromu gór. W górach problemy stają się nieistotne, podobnie jak w przestworzach. W górach liczy się tylko natura i jej potęga - za to właśnie kocham góry.


Dawno nie chodziłam po szlakach, bo kiedy urodziły się dzieci, górskie wyprawy musiały zejść na dalszy, bliżej nieokreślony w przyszłości plan. Teraz góry powoli do mnie wracają. Na razie w postaci dość pokaźnego stosu książek. Będę raz po raz o nich pisała - sukcesywnie w miarę czytania.

Pierwszą pozycję już pochłonęłam. "Na Giewont się patrzy" autorstwa Barbary Caillot-Dubus i Aleksandry Karkowskiej. 


To książka o czasach, których już nie ma. Autorki rozmawiają z najstarszymi góralami o ich dawnym życiu, o trudach i radościach, o czytaniu w świetle lampy naftowej, darciu pierza czy podróżach do "dalekiego Krakowa" po chleb.


To wspomnienia, reportaż, dokument. To coś więcej - to próba ratowania przeszłości przed zapomnieniem. Bardzo udana próba. To powieść o tym, jak być szczęśliwym posiadając niewiele. Książka-gawęda przeplatana jest starymi zdjęciami z rodzinnych albumów oraz współczesnymi kolorowymi fotografiami leciwych już bohaterów urodzonych w latach 20 i 30 XX wieku.



Podhale, Zakopane. Co o nich wiemy? Zakopane jest odwiedzane tłumnie zwłaszcza w okresie bożonarodzeniowym oraz sylwestrowym. Jadą tam cepry - tak jak my-na weekend: dobrze zjeść, posłuchać góralskiej muzyki i kupić pamiątki z Krupówek (nota bene z prawdziwym podhalańskim rzemiosłem nie mają one nic, ale to nic wspólnego). 


Książka jest jakby mostem zbudowanym między starym, a nowym pokoleniem. Tak o książce pisze Mariusz Szczygieł: "Na Giewont się patrzy to coś więcej niż dokument, coś więcej niż wspomnienia i coś więcej niż reportaż. Synteza życia sprzed kilkudziesięciu lat. Opowieść o akceptacji swojego miejsca w życiu. O tym, jak być szczęśliwym, mimo, że ma się niewiele. Nie czytajcie jej tylko jako książki o Góralach, to by ją zubożyło".


Autorkom wspaniale udało się zatrzymać to, co przeminęło, uchwycić relacje o życiu dyktowanym prawami natury. Życiu ciężkim, ale jednocześnie pięknym w swojej prostocie i surowości.


"Pamięć jest przyszłością przeszłości" - mówi jedna z autorek. Polecam Wam to magiczne świadectwo przeszłości wydane na pięknym czerpanym papierze. Mała podróż w czasie na zaledwie 150 stronach - idealna lektura na kilka jesiennych wieczorów bez telewizora. A takie sprzyjają refleksji - zwłaszcza o tej porze roku.

Świat się zmienia, pędzi, a Giewont, góry w ogóle stoją dalej niewzruszone.

"Było biednie, surowo i prosto. Nikt nie miał pretensji do nikogo, bo i po co".

"Ojciec stolarz zrobił nam narcięta, takie kombinowane. Zagiął deski, przybił rzemień i narty były. Buty do nich mieliśmy gumiane albo kierpcośki. Na nartach my jeździli wkoło chałupy".

"Przy piecu się siedziało, światła nie było, ino świeca czy lampa naftowa. Trzeba było przykręcać knot, żeby naftę oszczędzać. Jak zimą była pełnia, to przy księżycu my czytali".


Pozostaje wielki niedosyt  i apetyt na więcej (zakopiańskiego spleenu, górskich wędrówek, kwaśnicy, oscypka, góralskich przyśpiewek, korbaczy, śliwowicy, mioduli, zapachu paleniska w karczmie, herbatki z prądem, pięknych widoków)*

*niepotrzebne skreślić, a raczej koniecznie dodać coś od siebie