niedziela, 25 czerwca 2017

Granice normalności

Tak sobie jeżdżę do pracy i w drodze rozmyślam o tym i owym. Czy to ja jestem nienormalna, czy to świat nienormalnieje... Chyba do przemyśleń zainspirował mnie mijany codziennie plakat.




Patrząc na kolorowe hasło o niewolnikach snuję refleksje.

Prawie wszyscy w autobusie i na stacji metra wpatrzeni w ekrany komórek. Scrollują (czytaj: przewijają zawartość ekranów) czyli Facebook'ów i innych, kciuki mają już spłaszczone i zdeformowane do granic możliwości.

Szara masa wysiada z metra, autobusów i tramwajów i pędzi do szklanych biurowców ze smyczami na szyjach.

W biurach o niebotycznych rozmiarach każdy siedzi przyklejony do ekranu komputera, osiem godzin bez rozmowy. Rozmowy - jeśli już się toczą - to wokół targetów, FTE, Time sheet' ów i KPI. Bo po co rozmawiać o czymś innym. W końcu jesteśmy korpoludkami wyrabiającymi wyniki i tylko to się liczy. Zysk się liczy. Jesteś wydajny albo nie i to jest wyznacznikiem Twojej wartości. 

Generujemy kasę i nabijamy konto jakiemuś bogaczowi. Bogacz potrafi pięknie mówić o wartościach i misji firmy, o kodeksie etycznym i poszanowaniu drugiego człowieka, ale wchodząc do biura z wizytą w Polsce nie powie nawet ogólnego dzień dobry mijanym pracownikom. 

Korporacje. Zniewolenie XXI wieku. Mózg mimowolnie buntuje się przeciw korpo-myśleniu. A jednak w tym tkwimy. Tylu z nas. 

Kolejne zniewolenie - technologie.

Na występach mojego synka w przedszkolu rodzice nie patrzą na swoje dzieci, ale na sprzęty-kręcą filmiki, robią zdjęcia. W tej pogoni za utrwaleniem chwili ucieka im to, co najważniejsze - ta chwila właśnie. Nie patrzą dzieciom w oczy, a w smartfony tudzież inne i-Phony. Sama się na tym złapałam i ogarnęło mnie przerażenie. "Nigdy więcej nie patrzeć na moje dzieci przez pryzmat telefonu komórkowego" - przyrzekłam sobie.

W świecie walki o pracę nie istniejesz, jeśli nie masz konta tam, gdzie trzeba. Nie istniejesz przecież bez takich wynalazków jak Facebook (Fakebook), Goldenline czy LinkedIn. Nie ma Cię, jeśli nie relacjonujesz dzień w dzień swojego życia na You Tubie lub na Instagramie. Najwięksi Youtuberzy biją rekordy odsłon i polubień - im większe głupoty pokazują, tym lepiej. Jest już coś takiego jak zawód Youtubera (hmmm?)


Rosyjscy nastolatkowie prześcigają się w robieniu sobie selfie na wysokościach - im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej. 


Źródło: internet
Były już "Dziennik cwaniaczka" i książki dla nastolatków w stylu "Zniszcz ten dziennik" z zadaniami typu "Pobrudź tę stronę i podepcz" (?) 

Było ogólnoświatowe szukanie Pokemonów (może lepiej poszukać choćby jakiejś szczątkowej ilości szarych komórek u siebie samego?) 

Była słynna śmiertelna gra Niebieski Wieloryb. 

Gdzie w tym wszystkim homo sapiens? Został homo iphonus i homo corporaticus. Homo egoistus i homo vulgaris. Bo słowa na k, p, ch są na porządku dziennym. Słyszane od ludzi zdawałoby się na poziomie. Zdawałoby się, otóż to.

I tak mi jakoś smutno w tym korpo-świecie, do którego jestem zupełnie nieprzystosowana. Ale wiem, że najważniejsza jest wierność samemu sobie. I słowa z Dezyderaty: "Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj jaki pokój może być w ciszy".


Robię sobie koktajl z truskawek, maślanki, nasion chia i mięty zainspirowana świetną książką "Koktajle. Naturalne źródło witalności" z pięknymi zdjęciami i wspaniałymi przepisami. Patrzę jak rosną rośliny na tarasie. Słucham muzyki Chopina na żywo w Łazienkach warszawskich, spaceruję, wyciskam z weekendów ile tylko się da i myślę sobie - "Teraz mi dobrze". 



Tylko dlaczego ten chory świat pędzi tam, gdzie jest zysk? Gdzie w nim miejsce dla humanistów, ludzi kultury, sztuki? Dla chcących naprawdę pomagać innym? Czy naprawdę liczy się tylko gross margin? Gdzie w nim miejsce dla genetycznie nieporzystosowanych do korpo-iluzji?

Patrzę jeszcze raz na plakat. I nagle nie widzę niewolników, lecz kolorowe słowo "WOLNI". Jesteśmy wolni. W naszych umysłach, snuciu marzeń. Możemy wszystko.

Pamiętać o tym, co ważne, nie pogubić się w dzisiejszym zwariowanym świecie. Oto mój cel.



Zajrzyjcie koniecznie tutaj Wspaniali ludzie z Torunia tworzą billboardy, murale i plakaty-dzieła sztuki. W polskich miastach wyklejają nimi przestrzeń i zmuszają do myślenia, refleksji. Bawią się kolorem i słowem. Poruszają. Wspaniałe. Poniżej kilka plakatów - źródło: galeriarusz.



Przyznacie, że świetne? Może ktoś napotkał jakiś plakat ich autorstwa?

wtorek, 20 czerwca 2017

Włoska migawka - 13

„Dawno, dawno temu był sobie kawałek drewna. Nie jakiś kosztowny kawałek drewna, wręcz przeciwnie – zwykła szczapa na opał, jedna z tych grubych, solidnych szczap, które wkłada się do ognia w zimie, żeby zimny pokój stał się ciepły i przytulny.”

„Kłamstwa, mój chłopcze, można poznać w jednej chwili. Są dwa rodzaje kłamstw – jedne mają krótkie nogi, a inne długie nosy. Twoje należą do tych drugich.”



Znacie z pewnością i pamiętacie z Waszego dzieciństwa drewnianego chłopczyka, któremu za każdym razem, kiedy kłamał wydłużał się nos. Jestem właśnie na etapie czytania bajki synkowi i żartuję, że rośnie mu nosek, kiedy wiem, że mija się z prawdą.



Pinocchio. Chyba najsłynniejsza włoska bajka autorstwa Carlo Collodiego. Collodi to jednak pseudonim autora, pochodzący od miejscowości Collodi, w której spędził swoje dzieciństwo. Naprawdę nazywał się Carlo Lorenzini. Miasteczko Collodi znajduje się w Toskanii, między Lukką a Pistoią, jakieś 60 kilometrów od Florencji. 


Carlo Collodi
W miasteczku można zwiedzić Parco di Pinocchio założony w 1956 roku. Możecie tam kupić wszystko związane z Pinokiem, wziąć udział w warsztatach rzeźby (stworzycie oczywiście figurę bohatera), a Wasze pociechy będą mogły przebrać się za tę postać. Liczne animacje poświęcone bajce i jej pozostałym bohaterom (Gepetto, świerszcz), różnego rodzaju zabawy i warsztaty dla najmłodszych umilą Wam czas. Do tego karuzele, motylarnia i Villa Garzoni z pięknym ogrodem. Może nie jest to absolutny must na liście turysty, ale jeśli ktoś kiedyś byłby w okolicy, czemu tam nie zajrzeć?



Wszędzie blisko do miejsc wartych poznania: z Collodi jest zaledwie 27 km do Pizy, 12 do Lukki i wreszcie 44 do Florencji.

Poczytajcie Waszym dzieciom tę piękną bajkę. A ja sobie zanucę piosenkę Carissimo Pinocchio Giglioli Cinquetti, tej samej piosenkarki, która wygrała Eurowizję w 1964 roku piosenką Non ho l'età (Nie wolno mi cię kochać). Echhh, te lata sześćdziesiąte w muzyce ...

środa, 14 czerwca 2017

Przemycając włoszczyznę


Tęsknię za Italią. Będąc daleko od mojego ukochanego miejsca na ziemi przemycam to, co włoskie do codzienności tu w polskich realiach. Przemycam smaki, zapachy, kolory i dźwięki - posiadają one magiczną moc: są w stanie błyskawicznie przenieść nas w dowolne miejsce na ziemi. Przywołują wspomnienia, obrazy, nasze emocje, jakich doznawaliśmy w odległych geograficznie miejscach. Oto niektóre moje stałe drobiazgi pozwalające mi wpleść odrobinę włoszczyzny w polską codzienność.

Pomidory. Zwłaszcza teraz, w czerwcu, kiedy mają wreszcie zapach i smak, a nie są pomidoropodobną wodnistą gąbką. I słynna sałatka caprese. Trzy kolory włoskiej flagi - czerwień pomidorów, biel mozzarelli oraz zieleń bazylii. Do tego odrobina dobrej oliwy z oliwek, ewentualnie octu balsamicznego i niczego więcej do szczęścia mi nie trzeba. No, może dobrego wina.


I muzyki. Vasco Rossi, Eros Ramazzotti, Il Volo (porównywani do słynnych trzech tenorów, choć według mnie to lekka przesada), Zucchero, Toto Cutugno, Nek, Al Bano & Romina Power, italo disco z Drupi oraz Ricchi e Poveri na czele to tylko kilka z licznych nazwisk włoskiej sceny muzycznej. Włączam płytę i już jestem daleko. Poza tym nie ma lepszej metody nauki języka od słuchania piosenek ze zrozumieniem. Choć przyznam, że nierzadko rymy opierają się na czterech powtarzalnych słowach amore-fiore-cuore-sole


Cytryny. Limoncello. Ewentualnie nasza polska cytrynówka. Otaczanie się przedmiotami przywiezionymi z Włoch. Choćby sycylijskimi kafelkami malowanymi ręcznie kupionymi w Santo Stefano di Camastra. Miasteczko to znane jest z ręcznie malowanych wyrobów ceramicznych (misy, talerze, kafelki, figurki), które można kupić na ciągnących się wzdłuż uliczek straganach. Co roku w sierpniu miasteczko obchodzi festiwal ceramiki. W centrum miasteczka znajduje się muzeum poświęcone temu rękodziełu - muzeum daje podwójną przyjemność: oglądania wspaniałych wyrobów oraz zwiedzania Palazzo Sergio z oryginalnym XVIII-wiecznym wystrojem. 

Kocham sycylijską ceramikę.


Książki. Z fabułą umiejscowioną we Włoszech. Niechby i była ona banalna do bólu i trąciła romansem - ważne, że akcja rozgrywa się pod cielo azzurro Italii. Liczą się zmysły. Poza tym czytam książki o słynnych Włochach. Takich jak Sophia Loren, Fellini, Mastroianni, Bellucci czy Gian Luigi Buffon. Pochłaniam książki o historii, tradycjach. O mentalności Włochów. O idiomach, przekleństwach czy przysłowiach. Do tego książki w oryginale. Nie ma nic wspanialszego, niż czytać w obcym języku. Zwłaszcza tym ukochanym.


Otaczam się zdjęciami. Przywołują wspomnienia i są motywacją, by znowu wrócić do Włoch. By stale szlifować język. Być al corrente - na bieżąco.


Oglądam od czasu do czasu przywiezione pocztówki i czytam korespondencję, którą prowadziłam kiedyś z włoskimi znajomymi. Kto teraz pisze listy....


Lody. Gelato. Jedno z pierwszych słów, którego nauczyłam się lata temu rozpoczynając naukę włoskiego. Coraz więcej lodziarni z prawdziwymi włoskimi lodami (nie mylić z kręconymi świderkami nie mającymi z prawdziwymi pysznymi lodami włoskimi nic wspólnego) otwiera się w polskich miastach. Swego czasu pewien Włoch otworzył małą lodziarnię na warszawskim Nowym Świecie i serwował tam lody o smaku buraka czy ogórka. Spróbowałam nawet lodów o smaku ... kiełbasy. Lodziarnia szybko się jednak zamknęła, oryginalne smaki okazały się za oryginalne na kubki smakowe Warszawiaków, ale faktycznie: sporo Włochów prowadzi w Polsce lodowy biznes. Kiedy wchodzę do takiej lodziarni, szał smaków i kolorów przenosi mnie do tipica gelateria w Italii. Moim faworytem są lody arbuzowe. 


Kawa. Często niestety piję rozpuszczalne nie-wiadomo-co zalane zimnym (brrr...!) mlekiem z lodówki. To jedne wielkie świętokradztwo. Za to potem bardziej doceniam i smakuję prawdziwą kawę. Taką zrobioną w kawiarce lub w dobrym ekspresie ciśnieniowym. Kawa i kawiarniane przesiadywanie przy stoliku, kontemplacja ulicznego zgiełku to coś co uwielbiam. Brak mi tylko lokali z klimatem, w stolicy niestety przeważają sieciówki. 


Wymieniłam tylko kilka akcentów. Kupowanie w sklepach z oryginalnymi włoskimi produktami, samodzielne robienie pizzy, własne zioła ... Jest wiele sposobów, by przemycić włoszczyznę do własnego domu. Albo szczyptę Grecji, Indii czy Meksyku. Miałam kiedyś silne postanowienie organizowania co jakiś czas wieczoru inspirowanego danym krajem. Myślę, że to świetny sposób, by pobudzić zmysły i odświeżyć wspomnienia z podróży. Lub zmotywować się, by taką podróż zorganizować.

CDN.


czwartek, 8 czerwca 2017

Włoska migawka - 12

La Città del Vaticano. Maleńkie neutralne państwo-potęga kościoła katolickiego. Pełne tajemnic dających pożywkę wielu teoriom spiskowym. 

Watykan to najbardziej zmilitaryzowane państwo świata. Najlepiej chronione. Mające własne: archiwa, Gwardię Szwajcarską, pocztę, prawo do bicia własnych monet, bank, rozgłośnię, telewizję i gazetę "L'Osservatore Romano". 

I własne ... teleskopy, które jednak ze względu na małą powierzchnię Stolicy Apostolskiej znajdują się poza jej granicami. W Watykanie co dwa lata odbywają się Szkoły Astronomii dla studentów z całego świata. 

Obywatelstwo Watykanu mogą otrzymać tylko mieszkający tam duchowni. Ewentualnie wierni pracownicy. Co dwudziesty obywatel Watykanu jest osobą świecką. Ogółem Watykan liczy sobie jakieś 800 mieszkańców. 

Poste vaticane. Watykańska poczta wydaje swoje własne pocztówki i znaczki. Pocztówki do Polski doszły migiem - potwierdzam.