piątek, 23 sierpnia 2019

Schyłek lata


Witajcie.

To naprawdę już końcówka sierpnia, schyłek lata?! Tak szybko?! No cóż, taka kolej rzeczy. Czuję już nadchodzącą jesień, nie da się ukryć. Dnia nieuchronnie ubywa, a wieczory robią się coraz chłodniejsze. Zamiast żałować mijającego lata cieszę się już tę na jesienną aurę – na te wszystkie ciepłe pledy i aromatyczne herbaty, wrzosy, wieczory z książką, szeleszczące pod stopami liście, święto pieczonego ziemniaka czy Halloween. 

Każda z pór roku ma swój urok i tylko od nas zależy, czy mu się poddamy, czy ulegniemy narzekaniom (bo za zimno/za gorąco/za deszczowo/za szaro/za duszno/za ciemno – niepotrzebne skreślić, albo zostawić wszystko, jeśli ktoś lubi wynajdywać dziurę w całym i utyskiwać w ramach hobby).

Za nami tydzień spędzony w przepięknych lasach Borów Tucholskich. Jestem zakochana w tym miejscu. Tu naprawdę ładuję baterie i odpoczywam, czuję jedność z przyrodą i łapię tak potrzebny mi oddech. 


Były leśne spacery, kąpiele w jeziorze, synkowie oddawali się zabawom w szałasach zbudowanych przez nieco starsze dzieci spędzające wakacje na pobliskim obozie. 


Czytałam w hamaku, zrobiliśmy malowniczą sesję zdjęciową na polach pełnych balotów (kocham czas sierpniowych żniw), spaliśmy w namiocie, zorganizowaliśmy wraz z moimi rodzicami i synkami wycieczkę pociągiem. Oglądaliśmy w drodze stare, niemal zapomniane stacyjki. Robiliśmy wreszcie zakupy na lokalnych targach z pysznymi specjałami (ziołomiody z dziką różą, pokrzywą, miętą czy czarnym bzem - pycha i samo zdrowie!). Poznawaliśmy okolice.


Bory Tucholskie, zielone płuca. Tu czas spowalnia, człowiek wreszcie może nacieszyć się naturą i cisząPrzypominam sobie od razu przeczytane przeze mnie książki o shinrin-yoku – sztuce kąpieli leśnych - znanego i praktykowanego od setek lat w Japonii spędzania czasu pośród drzewDzięki leczniczej mocy drzew w naszym organizmie wytwarza się więcej hormonów szczęścia, stajemy się spokojniejsi, nie mamy huśtawek nastrojów, a nasze uszkodzone tkanki lepiej się regenerują. Tętno spowalnia, ciśnienie krwi się normuje, a nasz zmęczony ciągłym patrzeniem w monitory i smartfony wzrok ulega poprawie (tydzień bez komputera faktycznie okazał się błogosławieństwem dla moich oczu). Dzięki leśnym spacerom układ odpornościowy sprawniej chroni nas przed chorobami, a ryzyko demencji znacznie się zmniejsza. Podobno też stajemy się bliżsi długowieczności. Bezpośrednie obcowanie z drzewami, odgłosami lasu czy substancjami organicznymi wytwarzanymi przez rośliny ma dobroczynny wpływ, o czym wiedziano już dawno temu w wielkulturach świata. Shinrin-yoku nie odkrywa Ameryki, jednak jako pierwsze zostało poparte licznymi badaniami naukowymi.


Państwo wynajmujący domek moim rodzicom opowiadali im o grupie Japończyków, którzy przyjeżdżają do nich co jakiś czas przekraczając bramę, za którą znajdują się domki, od razu zdejmują buty chodząc potem przez cały pobyt po lasach tylko na boso. Polecam książki o tej tematyce plus znaną prawie wszystkim „Sekretne życie drzew”, ale myślę, że również bez ich czytania wszyscy intuicyjnie wiemy, jaką leczniczą moc posiadają lasy, kontakt z drzewami i spacery czy chodzenie na boso po trawie czy piasku. Przytulenie się do sosny czy brzozy wcale nie jest głupie czy infantylne.

Sierpień. Część punktów z sierpniowej listy przeżyć zrealizowałam, część czeka jeszcze z realizacją na ostanie dni miesiąca. Kilka punktów przesunę na wrzesień i bynajmniej nie patrzę na to jak na porażkę – listy przeżyć mają to do siebie, że ulegają ciągłym modyfikacjom, po prostu dostosowujemy je do naszych aktualnych potrzeb i możliwości, do nastroju i aktualnej pogody.

Jednym z punktów na liście były zabawy w podchody i poszukiwanie schowanego skarbu.


Ten ostatni został włożony do starej puszki, do której wsadziliśmy różne szpargałki: różowy „diament miłości” – jak określił go mój synek, stary klucz, szklane kulki, „pierścień życzeń Arabelli”(czy ktoś jeszcze pamięta czechosłowacki serial „Arabella”?), kostki do gry i muszelki. 

Dzieciom naprawdę do szczęścia niewiele trzeba, a w poszukiwaniu skarbu bardziej niż sam skarb liczy się właśnie szukanie, odgadywanie po drodze zagadek, podążanie szlakiem strzałek z patyków, szyszek i papieru, wypatrywanie znaków i wskazówek. 

Dzieci poprzez zabawę w podchody/szukanie schowanego skarbu uczą się orientacji w terenie, cierpliwości i współpracy.


Zadania dostosowałam do wieku (dla trzylatka choćby – pokaż 2/4/3 paluszki, proste zgadywanki o leśnych zwierzętach). Dla obu synków zostawiłam wiele ćwiczeń sportowych i zagadek przyrodniczych („Zanim pójdziecie dalej, zbierzecie 10 szyszek i zabierzcie je ze sobą/zróbcie 10 przysiadów”). Oprócz głównego skarbu po drodze pochowałyśmy też z moją mamą inne drobiazgi (lupę, „skamieliny” mumii i dinozaura do odkopania – „zestawy archeologa” zakupione w niezawodnym Tigerze czy kolorowe szkiełka). Miejsca ukrytych pomniejszych skarbów nie zawsze były oczywiste-trzeba było się rozejrzeć, odgarnąć lekko mech, zajrzeć do pieńka czy na gałęzie drzewa.


Punkt został zrealizowany z sukcesem - dostarczył i dzieciom i dorosłym mnóstwa zabawy. Zabawę z ukrytym skarbem na pewno powtórzymy w przyszłości, zwłaszcza, że dzieci czuły niedosyt, a część zagadek mogła być jednak trudniejsza, o czym kilkukrotnie przypominał mi mój sześciolatek. Warto przygotować krótką trasę, by sprawdzić, jak taka forma aktywności spodoba się dzieciom. Jestem pewna, że każde dziecko będzie zachwycone – w końcu w każdym dziecku chowa się mały podróżnik-odkrywca. Jeśli nie macie własnych pomysłów, w internecie znajdziecie mnóstwo inspiracji - w zależności od wieku dzieci. Ważne tylko, by nikt postronny nie ruszył Wam pozostawionych znaków/skarbów psując zabawę, dlatego podchody-poszukiwania skarbu warto przygotować w takim miejscu, by nikt Wam nie przeszkodził.

Kolejne punkty z listy również zostały zrealizowane – byliśmy trzykrotnie na wyprzedaży garażowej – pośród tysiąca drobiazgów za grosze wyszperałam kilka skarbów - głównie porcelanowych takich jak kubki, biała imitacja kawiarki czy miseczki, ale także ryciny i inne, które pewnie niebawem pokażę. Kocham takie miejsca. Ilekroć kupię jakiś staroć, zastanawiam się, jaką drogę przebył, kto go używał i jaką ma historię. Gdyby tylko przedmioty potrafiły mówić...


Książka „Letnia noc” - przeczytana. Czułam niepokój, muszę przyznać, a autorowi udało się stworzyć niesamowity mroczny nastrój grozy godny Kinga. Polecam, jeśli lubicie takie klimaty –fabuła osadzona w latach sześćdziesiątych w prowincjonalnym amerykańskim miasteczku w stanie Illinois i całe mnóstwo charakterów plus grupka chłopców stawiająca czoło złym mocom (napisana w 1991 roku książka stała się inspiracją dla twórców słynnego serialu „Stranger things” do obejrzenia aktualnie na Netflixie).


Piłam pyszną kawę mrożoną, jadłam lody pietruszkowe, chałwowe i kawowe z kardamonem. Spotkałam się z koleżankami w barce Makrell Wynurzenie na Bulwarach Wiślanych – polecam rybki, zwłaszcza grillowaną makrelę i domowe pikle! Widok na Wisłę niezwykle malowniczy, zwłaszcza oglądany z wygodnego krzesła brazylijskiego (to te wiszące).


W pracy umiliłam sobie biurko ulubionymi zdjęciami i cytatem.

Oglądaliśmy (i nadal oglądamy) „Misia Uszatka” w ramach zapoznawania się z klasyką polskich bajek (najlepsze). 

Zrobiłam crumble – śliwki pod kruszonką – pycha! 


Czytam książkę „Miasta-widma w Toskanii” Aleksandry Seghi, więc realizuję też z powodzeniem punkt z cyklu „Zgłębianie włoskich tematów”. Kolejne punkty cyklu będą w skrócie opisywane co miesiąc w ramach mojego zachwytu nad Italią.

W ogólnym rozrachunku sierpień uważam za niezwykle udany. I choć powroty po wakacjach i przestawienie się na codzienne tory nie należą do łatwych (mój sześciolatek po powrocie do Warszawy rozpłakał się mówiąc „Szkoda, że wakacje tak szybko mijają”), to na liście czekają już kolejne pomysły do zrealizowania, a nic tak nie napędza człowieka jak snucie planów i stopniowe wcielanie ich w życie.

CDN.

sobota, 10 sierpnia 2019

Sto dni szczęścia


Lato i wakacje oprócz podróży i zwiedzania nowych miejsc kojarzyło mi się od zawsze z książką. Dobrą lekturą zabieraną do walizki czy plecaka. Już jako dziecko na wakacjach spędzanych na wsi zaczytywałam się w Dzieciach z Bullerbyn czy Przygodach Tomka Sawyera. Potem przyszedł czas na kryminały, powieści obyczajowe i klasykę. Była poezja i horrory. Literatura faktu i poradniki z dziedziny psychologii i rozwoju osobistego. Tytuły w oryginale. Rodzaj czytanej książki zmieniał się wraz z wiekiem i  ewoluującymi zainteresowaniami. Czasami zabierałam z sobą książkę z miejscem akcji osadzonym tam, gdzie aktualnie spędzałam lato.
Książki towarzyszyły mi niemal od zawsze, a wakacje tylko sprzyjały poznawaniu nowych historii. Zrelaksowany umysł chłonął więcej słowa drukowanego.
Tak jest do dziś.
Kocham biblioteki, księgarnie, antykwariaty i książkowe wyprzedaże. Klimatyczne kawiarnie z półkami pełnymi książek (zdecydowanie moje dwa ukochane k-książka i kawa). Inicjatywy booking crossingu. Kluby czytelnicze i targi. Kindle nie dla mnie. Muszę czuć papier pod palcami i szelest przewracanych stron.
Czytam różne gatunki. Zawsze mam ze sobą jakąś książkę – już wiele razy okazywało się, że książka umilała mi czas w kolejce do lekarza czy podczas nieplanowanego dłuższego przejazdu komunikacją miejską (ach te korki!). Będąc mamą muszę umiejętnie wygospodarowywać czas na spokojne czytanie, co jest na wagę złota i nie zawsze przychodzi mi łatwo, ale w ogólnym rozrachunku udaje się.
Książki. Nieodłączni towarzysze. Kocham z wzajemnością. Są stety-niestety moim nałogiem. Kupuję ich więcej niż jestem w stanie przeczytać. Bo chcę je mieć w swojej biblioteczce. Móc je kartkować. Zaznaczać istotne dla mnie zdania i do nich powracać. Podkreślać i cytować pewne fragmenty. Czytam często kilka książek na raz, przebywając w różnych światach i klimatach równolegle. I nie - nie mylą mi się bohaterowie.
Książki leżą przy moim stoliku nocnym i na dobrą sprawę ich pokaźny stosik mógłby z sukcesem ów stolik zastąpić. Zdecydowanie za często zamiast kupić dobry tusz do rzęs czy sukienkę wydaję pieniądze na kolejną czytelniczą perełkę.
Obecnie staram się zredukować liczbę tytułów oddając ich część choćby do biblioteki, ale rozstanie z książkami to dla mnie za każdym razem ciężki temat. No cóż, może kiedyś dorobię się porządnej wielkiej ściany na wspaniałe półki i fotela w klimacie chesterfield w pobliżu – wtedy stworzę sobie przytulny kącik czytelniczy będący moją oazą. Tymczasem na regale zostawiam tylko pozycje o Włoszech / włoskich autorów oraz tytuły, które są moim antidotum na gorsze dni / skarbnicą wiedzy i inspiracji, do której powracam.
Niech część przeczytanych przeze mnie książek wędruje dalej w świat ciesząc i wzruszając innych.
Wybrane z trudem niektóre tytuły co jakiś czas żegnam, ale pewno pozostanie ze mną przeczytana niedawno na urlopie książka autorstwa Evy Woods „Sto dni szczęścia”. Historia przypomina mi trochę jeden z moich ulubionych filmów z Charlize Theron i Keanu Reevesem – Słodki listopad.
Tak jak w filmie, i tu mamy nieuleczalnie chorą bohaterkę z tykającą bombą jaką jest glejak mózgu. Polly jest niezwykle barwną i ekscentryczną osobą, która powoli umierając uświadamia innym wartość życia i stopniowo ich odmienia.
Mamy tu tak naprawę dwie bohaterki, skrajnie różne, ale jak wiadomo przeciwieństwa się przyciągają. Obok  pochodzącej z bogatego domu chorej na raka Polly mamy zamkniętą w sobie i załamaną demencją swojej matki Annie. Annie pogrąża się w rozpaczy. Straciła niemal wszystko i nie widzi już sensu życia (jej tragiczne przeżycia z przeszłości i niezwykle smutną historię autorka dozuje nam stopniowo). Dni Annie stają się pełną łez i emocjonalnego bólu wegetacją bez celu.
Kiedy Annie po raz kolejny odwiedza swoją chorą mamę w szpitalu, poznaje Polly. Polly zjawia się w życiu Annie niczym huragan stawiając przed nią wyzwanie – codziennie przez 100 dni robić coś nowego / wartościowego / zwariowanego. Annie z początku nieufna, powoli daje się wciągnąć w tę zabawę i odkrywa, że naprawdę można być szczęśliwym nawet wtedy, kiedy życie rzuca kolejne kłody pod nogi, a serce przypomina otwartą ranę. 
Najcenniejsze co mamy, to czas dany nam tu i teraz i absolutnie nie wolno nam go marnować.


O swoim pomyśle na 100 dni Polly mówi:
Chcę udowodnić, że można być szczęśliwym, nawet kiedy wszystko jest naprawdę do bani.”

„Chcę zostawić po sobie jakiś znak, rozumiesz… zanim zniknę na zawsze. Udowodnić, że można być szczęśliwą i cieszyć się życiem, pomimo, że sprawy wyglądają okropnie.”

Lekko, ale niezwykle wzruszająco napisana powieść wciąga i jest ogromną dawką pozytywnej energii. Tak często narzekamy, smucimy się bez sensu, zazdrościmy innym nie widząc tego, co mamy. Biegamy, pędzimy, gromadzimy pieniądze zamiast gromadzić wspaniałe wspomnienia i doświadczenia. W tej gonitwie zapominamy, co tak naprawdę jest ważne. Wpatrujemy się w internetowe strony z miałką treścią, liczymy ilość lajków pod zamieszczanymi przez nas zdjęciami i zatracamy w tak naprawdę nieistotnych czynnościach i tematach. Żyjemy nie z ludźmi, a obok nich. Wszystko zdaje się być namiastką prawdziwego życia, pozbawioną treści fasadą, za którą w rzeczywistości kryje się pustka. Może warto się zatrzymać i przypomnieć sobie, co tak naprawdę jest istotne?

Powieść szybko się czyta, cała historia wzrusza i bawi do łez, a jednocześnie zostawia w czytelniku kilka pytań. Wartko napisane rozdziały stanowią motywację do zmian, do przyjrzenia się swojemu życiu. Może warto wprowadzić do niego coś, co odmieni i wzbogaci naszą codzienną rutynę, przyczyni się do naszego szczęścia i do szczęścia ludzi wokół? Wśród pomysłów na 100 dni znajdziemy zupełnie proste inspiracje niewymagające wielkich nakładów finansowych (choćby podarowanie komuś kwiatów, spotkanie się z dawno niewidzianym znajomym czy zaangażowanie w wolontariat ). Nawet coś pozornie błahego może odmienić nasz dzień, sprawić, że stanie się on ciekawszy i przyjemniejszy. Dobro napędza dobro. Uśmiech generuje uśmiech.
Czy warto sięgnąć po "Sto dni szczęścia"? Tak. Zdecydowaznie warto przeczytać tę historię i ruszyć z miejsca w którym jesteśmy. Kto wie, dokąd doprowadzą nas wcielane w życie małe i większe pomysły? Może wreszcie zaprosimy do nas na lampkę wina i jakieś przekąski sąsiadów mijanych codziennie w windzie i okażą się oni naprawdę fajnymi ludźmi, zaś nasze spotkanie będzie początkiem pięknej przyjaźni? Może zaczniemy pisać opowiadanie? Albo zapiszemy się wreszcie na kurs tanga/gry na ukulele/łucznictwa/ (niepotrzebne skreślić), o którym zawsze w głębi duszy marzyliśmy?


Na koniec kilka cytatów z książki, na pozór banalnych, a jednak trafiających w punkt:
Pamiętaj, jeśli chcemy mieć tęczę, musimy zaakceptować deszcz.”
„Nie bądź swoim największym wrogiem. Od tego masz mnóstwo innych ludzi”.
Żeby przepłynąć ocean, musisz stracić z oczu brzeg.Zrób każdego dnia coś, czego się boisz”.
W życiu nie chodzi o to, by unikać burzy, ale o to, żeby nauczyć się tańczyć w deszczu”.
„Rozgoryczenie jest jak trucizna, którą pijesz w nadziei, że zabije kogoś innego”.
Nie chodzi o to, aby liczyć dni. Chodzi o to, aby dni się liczyły”.
PS. Pomysł na książkę pojawił się, kiedy autorka czytała o projektach innych ludzi – swego czasu w sieci pojawiło się mnóstwo propozycji na wartościowe spędzanie czasu – wyzwanie #100dni. W wyzwaniu brali (i nadal biorą) udział ludzie z całego świata, motywując się wzajemnie i inspirując na przeróżnych blogach, forach dyskusyjnych i stronach. Warto nieco poszperać w temacie. Na chwilę obecną na instagramie pod hasłem #100daysofhappinesschallenge znajdziecie 29 tysięcy zdjęć (!) a ich ilość stale rośnie.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Włoska książka - 14


„Najwybitniejsza włoska powieściopisarka od czasów Elsy MoranteˮCorriere della Sera
„Włoskie objawienie”.
„Światowa sensacja literacka, której nikt nie zna”. The Guardian

Niedawno przeczytałam pierwszą książkę Eleny Ferrante. Pierwszą moją i pierwszą autorki, bo to jej debiutancka powieść – wydana we Włoszech już dawno, bo w 1992 roku pod tytułem „L’amore molesto”.

Elena Ferrante to pseudonim jednej z bardziej tajemniczych postaci włoskiej literatury współczesnej. Pochodząca z Neapolu, niezwykle popularna i poczytna autorka pilnie strzeże swojej anonimowości. Swoją sławę we Włoszech i za granicą zawdzięcza cyklowi określanemu mianem neapolitańskiego. Jej książki to psychologiczno-sensacyjno-obyczajowe historie, których akcja dzieje się w tłocznym, dusznym i klimatycznym Neapolu.

Do tej pory niewiele wiadomo o autorce, a nieliczne szczątkowe informacje pochodzą z wywiadów oraz pewnych faktów, które czytelnik może odnaleźć w fabule jej licznych książek.

W dzisiejszych czasach zachowanie anonimowości wydaje się wręcz niemożliwe i sama zastanawiałam się, ile w tej aurze tajemniczości prawdy, a ile chwytu marketingowego napędzającego sprzedaż poszczególnych tytułów.

Jak czytamy na jednej ze stron w internecie:

„W 2003 roku pisarka opublikowała książkę zatytułowaną „La frantumaglia”, w której zawarła m.in. fragmenty listów wymienianych z wydawcami, które rzuciły trochę światła na tajemniczą autorkę. W artykule zamieszczonym w czasopiśmie „New York Times” krytyk literacki James Wood podsumował wszystko to, co można uznać za potwierdzone fakty: Elena Ferrante pochodzi z Neapolu, gdzie się wychowywała, jednak w ciągu swojego życia mieszkała w różnych miejscach poza Włochami. Posiada dyplom studiów w zakresie filologii klasycznej. Wśród jej ulubionych pisarzy i wzorów do naśladowania wymienia Elsę Morante. O sobie samej pisze, że jest matką oraz że oprócz pisania, zajmuje się również tłumaczeniem i nauczaniem.

Spośród wielu hipotez i spekulacji na temat prawdziwej tożsamości pisarki najbardziej prawdopodobna wydaje się ta mówiąca o tym, iż Ferrante to w rzeczywistości Anita Raja, tłumaczka pochodząca z Rzymu. Tę teorię wysunął w 2016 roku dziennikarz śledczy Claudio Gatti, opierając się na rzekomych zapisach operacji finansowych związanych z zakupem nieruchomości oraz wypłatami tantiem. Informacje te nie zostały jednak w żaden sposób potwierdzone. Sama autorka twierdzi, że każda powieść, gdy zostanie ukończona, nie potrzebuje już swojego autora i właśnie dlatego pragnie pozostać anonimowa.”

Po napisaniu w 1991 roku „Obsesyjnej miłości” Ferrante powiedziała:

"Zrobiłam już wystarczająco dla tej książki - napisałam ją. () Jeśli wywiady, to tylko na piśmie, ale również one w liczbie ograniczonej do niezbędnego minimum. () Wierzę, że gdy książki zostają napisane, nie potrzebują autorów. () Bardzo kocham te dziwne tomy, zarówno staro-, jak i nowożytne, które nie mają znanego z nazwiska autora, a mimo to do dziś żyją własnym życiem. Są podrzuconym pod osłoną nocy cudem, jak dary Befany, na które czekałam w Boże Narodzenie [Befana - we włoskiej tradycji czarownica podrzucająca prezenty]. Sprawcy prawdziwych cudów są bezimienni. Poza tym - promocja jest droga. Będę waszą najtańszą autorką. Oszczędzę wam nawet mojej obecności".

We Włoszech sukces książek Ferrante długo nie wzbudzał dumy. Nominowaną do nagrody literackiej Premio Strega Ferrante wzywano do ujawnienia swojej tożsamości pod groźbą usunięcia jej kandydatury – no bo jak wręczać nagrodę komuś, kogo nie znamy, nie wiemy, kim on jest? Może te książki pisze więcej osób, może to grupa ghost writerów?

Ukrywanie swej tożsamości – czyżby to była kokieteria, przemyślana akcja marketingowa, a może raczej nieśmiałość pisarki i jej niechęć do mediów?

Historia Ferrante jest poniekąd odwrotnością historii ponoć równie nieśmiałej J.K. Rowling. Marką "Rowling" stało się prawdziwe nazwisko, a podjęta potem próba publikacji jej pierwszego kryminału pod pseudonimem skończyła się klapą.

Wracając do Ferrante i prób usunięcia jej nominacji do Premio Strega – wielu, w tym Roberto Saviano, autor słynnej Gomorry oskarżyło włoskie środowisko literackie przyznające nagrody o nepotyzm i faworyzowanie męskiego ego (w końcu kobiety-laureatki literackich nagród są w zdecydowanej mniejszości mimo wielu świetnych powieści, które wyszły spod ich pióra).

Pytana o swą decyzję dotyczącą zachowania anonimowości Ferrante stwierdziła, że główny jej powód to oczywiście też nieśmiałość, ale jej nieujawnianie się wymierzone jest przede wszystkim w powierzchowną dzisiaj i płytką współczesną kulturę medialną - w tę medialną papkę, dla której to, KTO mówi, jest ważniejsze od tego, CO mówi. bo jest sporo prawdy w stwierdzeniu, że kiedy usuniemy pisarza z zasięgu naszego wzroku, naprawdę zaczniemy czytać jego książki - poznamy go lepiej, a w efekcie książki same się obronią.

W 2015 roku Ferrante po raz pierwszy udzieliła wywiadu - ponoć twarzą w twarz w hotelu Continental w Neapolu. Wywiad przeprowadzili nie dziennikarze, a wydawcy jej książek. W tle rozciągał się widok na Castel dell'Ovo (Zamek Jajeczny), jeden z symboli Neapolu, miasta, w którym autorka osadza swoje powieści i z którego się wywodzi.

Twarz autorki jednak nadal pozostaje nieznana czytelnikom, spróbujcie poszukać w internecie - niczego tak naprawdę nie znajdziecie (!)

Książki Ferrante ukazały się do tej pory w ponad 40 krajach, ciesząc się uznaniem zarówno wśród czytelników, jak i krytyków literackich.

Wracając do „Obsesyjnej miłości” - mnie powieść nie porwała, książka nie obroniła się, a wręcz nie spodobała, choć mrocznego, dusznego i niepokojąco przygnębiającego klimatu bliskiego turpizmowi nie można jej odmówić.

Bohaterka, Amalia w dniu swoich urodzin dowiaduje się, że jej matka Delia utopiła się w morzu niedaleko miejscowości Spaccavento. Samobójstwo? Morderstwo? Cała książka to prywatne śledztwo bohaterki, odkrywanie przeszłości jej matki, studium przeróżnych ludzkich charakterów, losów i powiązań. To historia trudnej miłości córki i matki, kwestia rozliczeń z przeszłością. To powieść o poczuciu winy za popełnioną w dzieciństwie niegodziwość, która podobno miała wpływ na późniejsze życie matki. To wreszcie powieść o niedocenionym przez Delię uwielbieniu córki.

Powieść ciemna i brzydka, momentami brutalna i okrutna, pełna naturalistycznych opisów, które tak naprawdę nie wiem, czemu miały służyć. Znajdziemy tu psychologię i rozważania filozoficzne, trochę elementów powieści sensacyjnej i obyczajowej.

W ogólnym rozrachunku książka mnie rozczarowała, zmęczyła, nie bardzo lubię tego typu pozycje, zwłaszcza kiedy recenzje reklamują ją jako „zapierający dech w piersiach thriller”, z którego osobiście niewiele tu znalazłam. Może nie dojrzałam do tego typu lektur, może to nie mój klimat. Może nie lubię babrać się w tego typu analizach psychologicznych? Może spodziewałam się bardziej powieści kryminalnej, jakiegoś elementu zaskoczenia? 

Czasem reklamowanie książek jako wybitne, będące objawieniem ma efekt odwrotny i mamy do czynienia z przereklamowaniem. Tak to czuję. A może po prostu nie powinnam była zaczynać przygody z pisarką od jej debiutu, który we Włoszech również nie odniósł spektakularnego sukcesu, a rozgłos przyniosły Elenie dopiero późniejsze tytuły?

Poszukiwania przyczyn śmierci matki to tak naprawdę studium psychologiczne. Mamy tu szalonego starca, manipulacje świata dorosłych („dzieciństwo to fabryka kłamstw”), mamy ojca-damskiego boksera, brzydotę i liczne opisy czynności fizjologicznych. 

Bohaterka „Obsesyjnej miłości” wydaje się być pełna jakiegoś rozedrgania, a my, czytelnicy ciągle przemieszczamy się z nią po Neapolu, zmieniany miejsca, towarzysząc jej w sklepie z bielizną, w restauracji, w uliczkach i zaułkach czy w hotelu i będąc ciągle świadkami dziwnych rozmów i zachowań.

Nadmiar bardzo skomplikowanych opisów relacji rodzinnych, namiętności i przemocy fizycznej oraz psychicznej mnie przytłoczył. Surrealistyczny nastrój, liczne retrospekcje rozsypane w książce niczym fragmenty puzzli do ułożenia oraz parna atmosfera powieści wydały mi się ciężkostrawne, a zachowania postaci momentami niemal wyuzdane i nie na miejscu.

Sporo osób pisze, aby się nie zrażać i sięgnąć po późniejsze tytuły autorki, które okazują się nieporównywalnie lepsze i ciekawsze. Kto wie? Może faktycznie tak jest, w końcu sukces Ferrante był czymś spowodowany, a debiut w 1992 roku, tak jak wspomniałam, nie był wówczas jakimś spektakularnym sukcesem.

Pewnie za jakiś czas spróbuję jeszcze raz, chwilowo nie ma we mnie ochoty na poznawanie dalszej twórczości Ferrante. Powieść pozostawiła we mnie pewien dyskomfort. W książkach zdecydowanie szukam innych emocji.

Kończąc moją recenzję: czego dotyczy tytułowa obsesyjna miłość? Miłości córki do matki? Ojca Amalii do matki? A może wielbiciela Delii do niej samej? Powieść opisuje obsesję i namiętności wszystkich postaci, bo emocje, żądze i instynkty targają tu po trochu każdym.

Tajemnica śmierci Delii pozostaje tajemnicą, a czytelnik kończy lekturę z różnymi interpretacjami i domysłami oraz z uczuciem jakiegoś przytłoczenia (przynajmniej w moim przypadku).

Tak więc umiejętność tworzenia klimatu na plus.

I choć zdecydowanie nie zaiskrzyło i chwilowo nie będę poznawać dalszej twórczości, a przede wszystkim cyklu neapolitańskiego, czas uważam za wykorzystany, bo przeczytałam kolejną włoską książkę i wyrobiłam sobie swoją własną opinię o autorze. Chwilowo wprawdzie na podstawie tylko jednego tytułu, a to trochę mało, dlatego zobaczymy jeszcze w przyszłości.

Może moje zdanie ulegnie diametralnej zmianie?

niedziela, 4 sierpnia 2019

Lato w pełni


Dni lecą z szaleńczą prędkością, ledwo zaczął się sezon na truskawki i szparagi, a już mamy sierpień. Dopiero co cieszyliśmy się rozbuchanym świeżą zielenią majem, a ja zachwycałam się Neapolem i Positano odbywając błyskawiczną trzydniową podróż marzeń z okazji naszej siódmej rocznicy ślubu.
Obiecywałam sobie wtedy po powrocie zamieścić dużo wpisów, przepełniona jak zawsze ogromem motywacji i inspiracji, jednak codzienność znowu konsekwentnie zabierała kawałek po kawałku i tak już  mocno okrojonego wolnego czasu.
Segregowanie i wybieranie zdjęć do wywołania, układanie i opisywanie ich w albumie.

Ciepłe wieczory na tarasie w towarzystwie pachnących ziół i kwiatów.
Kieliszek prosecco. Mozzarella z pomidorami i bazylią.

Podróże krótsze i dłuższe.

Kilka dni w Krynicy Morskiej. 

Odkrywanie Kaszub i Warmii. 

Zachwyt nad przyrodą i zabytkami.

Podążanie szlakiem zamków krzyżackich.

Poranki na pomoście i medytowanie nad gładką taflą jeziora.

Czytanie w hamaku.

Wieczorne koncerty świerszczy i obserwowanie gwiazd.

Ognisko nad jeziorem i ciemna warmińska noc z latającymi na tle ciemnogranatowego nieba nietoperzami.

Lawendowe Pole w Kawkowie i obłędny zapach polskiej małej Prowansji.

Pływanie łódką. Zbieranie jagód w lesie. Kaszubski Park Miniatur.

Mnóstwo inspirujących książek przeczytanych od maja do lipca. Spisywanie pomysłów na blog, zwłaszcza tych o Włoszech.

Lato utrudnia pisanie. Bo to czas oddechu. Zwłaszcza po godzinach spędzanych codziennie w pracy przy komputerze, kiedy to wieczorem oczy marzą tylko o tym, by odpocząć, a upał sprzyja spowolnieniu.



Wakacje. Ledwo przebrzmiały moje pierwsze włoskie impresje z Neapolu, już byliśmy z głowami w lipcowym urlopie.

Jednak podróże trwają w nas na długo po fizycznych powrotach, więc co jakiś czas powracają do mnie włoskie migawki i czuję się wtedy, jakbym znowu tam była.
Positano.

Położone kaskadowo na wybrzeżu miasteczko zachwyciło. Nisko zawieszone z rana chmury dodały temu miejscu klimatu. A potem towarzyszyło nam już tylko słońce. 
Do Positano dojechaliśmy z Neapolu nie samochodem czy autobusem, co wiązałoby się z długim oczekiwaniem na wjazd do malutkiego przecież miasteczka i staniem w korku (jedyna droga jednokierunkowa), a na skuterze wypożyczonym w Sorrento – najlepszym środkiem transportu, jaki sobie można wyobrazić we Włoszech. Lekki wiatr od morza, skały, malownicza pnąca się serpentyną droga wzdłuż wybrzeża i dyskretny dźwięk silniczka motorino. Surrealistycznie piękne widoki i poczucie, że jest się w raju na ziemi.
Już kiedyś Renato Fulcini pisarz i poeta niezwykle trafnie i w punkt zauważył: „Dzień sądu dla Amalfitańczyków, którzy pójdą do raju będzie dniem jak każdy inny”.
Positano było znane już w czasach rzymskich. Ruiny willi z tego okresu można odnaleźć w okolicach kościoła Najświętszej Marii Panny. W IX wieku Benedyktyni na terenie Positano założyli opactwo. Kolejne wieki przyniosły dobrobyt mieszkańcom, ponieważ Positano stało się głównym miasteczkiem portowym wybrzeża Amalfi. W XIX wieku miasto podupadło i niemal wymarło - szacuje się, że blisko połowa jego mieszkańców wyemigrowała do Australii.
Nazwa miasteczka pochodzi od średniowiecznej legendy. Ponoć w XIII wieku zostały skradzione w Bizancjum ikony Czarnej Madonny oraz inne relikwie, które były potem transportowane na jednym z pirackich statków. Kiedy statek przepływał w okolicach dzisiejszego Positano, rozpętał się straszny sztorm, a marynarze usłyszeli dziwne głosy wołające – Posa! Posa! – Odłóż! Odłóż! Wystraszeni piraci zacumowali w porcie i zostawili tu cenne skradzione relikwie. Według greckich legend w pobliżu Positano miały mieszkać piękne syreny uwodzące swoim śpiewem marynarzy.
Positano, może już bez syren, ale faktycznie - uwodzi. W latach 50-tych XX wieku Positano rozsławił pisarz John Steinbeck pisząc esej, w którym zachwalał miasteczko, nazywając je wymarzonym, a jednocześnie odrealnionym.
Tu nakręcono wiele filmów, jak choćby niektóre sceny filmu "Utalentowany Pan Ripley" z Mattem Damonem z 1999 roku czy "Pod słońcem Toskanii" z 2003 roku.

Dzisiaj mieszkańcy żyją z turystyki oraz z produkcji wspaniałej kolorowej ceramiki i cytrynowych likierów Limoncello.
Włoska ceramika po raz kolejny mnie zachwyciła, ale bałabym się ją kupić i drżeć całą powrotną drogę o to, czy dojedzie w całości… Dlatego zadowoliłam się tylko kilkoma zdjęciami. A ceramikę w Positano możemy spotkać na każdym kroku – na tabliczkach z numerem czy nazwą domu, w postaci pięknych kafelków pod stopami (aż szkoda je deptać) czy na blatach stolików w restauracjach.


W drodze do Positano tuż przed miasteczkiem stało na poboczach mnóstwo pozostawionych aut – turyści często dochodzą do miasteczka pieszo, bo w Positano znaleźliśmy tylko jeden parking, dość zresztą obłożony autami. Miejsc parkingowych brakuje, ale na szczęście na skuter zawsze znajdzie się jakaś wolna przestrzeń. Na skuterze poza tym bardziej się czujesz jak miejscowy, niż turysta – polecam, choć z pewnością prowadzenie skutera wymaga tu odwagi i wyjścia ze swojej strefy komfortu.

Miasteczko-fantasma, surrealistyczne, odrealnione, niczym z impresjonistycznego obrazu lub ze wspaniałego snu. Aż ciężko człowiekowi myśleć, że w takich miejscach na co dzień mieszkają ludzie, którzy mają to piękno oswojone i na wyciągnięcie ręki. Kolorowe pastelowe domki ułożone kaskadowo opadają w stronę morza. Co krok widzimy cytrynowe drzewka. Kawiarenki i kafejki. Pensjonaty dla bardzo, ale to bardzo grubych portfeli. Urocze ceramiczne donice z kwiatami. Wąskie uliczki. Wreszcie dochodzimy na plażę i naszym oczom ukazuje się widok z dołu na całe położone wyżej miasteczko. Tak wygląda człowiek, gdy tego wszystkiego doświadcza:

Spełniliśmy nasze marzenie i byliśmy tam, aby się przekonać, że pocztówki nie kłamią.
Chyba teraz zorganizujemy sobie jakiś seans filmowy z Positano w tle, nieodłączną deską serów i czerwonym winem.
Mamy sierpień. Miesiąc obfitości. Wszędzie pełno sezonowych warzyw i owoców. Kwiaty zachwycają zapachem. Na polach leżą gotowe do transportu baloty. Czas żniw. Zbierajcie dobre letnie wspomnienia.

Nie każdy wyjedzie w te wakacje. Wakacje, urlop to w pierwszej kolejności stan umysłu. To choćby kilka dni wolnych od pracy. Umiejętność staccare la spina – odłączania wtyczki, jak mawiają Włosi. Bycie offline. Nawet dni wolne w domu mogą okazać się piękne i wartościowe. 
Wypoczynek to cieszenie się wolnymi chwilami bez względu na to, gdzie je spędzamy. 
To zatopienie się w chwili, detoks od telefonów, mediów społecznościowych, biegania. To łapanie wyjątkowych momentów, sprawianie sobie drobnych radości i przyjemności. To otwartość na ludzi, kino pod chmurką, spacery, spędzanie czasu na powietrzu, kiedy tyko się da. To koncerty jazzu na warszawskiej Starówce. Spacery nad Wisłą. To liczne letnie festiwale organizowane w wielu polskich miastach. Food trucki. Poranne targi śniadaniowe. 
To mnóstwo możliwości. Lato podsuwa nam je pod nos.
Choć oczywiście życzę Wam udanych sierpniowych wyjazdów i odkrywania nowych miejsc, poznawania odległego świata i jego odcieni oraz spełniania podróżniczych marzeń, to pamiętajcie–podróżowanie i odpoczywanie zaczyna się najpierw w głowie
A jak już znajdziecie się w jakimś pięknym miejscu, nieważne, czy są to Kaszuby podczas żniw czy Tajlandia, odłóżcie wreszcie telefon, przestańcie robić tysiące stylizowanych zdjęć na Instagram i po prostu DŹCIE. Bądźcie tak zwyczajnie, fotografując sercem i oczami. Zachwyćcie się i zatopcie w chwili. Bo druga taka sama już się nigdy nie powtórzy.
PS. Polecam Wam dwa moje ulubione blogi - edytazajac.pl i kawacaffe.pl 
Pierwszy blog to psychologia podana w przystępny sposób i motywacja do samorozwoju, drugi to kopalnia wiedzy o Włoszech, porady dla zwiedzających oraz impresje autorki z pobytów w Italii, z naciskiem na Neapol. 
Obie blogerki łączy jedno – zachwyt nad światem i sporządzanie tak zwanych list przeżyć. 
Edyta przygotowuje i publikuje comiesięczne listy najróżniejszych przeżyć ze sporą dawką inspiracji do wykorzystania. 
Kasia tworzy listy z włoskimi momentami gromadząc pomysły do wykorzystania z akcentami włoskimi i na włoską modłę.
Bo życie jest tu i teraz, nie wtedy, kiedy staniemy się bogatsi / wyjedziemy na egzotyczną wyspę czy będziemy więcej zarabiać. Liczy się chwila bieżąca i to, jak my ją kształtujemy w naszym świecie. TERAZ. Nie – kiedyś. Zerknijcie na wspomniane blogi i zainspirujcie się.
Również od jakiegoś czasu tworzę takie listy, wspaniale mi się sprawdzają i wzbogacają życie.
Oto moja lista przeżyć/włoskich momentów na sierpień:
  • Obejrzeć z dziećmi w kinie Toy Story 4. Chudy i Buzz Astral rządzą! Na koniec świata i jeszcze dalej!
  • Zrobić tartę cytrynową lub ciasto drożdżowe ze śliwkami i cynamonem / z rabarbarem
  • Przygotować dla dzieci mapę ukrytego skarbu i zakopać puszkę z nim podczas wakacji w Borach Tucholskich, (tak, przed nami jeszcze kilka dni urlopu). Pomysły na skarby – monety, różne guziki, figurka, breloczek, ciekawy kamień, lupa do obserwacji owadów, rozmaite ciekawe szpargałki itp
  • Obserwować na niebie nocą spadające Perseidy (sierpień to ich miesiąc!)
  • Oddać książki do biblioteki, oddać innym niepotrzebne mi rzeczy i zrobić miejsce na nowe (dosłownie i w przenośni)
  • Obejrzeć włoski film w oryginale (do tego koniecznie deska serów i czerwone wino!)
  • Pojechać z dziećmi do Torunia / na Farmę Iluzji
  • Wypić kawę z syropem lawendowym / zrobić samodzielnie pyszną mrożoną kawę
  • Założyć zielnik / zasuszyć zioła / kwiaty
  • Przeczytać „Letnią noc” Dana Simmonsa (horror) – wciąga, podobne w klimacie do „To” Stephena Kinga, sam mistrz King poleca
  • Miesiąc odkrywania włoskiej muzyki – trzy piosenkarki - Simona Molinari, Elisa Toffoli i Alessandra Amoroso
  • Miesiąc odkrywania muzyki jazzowej – Harry Connick Junior i film do obejrzenia z nim – "Ulotna nadzieja"
  • Odwiedzić pchli targ / wyprzedaż garażową
  • Poczytać w hamaku
  • Pobawić się z synkami w podchody
  • Pójść na koncert z cyklu Jazz na Starówce
  • Z serii zgłębianie włoskich tematów – poczytać więcej o małych miasteczkach Toskanii
  • Zrobić kolaż – mapę marzeń (sama lub ze starszym synkiem)
  • Zaprosić mamę i babcię do kawiarni
  • Zrobić samodzielnie knedle z owocami (jagody, śliwki)
  • Zapoznać synków z klasyką polskich bajek-wieczorynek (aktualnie na tapecie "Miś uszatek")
  • Wybrać się do warszawskich Łazienek Królewskich na koncert chopinowski pod chmurką
  • Samorozwój - przeczytać książkę Hala Elroda "Fenomen poranka"
  • Opanować jakiś program do obróbki zdjęć
  • Umilić sobie miejsce pracy (zdjęcia w ramkach, coś motywującego, zdjęcia Włoch, roślinka)
  • Pójść z synkami do fotoplastikonu
Co Wy wpisalibyście na Wasze listy?
CDN.