wtorek, 30 stycznia 2018

Włoska migawka - 17

"Oto południe, na które czekaliśmy, miejscowość tak urokliwa, że chciałoby się ją zjeść jak lukrowany tort, w całości. Narasta we mnie dzika radość, że to dopiero początek, że zobaczę wszystko, dotknę wszystkiego, przesunę dłonią po tynkach setek kamienic, pchnę drzwi zapomnianych kościołów, najem się winogron, których słodyczy nie mogę jeszcze sobie wyobrazić, że zanurzę nóż w złocistym miąższu pachnących słońcem melonów... Nasycę się południem."

Gdzie zaczyna się włoskie południe? Według jednej z anegdot zaraz za pierwszą stacją benzynową na południe od Rzymu. Zgodnie z wytycznymi geograficznymi na placu San Rufo w miasteczku Rieti, leżącym w Lacjum, gdzie na kamiennej tablicy figuruje łaciński napis „Umbilicus Italiae” - pępek Włoch, a poniżej po włosku: „Centro d’Italia".


Źródło: Internet
Dla mnie włoskie południe zaczyna się na krańcu włoskiego buta. Tam, gdzie czuć już to bliżej nieokreślone coś w powietrzu - zapach gorąca i najróżniejszych roślin przywodzą mi na myśl Afrykę północną, w której byłam jako małe dziecko i której zapachy utkwiły mi gdzieś w pięcioletniej wówczas pamięci, niemal impressi nella mente, ancorati profondamente nella memoria.

To małe senne, leniwe miasteczka, gdzie czas jakby się zatrzymał. To pranie wiszące na sznurach, aromatyczne owoce, mix wielu kultur. Wpływy arabskie wyczuwalne na każdym kroku. Sycylia. To prażące słońce, gra światła i cienia na starych fasadach. To małe kościółki i kapliczki. Nonne kupujące świeże warzywa i owoce na maleńkim mercato, nonni siedzący przy jedynej fontannie w miasteczku i kontemplujący toczące się dookoła życie. To jakaś taka stagnacja, życie poza tym całym pośpiechem współczesnego świata. To jakby drugie, inne Włochy, jakże dalekie od północnych miast.

Na rozgrzanie się od środka zostawiam dzisiaj kilka zdjęć.

niedziela, 14 stycznia 2018

Włoska książka - 6



Początek 2018 roku przywitałam włoską książką. Zamierzam zresztą przeczytać ich sporo w tym roku. Lista włoskich tytułów do przeczytania ciągle się wydłuża. Dzisiaj mała, pozornie niepozorna książka włoskiego dziennikarza i publicysty "Niech ci się coś pięknego przyśni". Najlepiej sprzedająca się książka we Włoszech w 2012 roku. Miałam ją kupić w oryginalnej wersji będąc w sierpniu w Mediolanie, ale musiałam zrezygnować, bo byłam bliska wykupienia połowy księgarni Feltrinelli i płacenia  tym samym majątku za nadbagaż.

Massimo Gramellini napisał piękną powieść będącą wspomnieniami 9-letniego chłopca, który w Sylwestra traci matkę. Nie potrafiąc poradzić sobie z jej śmiercią ucieka w świat fantazji. Massimo to poniekąd sam autor - książka zawiera wiele wątków autobiograficznych. "Niech ci się coś pięknego przyśni" - zwykła mawiać matka do Massimo.

To wspaniała lekcja życia - historia odkrywania prawdy o okolicznościach śmierci najbliższej osoby i drogi do wybaczenia. To opowieść o życiu w cieniu wiecznej tęsknoty, o dojrzewaniu, odnajdywaniu samego siebie. To odwieczne pytanie o to, czy zawsze należy mówić ludziom prawdę, choćby była ona najgorsza - w końcu kłamstwo zawsze wyjdzie na jaw i ma często niszczycielską moc. To pytania o szczęście i jego istotę, o to, co tak naprawdę jest ważne w życiu każdego z nas.

Książka zostawia w czytelniku ślad. Niby żadne fajerwerki jeśli chodzi o fabułę, a porusza ona jakąś strunę w sercu i duszy, ujmuje, ma jakiś własny niepowtarzalny urok i nostalgię. Stanowi skarbnicę wielu bardzo osobistych, a jednak uniwersalnych ludzkich przemyśleń. Mój egzemplarz cały jest w karteczkach post-it, którymi zaznaczałam istotne fragmenty. Spodziewajcie się trochę śmiechu, trochę łez. Dorzućcie do tego wspaniały język. Bo mimo poruszanych ciężkich tematów jest lekki. Miałam wrażenie, że ślizgam się swobodnie czytając kolejne zdania. Dodam, że moja przyjemność czytania jest podwójna, kiedy czytam książki włoskich autorów w przekładach wykładowców Italianistyki, z którymi x lat temu miałam zajęcia: tak było i w tym przypadku.

Jak tu pisać o książce nie opisując jej treści? To niezwykle trudne. I chyba wcale nie chcę Wam zdradzać fabuły, bo po co? Ci których na tym etapie zainteresowałam, z pewnością sięgną po ten tytuł nie znając więcej szczegółów z historii Massimo. Powieść przeczytałam w dwa wieczory. To chyba najlepsza rekomendacja. Jeśli lubicie trochę psychologii, odrobinę retrospekcji i piękne powieści o ludzkich losach, ta książka Was nie zawiedzie.

Prostym językiem można napisać niezwykłą książkę.

Na podstawie książki powstał włoski film o polskim tytule "Słodkich snów". Ja na pewno obejrzę. Tak się składa, że można go będzie obejrzeć na Canal Plus - jeśli ktoś z Was ma ten kanał: najbliższa emisja już 18 stycznia.

Na zachętę - zamiast ujawniania treści - kilka fragmentów książki. Choć nie oddają one do końca klimatu i kilku włoskich smaczków-ciekawostek ukrytych na kartkach książki.

"Jeśli marzenie jest twoim marzeniem, tym, dla którego przyszedłeś na świat, możesz spędzić całe życie, kryjąc się za maską sceptycyzmu, ale nigdy nie uda ci się od niego uwolnić. Będzie w dalszym ciągu wysyłać ci rozpaczliwe sygnały, takie jak nuda i przygnębienie, ufając, że się w końcu zbuntujesz".


„Śnijcie piękne sny. Oboje. Kiedy śni się razem, są więcej warte.” 

"– Boisz się śmierci?
(...) – We wczesnej młodości otarłam się o śmierć. Odtąd ją znam i nie myślę o niej. Wiem, że jest to przejście z jednego wymiaru w drugi, od materii do antymaterii. Egipcjanie nazywali to Wyjściem na Światło. Już mniej przeraża, prawda?
– A życie?
– Przeraża mnie, że mogłabym je zmarnować. Jeśli śmierć jest podróżą, wyobrażam sobie, iż życie stanowi cenę biletu
- Umierać to nic; straszne jest nie żyć."


"Ponieważ rzeczywistość okazała się krwawym tyranem, poprosiłem o azyl wyobraźnię".
A ja Wam życzę, żeby Wam się jak najczęściej coś pięknego śniło.



wtorek, 9 stycznia 2018

Wszystkiego włoskiego!


Witajcie! Nie było mnie tu ponad miesiąc. Praca pochłonęła mnie na tyle, że po niej nie miałam już ani czasu, ani sił na to miejsce. A potem przyszły Święta - tym bardziej bycie offline było wskazane. Muszę szczerze przyznać, że chwila oddechu, nabrania dystansu i zwyczajnego bycia tu i teraz bez rozpraszaczy i odciągaczy, jakimi bywają różnorakie treści zamieszczane w sieci bardzo mi się przydała.

Czasem przerwa jest potrzebna. Wracam ze zdwojoną energią i pomysłami oraz tematami do wpisów. I cicho tylko wypowiadam w myślach życzenie, by starczyło mi wolnych chwil na stopniowe wprowadzanie tutaj zamierzonych i zapowiadanych już w przeszłości zmian, dobrego światła do zdjęć i ciągłych szczerych zachwytów. Oraz wiary w to, że warto pisać. W pisaniu przyjmuję zasadę "Mniej znaczy więcej". Więc pewnie wpisy pojawiać się będą rzadziej, ale z lepszymi zdjęciami i bardziej dopracowanymi treściami.


Czego życzę Wam i sobie na ten 2018 rok?

Zachwytów nad ludźmi, miejscami, książkami. Nad Italią. Zachwytów nad pozornie banalnym, nad codziennością. Wprowadzania w codzienność nowego i dobrego. Łamania rutyny. Radości z tego, co mamy, a nie dopatrywania się u innych tego, czego nam brakuje. Jeśli już to robimy (wszak taka jest nasza ludzka natura - nie oszukujmy się), róbmy to tylko po to, aby pozytywnie wzrastać, a nie pomniejszać się i pogrążać.

Życzę Wam autentyczności. Głębokich i prawdziwych relacji międzyludzkich. Odkrywania siebie i świata. Ucieczki od korporacji - jeśli nie od tej w dosłownym znaczeniu, to od tej w naszych głowach - tak wielu ludzi ma korporację w sobie: taki stan umysłu, który cechuje sztuczność, zniewolenie, zmechanizowanie i znieczulenie na to, co wartościowe dookoła.

Życzę Wam dobrej kawy. I udanych spotkań przy niej. Sprawiania radości innym - takich bez okazji.

A przede wszystkim pozytywnego nastawienia.

Już wkrótce pojawią się wpisy z cyklu Włoska książka. Zostawiam również cykl Włoska migawka odkopując i przygotowując nowe zdjęcia. Obiecuję kilka nowości.

Podsumowując moje życzenia dla Was - ponieważ włoskie jest dla mnie synonimem tego, co najlepsze: wspaniałych miejsc, kuchni i radości życia - życzę Wam na ten rok wszystkiego włoskiego!

Do przeczytania. Już niebawem.