sobota, 28 stycznia 2017

Biblioteka Italofila

Ten wpis chodził za mną już od jakiegoś czasu, a wcielenie pomysłu w życie przyspieszył post Kamili. Zajrzyjcie koniecznie do Jej wpisu - znajdziecie tam imponującą listę książek związanych z tematem III Rzeszy, Holocaustu, Hitlera. Wspaniale jest inspirować się lekturami innych, poszerzać własne horyzonty. Ponieważ tematyka hitlerowskich Niemiec od dawna mnie interesuje i od czasu do czasu coś o tym czytam, zdążyłam już wypożyczyć jedną z książek wymienionych przez Kamilę.

Tematyka ciężka, pełna niewyobrażalnego bólu, cierpienia tysięcy i niepojętego zła zapisanego na trwale w świadomości kolejnych pokoleń krwią i złamanymi istnieniami. Ale warto poznawać historię, nie można zapominać o tym, co było. O tym, że to "Ludzie ludziom zgotowali ten los".

Stworzyłam już jakiś czas temu swoją własną listę. Jak na miłośniczkę Włoch przystało, zbieram książki o Italii. Poniżej poznacie moją listę. Są to zarówno książki pełne ciekawych faktów, informacji, poważnych kwestii ekonomicznych, społecznych, jak i lekkie opowiadania jakich powstało wiele w ostatnich latach, a jakich fabuła powtarza się niemal do znudzenia według schematu książki "Pod słońcem Toskanii": najczęściej Anglicy lub Amerykanie kupują dom w Toskanii, remontują go i poznają włoskie życie od środka, jako mieszkańcy uroczych paesi - już nie jako turyści kupujący w przelocie oliwę i wracający do siebie. To lekkie książki pozwalające przenieść się przy filiżance mocnej aromatycznej kawy do idyllicznej Italii. 

A ciemna strona Włoch? Bieda, mafia, bezrobocie. Przekręty, leniwi skorumpowani politycy i kwestia imigrantów ginących na pescherecci - kutrach rybackich płynących z Afryki przez Cieśninę Sycylijską do Włoch kontynentalnych. Kutry te obsługiwane są przez scafisti - handlarzy ludzi nielegalnie transportujących zdesperowanych uchodźców w nieludzkich warunkach.

Poniżej podzieliłam książki na rodzaje, w zależności od tego, kto czego szuka - Italii idyllicznej, pełnej wina, oliwek i słońca lub Włoch mniej pocztówkowych i mniej a la dolce vita.


Książki o Włoszech - dużo faktów, informacji, konkretnej wiedzy. 

Ewa Cichocka. Sycylia. Między niebem a ziemią.
Rosita Steenbeek. W Rzymie jak w domu.
Dorota Ceran. Smutku nie cenią w Neapolu.
Maciej Brzozowski. Włosi. Życie to teatr.
Tito Saffiotti. Włochy. Turnieje, palia, festyny.
Annalisa Coppola. Jak żyć po włosku.
Raymond Flower, Alessandro Talassi. Spokojnie, to tylko Włochy.
Alberto Angela. Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, sekrety, ciekawostki.
Ignacy Krasicki. Rzymskie ABC.


Mafia / Bieda / Problemy współczesnych Włoch.

Roberto Saviano. Chodź ze mną.
Roberto Saviano. Gomorra. Podróż po imperium Kamorry.
Peter Robb. Sycylijski mrok.

O Włoszech literacko.

Ewa Bieńkowska. Spacery po Rzymie.
Ewa Bieńkowska. Spacery florenckie.
Matteo Collura. Na Sycylii.
Paweł Muratow. Obrazy Włoch. Wenecja.
Paweł Muratow. Obrazy Włoch. Florencja.
Paweł Muratow. Obrazy Włoch. Mediolan i Werona.
Paweł Muratow. Obrazy Włoch. Toskania i Umbria.
Paweł Muratow. Obrazy Włoch. Rzym.

Książki bardziej lekko o Italii. Italia jako tło fabuły. Książki obyczajowe z Italią w tle 

Diego Galdino. Pierwsza kawa o poranku.
Jennifer Criswell. Na szczęście jesteś w Toskanii.
Nicky Pellegrino. Sycylijska opowieść.
Nicky Pellegrino. Rzymska przygoda.
Nicky Pellegrino. Wakacje w Italii.
Nicky Pellegrino. Przepis na życie.
Nicky Pellegrino. Włoskie wesele.
Nicky Pellegrino. Weneckie lato.
Marlena De Blasi. Wieczory w Umbrii.
Marlena de Blasi. Tysiąc dni w Orvieto.
Marlena de Blasi. Tysiąc dni w Wenecji
Marlena de Blasi. Tysiąc dni w Toskanii.
Marlena de Blasi. Tamtego lata na Sycylii.
Kristin Harmel. Moje rzymskie wakacje.
Rosanna Ley. Dom na Sycylii.
Maria Carmen Morese. Amore, amore! Miłość po włosku.
Elisabetta Flumeri, Gabriella Giacometti. Miłość jest jak toskański deser.

Relacje osób, które postanowiły tam zamieszkać.

Frances Mayes. Pod słońcem Toskanii.
Ferenc Mate. Winnica w Toskanii.
Ferenc Mate. Mądrość Toskanii.
Ferenc Mate. Prawdziwe życie.
Ferenc Mate. Wzgórza Toskanii.
Niall Allsop. Skrobiąc czubek włoskiego buta.
Penelope Green. Rzymskie dolce vita.
Penelope Green. Na północ od Capri.
Penelope Green. Neapol moja miłość.
Marianna Pilot. W stronę Toskanii. Mój młyn nad Cortoną.
Anita Stojałowska. Dom w Toskanii.
Armstrong Diana G. Gdzieś na południu Toskanii.
Annie Hawes. W krainie oliwek.
Annie Hawes. Extra virgin.
Annie Hawes. Podróż na południe. 
Małgorzata Matyjaszczyk. Mój pierwszy rok w Toskanii.
Małgorzata Matyjaszczyk. Toskania dzień po dniu. 

Pani Małgorzata Matyjaszczyk prowadzi od 10 lat blog o Toskanii i życiu tam. Warto czasem zajrzeć.



Relacje z podróży

Wiesława Regel. W poszukiwaniu włoskiego dolce vita.
Peter Moore. Słodki smak pomarańczy.
Peter Moore. Z widokiem na Italię.

Kulinarnie

Beth Elon. Smakując Toskanię.
Victoria Cosford. Amore i amaretti. Opowieści o miłości i jedzeniu w Toskanii.



Jestem miłośniczką Włoch, ale tam nie mieszkam. Piszę o Włoszech zachwycając się nimi, smakując. Jeśli chcecie poczytać o Italii bez lukru, zajrzyjcie na bloga Sabiny. Blog wkrótce zmieni nazwę na Ratunku, Italia! Sabina mieszka tam od 6 lat, ma świetne pióro i dostarcza ciekawych wiadomości o tym kraju z pierwszej ręki. Jak sama pisze: "Lubię odczarowywać Italię. Niejednokrotnie wspominałam, iż to najpiękniejszy kraj na świecie i zdania nie zmienię, co nie znaczy, że jest tu idealnie. We Włoszech naprawdę bardzo łatwo jest się zakochać, zwłaszcza gdy widzi się je z perspektywy turysty, bądź obserwatora stron pokazujących jedynie jasne oblicze Italii. Darzę włoską ziemię głębokim uczuciem, choć jest to miłość z kategorii szorstkich. Trochę wyświechtana, nieco przygaszona, mocno nadwątlona, ale zawsze prawdziwa. Nie można nie kochać Italii, nie da się jej nie podziwiać i kto był tu raz, musi kiedyś wrócić."

Bardzo mocno trzymam kciuki za rozwój bloga Sabiny i życzę Jej wielu czytelników. 

Tak więc do szczęścia wystarczy mi książka, kawa i chwilowo zamiast jechać do Włoch, w ten prosty i szybki sposób - czytając - przenoszę się tam, kiedy tylko czas pozwala mi na lekturę.



Będę raz po raz w przyszłości uzupełniać Bibliotekę Italofila. Książki o Włoszech, z Włochami w tle, ambitniejsze, lżejsze - temat rzeka. Jeśli przeczytaliście coś wartego uwagi, chętnie dodam do mojej listy. Bo lista ciągle się poszerza, kolejne książki czekają cierpliwie w kolejce na moment, kiedy wezmę je w swoje ręce i zatracę się.

A Wy, zbieracie książki na jakiś temat? Skandynawskie sagi kryminalne, książki kucharskie, poradniki psychologiczne, albumy wnętrzarskie, inne?

CDN.

PS. Idźcie koniecznie na La La Land. Oprócz Ryana Goslinga, którego wielbię od 1997 roku (kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy w serialu Szkoła na fali i nikt jeszcze o nim nie słyszał), obejrzycie piękną historię nawiązującą do klasyki musicalu, złotej ery Hollywood, pokazującą magię kina, atakującą bezduszność Fabryki Snów (castingi, próby przebicia się) i pokazującą walkę o marzenia. "Kochajmy marzycieli." 

Jeśli tylko macie taką możliwość, po filmie idźcie od razu na tańce w stylu lindy hop lub do klubu jazzowego. Zostaniecie na dłużej w klimacie. Jeśli jednak nie możecie tego zrobić, posłuchajcie w jazzu w domowym zaciszu. 

Pędźcie do kina, jeśli jeszcze nie byliście. Oscary murowane! Jak dla mnie, będą, i to w dużej ilości, w pełni zasłużone. Dlaczego? Bo to jeden z tych filmów, o których jeszcze długo myślisz po wyjściu z seansu. A motywy muzyczne nucisz mimowolnie.


Źródło: internet

piątek, 20 stycznia 2017

O Dziadkach, Audrey i ciasteczkach owsianych

Siedzieli w ciszy. Za jedyne towarzystwo mieli dołującą samotność. Trzeba policzyć pieniądze z emerytury i wyliczyć ile na leki, ile na rachunki. Będą jedli najtańszy chleb i najtańsze warzywa, te przecenione. Jakoś dadzą radę. Zegar wybijał kolejne minuty. Ich wspólnego życia. Samotnego, szarego, smutnego. Bez dzieci i bez wnuków. Bo zapomnieli, żyją swoim życiem. Robią karierę, są w wiecznym pędzie. Kto teraz pamięta o starszych ludziach? Zadzwonił telefon. Na krótko pojawiła się myśl - "A może to jednak oni dzwonią? W końcu dziś Dzień Babci, jutro Dzień Dziadka". Drżącymi rękoma podniosła słuchawkę. On spojrzał na nią znad paragonów rozrzuconych na kuchennym stole. Automatyczny, wyszkolony i pozbawiony emocji głos jakiegoś przedstawiciela handlowego próbował im wcisnąć komplet niepotrzebnych produktów. Zegar tykał dalej. Siedzieli. Starzy, zapomnieni, zgaszeni i zrezygnowani.

Siedzieli w ciszy. W tle grała wesoła jazzowa muzyka. On czytał kryminał, ona wyjęła właśnie ciepłe drożdżowe ciasto z piekarnika. Po kuchni rozszedł się smakowity zapach. Zegar wybijał kolejne minuty. Ich wspólnego życia. Pełnego ludzi, kolorowego, radosnego, spełnionego. Z dziećmi i wnukami, którzy mimo wiecznego pędu pamiętali o nich. Zadzwonił telefon. Na krótko pojawiła się myśl - "A może przyjadą jeszcze dziś? W końcu dziś Dzień Babci, jutro Dzień Dziadka". Drżącymi rękoma podniosła słuchawkę. On spojrzał na nią znad czytanej książki. Dziecięcy głosik pełen radości wykrzyczał na jednym oddechu: "Kocham cię babciu, kocham dziadziusia, przyjeżdżamy! Tatuś powiedział, że będziemy u Was za godzinę!". Zegar tykał dalej. Siedzieli. Spokojni i pełni radosnego oczekiwania.

Pamiętajmy o Seniorach, nie tylko w Dzień Babci i Dzień Dziadka. Sami kiedyś będziemy starsi. Będziemy czekać na każdą wizytę. Obyśmy byli dziadkami z tej drugiej historii.

Wszystkim Babciom i Dziadkom życzę miłości, radosnych dni. Odkrywania nowych, nieznanych możliwości, wspaniałych spotkań, inspirujących wydarzeń. A co najważniejsze - Dzieci i Wnuków (Prawnuków) pamiętających o Was i o Waszych potrzebach duszy i serca. Życzę Wam zdrowia i spełnienia. Aby Was słuchano. I szanowano. 

Bo Dziadkowie to Najprawdziwszy Skarb. Cieszmy się, że Ich mamy.



Popijam kawę i czytam książkę Audrey w domu. Ona byłaby wspaniałą babcią. Piękny papier, piękne zdjęcia, wspaniałe przepisy (penne alla vodka, jajka z mozzarellą, gruszki w winie, spaghetti alla puttanesca, chłodnik z pora, krem z warzyw, ciasto czekoladowe z bitą śmietaną i wiele innych). I Audrey-mama, strażniczka domowego ogniska, taka zwyczajna, z dala od kamer i fleszy. Gorąco Wam polecam tę książkę. Napisana przez syna Audrey, Lucę Dottiego pełna jest wspomnień, ciepła i smakowitych przepisów. Oraz ciekawostek o Audrey - miłośniczce czekolady i włoskiej kuchni.

Choć nie dane jej było za życia zostać Babcią (wnuki przyszły na świat po jej śmierci), z pewnością byłaby wspaniała również w tej roli.


Dziękuję za moje Babcie i moich Dziadków. Za ciasto drożdżowe mojej Babci i opowieści mojego Dziadka. Za to, że mam Ich Wszystkich Czworo.



A poniżej przepis na ciasteczka owsiane z żurawiną i białą czekoladą. Jeśli nie na Dzień Babci i Dziadka, to na styczniowo-lutowe dni do kawki jak znalazł. Wsadzamy do ładnej puszki i częstujemy koleżankę, która wpada na pogaduszki.

Składniki

150 g miękkiej margaryny / masła w temperaturze pokojowej
3 żółtka
250 g mąki pełnoziarnistej lub pszennej
pół szklanki cukru
1,5 szklanki płatków owsianych
1 płaska łyżeczka cynamonu
szczypta soli
tabliczka białej czekolady
pół szklanki żurawiny
kilka kropli aromatu waniliowego lub ekstraktu z wanilii (ja użyłam aromatu pomarańczowego)
1 mniejsza pomarańcza
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

Suche składniki mieszamy razem (płatki owsiane, sól, cynamon, mąka, proszek do pieczenia). Wyciskamy sok z pomarańczy, lekko podgrzewamy i wrzucamy do niego żurawinę. Zrobi się dzięki temu miękka i nabierze pomarańczowego aromatu. Zostawiamy na 15 minut. W tym czasie ucieramy w oddzielnej misce masło z żółtkami i cukrem. Dodajemy do utartych z cukrem masła i jajek suche składniki, dokładnie mieszamy. Siekamy drobno czekoladę. Dodajemy kilka kropli aromatu. Na końcu dodajemy czekoladę i żurawinę, która wchłonęła sok z pomarańczy. 


Kiedy masa jest już dobrze wyrobiona, formujemy małe kulki i kładziemy na blasze wyłożonej papierem od pieczenia lekko spłaszczając. Pieczemy w temperaturze 180 stopni 20 minut. U mnie podwójny termoobieg. Z przepisu wychodzi około 20-30 ciasteczek, w zależności od wielkości. 


Wersja bardziej fit - zamiast czekolady dodajemy orzechy lub rodzynki. Jeśli masa lepi się do rąk, dodajemy jeszcze trochę mąki i płatków owsianych. 

Smacznego!

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Lekcja tolerancji i hejt



Ten post miał być na inny temat, ale to realia wymusiły małą zmianę. Otóż po pół roku pisania bloga zaliczyłam pierwszy hejt. Negatywne komentarze od anonima. 
Najłatwiej jak wiadomo pisać anonimowo, anonimowo zionąć nienawiścią i nieuzasadnioną chęcią dopieczenia komuś. 
Skasowałam otrzymane pod poprzednim postem komentarze, bo wdawanie się w dyskusję z hejterem nie ma najmniejszego sensu. 
Wspomniane złośliwości najpierw zostawiłam, bo mam odwagę przyjąć krytykę. Ale krytykę konstruktywną, podpartą konkretem, logiką, a nie niesprawiedliwe krytykanctwo. 
Nienawiść rodzi nienawiść, a ja chcę się otaczać dobrą energią.

Streszczając negatywne komentarze : jestem "bigotką, perpetum mobile wśród blogerek" (czy ja w ogóle uważam się za blogerkę? Po prostu piszę). "Działam jak przysłowiowa płachta na byka i jestem wszechwiedząca"(?). 

Ta bigotka zastanawia mnie najbardziej. Bigotka to osoba fałszywie obnosząca się ze swoją wiarą, której tak naprawdę nie ma. Często mylona z dewotką. Nie za bardzo wiem, co ja mam z bigoterią wspólnego. Poza tym nikt nie ma prawa oceniać wiary drugiej osoby. Tylko Pan Bóg.

Hejt jest wszędzie. Choćby wczoraj. Z jednej strony wspaniała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, z drugiej zarzucanie Panu Owsiakowi, że "oszukuje i ma trzy wypasione auta". Niech ma ich i sześć, tyle dobrego, ile on zrobił przez 25 lat, nie zrobił nikt.

Ale najłatwiej hejtować. Podcinać skrzydła. Siać niezgodę. Takie to niestety polskie. Choć nie tylko nasze. W internecie hejt jest ogólnoświatowy.

Do czego zmierzam. Do tego, że blogowanie ma być przyjemnością, a nie czytaniem anonimów z negatywnym, pełnym frustracji podejściem do życia. To nie konkurs obrzucania błotem, ale dzielenie się radością, pięknem, mądrymi rzeczami, ciekawymi doświadczeniami.

Blogosfera ma dość miejsca dla wszystkich i jeśli czyjś blog nie trafia w moje gusta, po prostu tam nie zaglądam, nie zostawiam negatywnych komentarzy, nie obrażam danej osoby. Jaki to miałoby sens? To jej świat, jej gust, jej szczęście, którego nie będę burzyła raniącymi, obraźliwymi słowami. Część ludzi jednak lubi być mąciwodami, prowokować.

Odpisałam oficjalnie na negatywne komentarze, zgodnie z wolnością słowa początkowo zostawione, ale po namyśle usunęłam je. Takie żałosne przerzucanie piłeczki do niczego nie prowadzi. 

Cieszmy się życiem, szkoda energii na dopiekanie, zazdrość i zostawianie złego słowa. I na wdawanie się w wymianę zdań z hejterami. 

Jeśli nie podoba mi się czyjś styl pisania, tematyka bloga, zdjęcia, sposób myślenia, po prostu tam nie zaglądam. Nic prostszego.

Po co mam tam prowokować, zostawiać negatywną energię, rozkręcać spiralę nienawiści?

Anonim dziwi się, że jeszcze nikt oficjalnie mnie tak nie ocenił, nie napisał, że jestem "bigotka, perpetum mobile wśród blogerek, wszechwiedząca działająca jak płachta na byka". 

Żal mi takich ludzi. I zastanawiam się, czy Wy, blogując już dużo dłużej ode mnie, mając o wiele więcej czytelników, znane blogi, trafiliście na hejt? W końcu pokazujecie piękne wnętrza, radość życia, zdjęcia z podróży, celebrowanie codzienności, pełne uroku przedmioty, wspaniałe chwile, inspiracje. Dzielicie się pełni ufności prywatnością, pokazujecie Wasze dzieci, zapraszacie poprzez blogi do Waszych domów, do Waszego świata, który jest Wam najdroższy. 

W komentarzach na czytanych przeze mnie blogach rzadko spotkałam negatywy, choć były. Dodam, że anonim stwierdził, że denerwują go moje komentarze zamieszczane na blogach "jego przyjaciół i bliskich". A ja na blogach innych osób piszę same pozytywy, jeśli już zostawiam komentarz, to tam, gdzie chcę pogratulować, wyrazić swój zachwyt, podziw. 

Jak dowiedziałam się od kilku blogujących osób, które co jakiś czas dostają negatywne komentarze, komentarze te przechodzą przez cenzurę i prowadzący bloga zwyczajnie je usuwają. Z bloga i ze swojej pamięci.

I słusznie, tak trzeba. Po co zatruwać sobie życie hejterami, wampirami energetycznymi i innymi.

Hejtu nie unikniemy. Ale można o nim zapomnieć. Zignorować. Najgorzej dać się sprowokować.

Wiele radości z blogowania Wam życzę. I braku ludzkiej frustracji, zawiści, zazdrości oraz niesprawiedliwego obrażania.

Niestety nasze szczęście budzi niekiedy czyjąś zazdrość, a zazdrość budzi złe emocje. Które eskalują. 

Będę miała przed oczami poniższy napis. 




wtorek, 10 stycznia 2017

Włoska migawka - 6


Ktoś, kto wymyślił rzekomo włoskie przysłowie "Chi va piano, va sano e va lontano"pewnością Włochem nie był. "Kto jedzie powoli, dojedzie cało i zdrowo do celu". 

Patrząc na kierowców-Włochów odnosi się wrażenie, że każdy z nich to mistrz kierownicy ścigający się na torze. Ostatnio oglądałam po raz już nie wiem który film " Pod słońcem Toskanii". Pada tam moje ulubione zdanie mówiące o tym, że we Włoszech zielone światło znaczy "avanti"- jedziemy, żółte jest ozdobą, a czerwone sugestią (!). 
Kiedy byłam z moim mężem na Sycylii, pełna obaw, ale i adrenaliny patrzyłam, jak wypożycza nowego Fiata 500. Odważył się wsiąść za kółko i wyjechać na sycylijską drogę. Bravo lui! Przyznaję - było to nie lada wyzwanie. Il meridionale alla guida - si salvi chi puo! - Południowiec za kółkiem - ratuj się kto może! 

Zanim wyruszyliśmy w drogę do Palermo, powiedziano nam, że na kontynencie kierowcy jeżdżą po prawej stronie, na Wyspach po lewej, na Sycylii natomiast jeździ się po tej stronie, gdzie jest cień. Przeżyliśmy, wróciliśmy bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym czy fizycznym, nawet udzieliło nam się z czasem wyścigowe nastawienie Siciliani. 

Faktem jest, że we Włoszech, zwłaszcza w małych miasteczkach i miejscowościach trzeba mieć oczy i uszy dookoła głowy. O południu Włoch już nie wspominając. Bo przepisy ruchu drogowego w prowadzeniu pojazdów Włochom bynajmniej nie przeszkadzają. Naród, który wymyślił T-shirty z narysowanym gotowym zapiętym czarnym pasem, by tylko nie zapinać tych prawdziwych i skutecznie zmylić policję, musi być kreatywny na drogach. 

I faktycznie jest, oj jest! Dodajcie do tego wielbienie Ferrari, Lamborghini (nawet w stolicy, kiedy na ulicy zaparkowało Ferrari, od razu zostało obstąpione przez tłum wydający z siebie ochy i achy oraz robiący sobie zdjęcia na tle tego cuda), dodajcie Alfa Romeo i starego poczciwego Fiata zwanego pieszczotliwie topolino- myszką i Fiata znanego nam jako 126P - Włosi to fani motoryzacji nie znający się jednocześnie na przepisach i notorycznie je łamiący. 

Parkuje się gdzie popadnie, to znaczy skąd jest bliżej do farmacia lub tabacchino, czyli do apteki lub kiosku. Najczęściej przed samym wejściem. Jeździ się pod prąd. Staje na środku i rozmawia przez okno auta z właśnie spotkanym kolegą jadącym w przeciwnym kierunku. Robi się korek i co z tego? W tym przypadku akurat Włosi się nie spieszą, cierpliwie poczekają. Kupuje się na złomie końcówki od pasów, wpina, by nam komputer pokładowy auta nie emitował denerwującego piszczenia, a i tak pasów nie zapinamy - wszak pasy to sprzysiężenie policji i producentów samochodów, by mieć pretekst do wyciągania mandatów. Klakson - na Sycylii trąbi się przez zakrętami, by ostrzec nadjeżdżającego z przeciwka, a że drogi są wąskie i faktycznie kręte, ciągle się słyszy trąbienie. Klakson może też służyć, by "zawołać" ragazza. Po co wychodzić z auta, jak można zatrąbić. Ragazza usłyszy i zaraz zejdzie. Miejsca pod własnym domem zaklepuje się drukując i malując podrobione napisy "Passo carrabile" (pas dla wozów odpowiednich służb) lub stawiając krzesełka na ulicy. I skoro taki Fancesco czy Guido mieszka al numero civico 9, nie może postawić swej rakiety dwa numery dalej, bo to już nie jego parking.

Cudny jest to temat, można by jeszcze długo pisać.

Reasumując: Drogi to pista - tor i jedna wielka Formuła1. Włoch to maestro del volante - mistrz kierownicy. Bardzo kreatywny i patrzący na przepisy inaczej. Nieważne, czy jeżdżący starym Punto czy wypasionym Ferrari. Samochód ma być przedłużeniem. Przedłużeniem młodości, przygody, beztroski, luksusu i czego tam jeszcze chcecie ;-) A co!

PS. "Donna al volante - pericolo costante!" - co znaczy tyle, że baba za kierownicą to ciągłe zagrożenie. Echhh ...


Źródło: internet

wtorek, 3 stycznia 2017

Noworocznie

Witajcie noworocznie. Na cały 2017 rok chciałabym Wam życzyć zdrowia i miłości. Wytrwałości i mądrości. Cierpliwości i ciekawości. Ludzi, którzy są z Wami, a nie obok Was. Mniej wirtualnej rzeczywistości, a więcej życia w teraźniejszości. I dobra. Dawajcie je i niech ono do Was powraca.

Śledzik i makowiec są już wspomnieniem, prezenty już dawno rozpakowane cieszą lub zajmują miejsce w tak zwanej przechodniej szufladzie, skutecznie zaprzątając Wam głowę niemym pytaniem "Co dalej z nami będzie?".

Kevin obejrzany, opłatek złamany. 

Po wypiciu szampana, szalonych tańcach a la Maserak lub wręcz przeciwnie - spokojnym grzaniu kanapy w domowym zaciszu przy tych samych rok w rok występach polskich "artystów" (ufff...) zaczęliśmy nowe. Nowe stare. Bo jesteśmy tacy sami. Ale świeżsi o kolejne postanowienia. 

Zgodnie ze specjalistami i coachami od rozwoju osobistego koniecznie muszą być one sformułowane "będę" a nie "nie będę". Bo mózg podobno nie słyszy słowa "nie" i "nie będę palił" odczytuje leniuszek jako "będę palił". "Rzucę palenie" - tak. "Nie będę palił"- wykreślany.

Nie napiszę o moich postanowieniach. Krok po kroczku będę je konsekwentnie realizować i sama przed sobą się z nich rozliczać i spowiadać. Czego i Wam życzę.


Kupiłam sobie Happy Planner i jestem nim oczarowana. Pozytywne myśli, inspirujące cytaty. Pięknie wydany kalendarz aż onieśmiela moją bazgrzącą rękę. Oby w każdym razie spełnił swoje zadanie, pozwolił lepiej planować i sięgać wyżej. Nie wiedziałam, że jest on tak ładny w środku. Choć tak naprawdę mogłabym mieć zeszyt za dwa złote - niech tylko pomaga skoncentrować się na tym, co ważne i ważniejsze, na celach i na wytrwałym dążeniu do ich realizacji.


Książki. Kocham. I czytać będę, choćby w nocy, bo o innych porach dnia nie mam możliwości. Trzy z przedstawianych poniżej sama sobie kupiłam, a dwie wypożyczyłam z biblioteki.

Moje lektury na Styczeń. 


Markus Zusak. "Złodziejka książek". Światowy bestseller i film, który powstał na podstawie książki. Miłość do książek i okrutne czasy Hitlera. Nie mogłam nie wypożyczyć z biblioteki.

Jodi Picoult. "Świadectwo prawdy". Książki tej autorki czytam w ciemno. Chcę przeczytać wszystkie z jej bibliografii, jeszcze kilka mi zostało. Schemat się powtarza, co wcale mi nie przeszkadza. Jest więc i zagadka kryminalna, i problem moralny, jak również dana kwestia pokazana z perspektywy kilku postaci. Uwielbiam.

Camilla Lackberg. "Ofiara losu". Uwielbiam klimat, jaki w swoich książkach tworzy autorka. Uwielbiam jej bohaterów i zagadki kryminalne. To już kolejna książka tej autorki, którą czytam i mam silne postanowienie przeczytania wszystkich, które do tej pory napisała. Na razie mnie nie zawodzi.

Ojciec Adam Szustak. "Langustę na palmie" pewnie znacie. Tym razem "Jeszcze 5 minutek". To wspaniałe rekolekcje w formie książki i różnych historii. Takich z życia wziętych. Podpartych słowami z Pisma Świętego. Książka-inspiracja. Książka-medytacja. Duchowość jest potrzebna w naszych czasach bardziej niż kiedykolwiek. Gorąco Wam polecam!

Meik Wiking. "Hygge. Klucz do szczęścia". Uległam i ja tej klimatycznej, magicznej książce. Zwłaszcza, że napisał ją Dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. Piękne zdjęcia i prawdy oczywiste, o których jednak zapominamy. O sztuce szczęścia. O tym, co sprawia, że czujemy się błogo spełnieni i szczęśliwi właśnie. Koniecznie do przeczytania i wracania!


Tak więc zaczynam Nowy Rok czytając. I rozmyślając. Nad blogiem, jego kształtem. Nad tym, o czym będę pisać. Co będę pokazywać. Ile z siebie chcę tu dać. Bo pisać na pewno będę.

Będzie na pewno o Włoszech. O podróżach małych i dużych. O książkach. O filmach. Dzieciach. Inspiracjach. Dekoracjach. Może jakieś DIY. O ciekawych ludziach. O innych blogach. Będą rozmyślania. Czas pokaże.



Blogowanie...Niestety wiele blogów zmienia się w posty sponsorowane. Reklamują kosmicznie drogie krzesełko do karmienia dziecka wyprodukowane przez jedyną i słuszną firmę. Krem lub inne. Niektóre blogi zmieniają się w reality show. Takie odnoszę wrażenie. Powoli, acz nieuchronnie tracą swój charakter, za który kiedyś tak bardzo je lubiłam. Zmiany są nieuniknione. Te na gorsze również.

W Nowym 2017 Roku muszę przede wszystkim pozostać wierna sobie. I pijąc aromatyczną herbatę o wdzięcznej nazwie "Wspomnienia z Toskanii" czytam słowa mojej wspaniałej Koleżanki na Jej blogu. Zajrzyjcie tu. To żaden znany blog. Żadne posty sponsorowane. Żaden blog-praca. Żadne śledzenie życia blogerki na Instagramie z zamieszczanymi dziennie dziesiątkami super wystylizowanych zdjęć. Jest prosto i w samo sedno. Tu liczy się słowo. 

I takie blogi będę czytać. Takich będę poszukiwać. Gdzie pisze się szczerze, gdzie uderza się słowem i wnikliwie obserwuje rzeczywistość. Gdzie jest domowe ciepło. Takie naturalne, niewymuszone. Gdzie są szczerzy ludzie, a nie super znani trendy blogerzy.


Rozmyślam o minionym. Oglądam zdjęcia synków z 2016 roku i stwierdzam, że to był Dobry Rok. Mam nadzieję, że dla Was również.


Życzę Wam Bycia. Duchowości. Prawdy. Chronienia tego, co Wasze. A tym co blogują - blogowania dla przyjemności, a nie ilości i poczytności. To jedynie słupki. Co mnie obchodzi ilość obserwujących tu czy tam. Tylko pisząc z serca piszecie dla Czytelnika. I dla siebie samych.

Dobrego Całego Roku 2017! Niech każdy Dzień będzie wspaniały i hyggelig.