wtorek, 29 listopada 2016

Zapach pierniczków

Po domu rozchodzi się już zapach pierniczków, w oknie wisi Kalendarz Adwentowy i Święta czuć już na każdym kroku. Pyszna herbata o wdzięcznej nazwie Kubańskie rytmy - z odrobiną kardamonu i chili umila mi krzątanie się w kuchni. Puszki w choinki wyjęte, leżakują w nich pierniczki, a kartony z ozdobami czekają niecierpliwie po całym roku spania w piwnicy na uroczyste rozpakowanie przy asyście mojego trzylatka. Jeszcze nie puszczam świątecznych przebojów, poczekam z tym do pierwszego grudnia. Głowa obmyśla dekoracje, tworzy się lista spraw do załatwienia i lista kiedy co posprzątać. Będzie bajkowo, ponieważ są dzieci. Ponieważ tak lubimy. Będzie klimatycznie. Zieleń, biel i czerwień, bo beż nich nie ma dla mnie Świąt. Jestem tradycjonalistką i dla mnie to kwintesencja Bożego Narodzenia. Zieleń choinki, biel śniegu oraz czerwień owoców ostrokrzewu i stroju Świętego Mikołaja.


Myślimy o prezentach. Przeglądam inne blogi, inspiruję się, podziwiam, podpatruję. Święta to wielkie przeżycie, zwłaszcza dla dzieci. Chcemy, by wszystko było rodzinne, magiczne. Dopracowane i przemyślane. Również prezenty. 

Dziś o dwóch ciekawych zabawkach. Często pomysły na prezent dla mojego synka czerpałam z wpisów na innych blogach. Gdyby nie te wpisy, nigdy nie dowiedziałabym się o tak fajnych, mądrych zabawkach. Albo o książeczkach czy papierowych zestawach kreatywnych. 

Może moje dwie sprawdzone propozycje kogoś zainspirują. Mój synek bawi się nimi co jakiś czas. Dawałam takie same zabawki innym dzieciom (przedział wiekowy 3-4 lata) i stwierdzam, że są absolutnie trafione. 

Buziaki Śmieszaki firmy Adamigo. Fajna, zabawna układanka twarzy dająca ponad 5000 możliwości. Dopasowywanie różnych min, fryzur wspaniale angażuje i pozwala dziecku nauczyć się rozpoznawania nastrojów (zły, zdziwiony, wesoły, smutny). Synek opisuje, jakie kto ma włosy, kto jest do kogo podobny, jakie ma oczy czy nos. Sama lubię siedzieć na dywanie i układać buziaki. Za każdym razem wychodzą inne.


Druga zabawka to po prostu pieczątki. W wersji dla chłopców są to pojazdy, ale z pewnością są też wersje dla dziewczynek, niekoniecznie firmy Adamigo. My stemplujemy, kolorujemy i świetnie się bawimy, choć czasem ciężko potem domyć ręce zabrudzone tuszem, a i stolik potrafi zostać ostemplowany na równi z kartką. Ponieważ jednak grunt to dobra zabawa, więc efektami ubocznymi nie za bardzo się przejmuję. Przyjdzie jeszcze czas na odmalowanie stolika.


Te zabawki są fajne, dobrze zrobione, polskie i niedrogie, a dają wiele radości zarówno dziecku, jak i dorosłemu. 

Prezenty ... 

Co roku walczę z sobą, by kupić tylko jeden prezent dla synka. Tyle wspaniałych rzeczy kusi. Jednak sama pisałam, że w przypadku zabawek mniej znaczy więcej. Muszę być konsekwentna. Niemniej jednak chętnie spiszę Wasze pomysły. Jakie macie propozycje mądrych, ciekawych prezentów dla dzieci? A może książeczki? Te ostatnie miewają tak wspaniałe ilustracje, że nic tylko oprawić w ramkę i powiesić w dziecięcym pokoju. 

Listy do Świętego już napisane? Jeśli nie, to do dzieła!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Wiszenie na trzepaku głową w dół

Do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie mój hiperaktywny synek, który kilka dni temu uwiesił się półki jak małpka i poleciał z półką i wszystkim tym, co na niej stało. Po prostu ją wyrwał pod swoim ciężarem. Pomylił dom z placem zabaw. Ale nie o tym, a przynajmniej nie do końca o tym.

Trudno teraz o długie zabawy na powietrzu, bieganie, wspinanie się i zjeżdżanie na zjeżdżalniach. Pogoda coraz rzadziej sprzyja takim aktywnościom. Biedne pociechy nijak nie mogą spożytkować nadmiaru energii, a typy takie jak mój Jasio energia po prostu rozsadza. Chwilę zajmie się zdobieniem pierniczków czy rysowaniem, by po chwili biegać i posiedzieć maksymalnie trzy sekundy w jednym miejscu. Plus sąsiedzi. Ci, co nie mają dzieci, na pewno nie zrozumieją tupotu małych nóżek, a w blokach wiadomo - trzeba pamiętać o współlokatorach.

Dlatego doszłam do wniosku, że na spacery chodzić trzeba zawsze. Chyba, że mamy tornado lub nawałnicę. I trzeba chodzić na place zabaw nawet zimą, choć zdarza się czasami, że o tej porze roku jesteśmy jedynymi ich użytkownikami.

 
Dzieci muszą wspinać się, skakać, poszaleć i wyszaleć (to w ogóle możliwe?) Muszą zjeżdżać, podciągać się i brudzić. O każdej porze roku. Muszą, inaczej się uduszą. Niestety często spotykam rodziców, którzy swoje dzieci ograniczają: "Nie wchodź tam, bo spadniesz". "Nie idź tu, bo się pobrudzisz". "Ostrożnie, nie dasz rady". "Nie, tam nie możesz, bo to za wysoko". Zamiast wesprzeć, powiedzieć "Dasz radę, pomogę tobie" dzieci ciągle słyszą "nie". Obowiązuje więc zakaz brudzenia się, zakaz biegania na boso. Zakaz kąpieli lub chociaż zamoczenia stóp w jeziorze, bo przecież paniusia mamusia przyjechała do eleganckiego hotelu z aqua parkiem, a jezioro jest tylko tłem i dodatkiem do oglądania z daleka, a nie poznawania. Rosną słabe fizycznie dzieci. Nie wierzące w siebie i w swoje możliwości. Zabija się w nich radość eksplorowania, odkrywania. 

  
Dzieciom potrzebna jest woda, piasek, drabinki, przeszkody, wyzwania. Przyrządy, na których ćwiczą siłę rąk i równowagę. Place zabaw, gdzie mogą się pohuśtać i pokonywać kolejne etapy, poziomy. Dzieci muszą eksplorować świat, wierzyć w siebie.

A my... pobrudźmy się czasem, dajmy im zbić sobie kolano czy nabić siniaka. Dajmy im samym pobiegać, spróbować siebie. Zamiast patrzeć w telefon i bezmyślnie w niego pykać poobserwujmy nasze dzieci z pewnej odległości, albo jak same tego chcą - pobawmy się z nimi. Bądźmy offline. Bądźmy tu i teraz.

Nie bierzmy komórki albo ją schowajmy do kieszeni. Najlepiej bardzo, bardzo głęboko. Ilu na placach zabaw widzę rodziców wpatrzonych w telefony. W telefony, a nie w swoje dzieci. Albo drugi biegun - typ nadopiekuńczy, o którym wspomniałam - sami w dzieciństwie biegali z kluczem na szyi i ćwiczyli wiszenie na trzepaku głową w dół. Teraz dla odmiany nie pozwalają dzieciom na nic. Bo piasek mokry, bo brudno, bo za zimno, bo ubrudzą sobie markowe ubranka. Idą za dziećmi krok w krok. I chowają pod kloszem.


Zachęcajmy, wzmacniajmy dziecięcą wiarę w siebie. Dopingujmy i sami czasem przypomnijmy sobie po co dziecku jest plac zabaw. Mamy na zewnątrz minus piętnaście albo leje jak z cebra? Przy skrajnym załamaniu pogodowym są jeszcze sale zabaw pod dachem. Baseny z piłeczkami, zjeżdżalnie, małe ścianki wspinaczkowe i inne atrakcje dla małych tarzanów. Szczęśliwe dziecko to nie tylko brudne dziecko. To również aktywne dziecko. Takie, które ma możliwość spożytkowania swojej energii w ruchu.

Niech spróbuje, jak smakuje śnieg, poskacze, pobrudzi spodnie.


Temat mało świąteczny, ale właśnie o tej porze roku, kiedy pogoda sprzyja siedzeniu w domu przed telewizorem czy komputerem, zostawmy na chwilę wszystko i pójdźmy z dziećmi na spacer. By rosły zdrowo, były silne, aktywne i by nie wyrywały półki ze ściany. Albo właśnie żeby coś takiego potem zrobiły. Bo to znak, że są silne, sprawne i ciekawe świata, a to najważniejsze.


PS. Muszę sprostować: to nieprawda, że synek dłużej nie usiedzi w jednym miejscu. Dać mu tory, zwrotnice, semafory, szlabany i kolejkę - Jasia nie ma.

Wkrótce już tylko tematy świąteczne. Dekoracje, przygotowania, wnętrza i pomysły na angażowanie najmłodszych w świąteczną atmosferę.

Do przeczytania niebawem!

czwartek, 24 listopada 2016

Włoska migawka - 4

"Kto nie widział Sycylii, nie zrozumie Włoch" - pisał Goethe. Sami Sycylijczycy dumnie podkreślają: "Non siamo italiani, siamo siciliani" - Nie jesteśmy Włochami, jesteśmy Sycylijczykami. Oddalona zaledwie o trzy kilometry od lądu Sycylia to odrębny świat. Miejsce, gdzie czuć już bliskość Afryki. Czuć tu różne wpływy, w tym właśnie wpływy arabskie. Białe, różowe i fioletowe krzewy oleandrów, bugenville, mafia - Cosa Nostra, Corleone i słynny Ojciec Chrzestny, piękne wybrzeża (cudowna jest podróż drogą wzdłuż morza!). Do tego około sto (!) tuneli wydrążonych we wzgórzach na odcinku autostrady Palermo-Katania. Dziadkowie siedzący na ryneczkach i patrzący na leniwie toczące się życie, ślub alla siciliana (widziałam w dniu wyjazdu - wszyscy goście przybyli ubrani na czarno, jak na pogrzeb, do tego dodać upał nie z tej ziemi...) Wiele budynków z napisami Vendesi - do sprzedania. Biedne zaułki Palermo. Wreszcie lazurowe, krystalicznie czyste morze, plaże i bujna roślinność jak w Afryce Północnej. Wyspa słońca, wyspa pełna kontrastów, tygiel kulturowy i ziemia obiecana lub przynajmniej chwilowa przystań dla emigrantów z całego świata. 

Sycylia ... Porównywana przez Włochów z kontynentu do mizernej piłeczki odbijanej i kopanej przez duży i elegancki włoski but. Traktowana jak gorsza część kraju, jak druga Grecja ogarnięta kryzysem, biedna i arretrata - zacofana, jest jednocześnie dumną, przyjazną, wspaniałą wyspą, niesamowitym miejscem wartym zobaczenia. 

"(...) a szóstego dnia Bóg zakończył swe dzieło i rad, iż udało mu się ono tak pięknie, wziął je w obie ręce i pocałował. To miejsce właśnie, co ustami dotknął, to Sycylia ...". Powiedział to Renzino Barbera, sycylijski poeta. 

Trafiłam na Sycylię tylko raz, a poczułam się, jakbym już tam kiedyś była. Niesamowita wyspa, gdzie czas inaczej płynie. Nie dziwię się tym wszystkim poetom, pisarzom, że nazywali ją rajem na ziemi.

wtorek, 22 listopada 2016

Rzecz o zabawkach

25 listopada obchodzimy Dzień Misia. Tego pluszowego, najukochańszego przyjaciela każdego dziecka. Zaczęłam rozmyślać o zabawkach. Nie ma bez nich dzieciństwa. Bo czy jesteście w stanie wyobrazić sobie dzieci bez lalek, pociągów, autek i piłek? Bez skakanek, klocków, hulajnogi czy puzzli? Bez tych wspaniałych towarzyszy dnia codziennego, świadków dziecięcego śmiechu, płaczu, nadziei i lęków? Bez pluszowego misia właśnie?

W dzisiejszych czasach dzieci są zalewane tonami zabawek. Interaktywne cuda, grające i gadające, skaczące, lub odpowiednio - szczekające, miauczące czy robiące siusiu. Wiecznie udoskonalane przez wielkich projektantów zabawek. Edukacyjne. 

Wspaniałe, inteligentne zabawki mające odkryć i rozwijać geniusza w naszych dzieciach. Na targowisku próżności, w dobie konsumpcjonizmu napiętego do granic możliwości możemy nabyć inteligentne odkurzacze czy inteligentne kremy, więc zabawki również muszą sprostać tym trendom i tak samo muszą być inteligentne. Multifunkcjonalne. Piszczące, kręcące się, uczące języka angielskiego już roczne maluszki, rozwijające absolutnie wszystkie talenty naszych pociech.

W tym natłoku plastiku, elektronicznych wynalazków bombardujących nasze skarby maksymalną ilością bodźców, w tym tłumie wspaniałych zabawek dwudziestego pierwszego wieku nadal najważniejszy jest mały skromny miś. Siedzi sobie niepozorny, a jednak niezastąpiony. A obok misia drewniana karuzela-pozytywka. Drewniane domki, tory, pchajka czy włóczkowe cudaki. Takie jak piesek Reksio dla mojego synka. Znajdzie go pod choinką. Towarzysz ukochanej małpki.


Kiedy będziecie kupować Waszym dzieciom zabawki na Święta i pobawicie się w Mikołaja, zanim kupicie modną lalkę czy kolejne plastikowe auto, zastanówcie się - jaka była Wasza ukochana zabawka w dzieciństwie? Moja - stary, poczciwy miś. A potem drewniane klocki, z których można było wymyślać tysiące budowli - zamki, wieże, domy, mosty. Żadne grające i gadające zabawki. Proste, rozwijające wyobraźnię, budzące pozytywne uczucia. Najlepsze. Innych nie było. I całe szczęście.



Zdaję sobie sprawę, że nie da się uniknąć zabawek z plastiku, a w przypadku starszych dzieci zabawek w duchu Minecraft, laleczek Monster High (nadal nie rozumiem szału na te paskudztwa), czy innych tego typu tworów. Nie mam nic przeciwko klockom Lego czy Duplo, przeciw Hello Kitty czy Krainie Lodu. W końcu ja też po raz tryliard któryś tam oglądam z synkiem choćby Auta i McQueena. Ale zawsze kupując kolejną zabawkę myślę - mniej znaczy więcej.

Bo dziecko znajdujące się w pokoju tonącym w zabawkach po chwili euforii szybko się znudzi. Zamarudzi i zgłupieje od tego nadmiaru. A dziecko z dwoma patyczkami zbuduje z nich samolot i będzie nim latać wysoko wysoko, aż do chmur, tam, gdzie otwierają się wrota do krainy fantazji. Niezmierzonej i wspaniałej. Wolnej od udziwnionych kreatur na baterie.

I jeszcze jedno - żadna, ale to żadna zabawka nie zastąpi dziecku nas. Czasu, który z nim spędzimy. Tak często o tym zapominamy ...


piątek, 18 listopada 2016

Wielkie odliczanie

Robić Kalendarz Adwentowy? Pominąć ten temat? Kupić gotowy klasyk  z czekoladkami i okienkami? Taki mieliśmy rok temu, kiedy mój - wówczas - dwulatek z wypiekami na twarzy otwierał codziennie jedno okienko i przed błyskawicznym pochłonięciem czekoladki oglądał jej kształt poznając tym samym nowe słowa, takie jak księżyc, choinka czy aniołek.

Teraz pomyślałam, że dodam trochę do tej magii oczekiwania i zamiast słodkich cukierków czekoladopodobnych włożę do woreczków różne drobiazgi. Wahałam się, wahałam, zastanawiałam i rozważałam za i przeciw. Sama idea ukrycia 24 pierdółek wydała mi się dość materialistycznym podejściem do tematu. No bo jak to? Synek dostanie 24 małe przedmioty, a potem jeszcze będziemy świętować Mikołajki? Do tego dojdzie Mikołaj w przedszkolu i upominki od rodziny? I wszystko to przed dużym Mikołajem, tym najprawdziwszym z prawdziwych 24 grudnia? Nie za dużo szczęścia na raz?

 
Idea wkładania cytatów, refleksji, opowiadań i mądrych zadań angażujących całą rodzinę dużo bardziej do mnie przemawia. Szkopuł polega na tym, że taki trzylatek jest jeszcze za mały na tego typu akcje. Nie zrozumie, nie podda się refleksji, wspólnemu pieczeniu pizzy czy zdobywaniu nowej wiedzy o tradycji Bożego Narodzenia i Adwentu. Tak więc 24 dobre uczynki, cytaty lub Adwentowe refleksje poczekają jeszcze trochę, a teraz czas oczekiwania uświetnimy sobie 24 pierdółkami.    

Jakimi? Otóż takimi:

- ludzik Duplo więzień  
- ludzik Duplo policjant
- mini-kalejdoskop
- gliniany kogucik do gwizdania napełniany wodą 
- drewniane jojo
- baloniki w motyw świąteczny
- figurka Boba Budowniczego    
- zielony dinozaur
- drewniana zakładeczka do naszych książek z bajkami  
- rękawiczki
- zawieszka na choinkę w kształcie ciastka-pierniczka
- zawieszka choinka


Kolejna dwunastka to jednak słodycze, ale znikoma ich ilość:

- batonik Kinder
- jajko niespodzianka
- cukierki galaretki
- mały rożek cukierkowy
- mieszanka krakowska (galaretki lepsze od czekolady)
- jabłko (najlepszy z cukierków!)
- mamba malinowa
- laska Świętego Mikołaja biało-czerwona
- laska Świętego Mikołaja zielono-biała
- malutkie opakowanie M&M's
- czekoladowy Mikołaj
- zmyłka w postaci tabletek do kąpieli barwiących wodę na kolorowo 

  
Z jednej strony durnostojki, z drugiej radość dla trzyletniego chłopca. Taki kalendarz zrobię jednak tylko w tym roku. Za rok spróbujemy już z rodzinnymi aktywnościami. Bo tak sobie myślę i przyznaję, że te pierdółki kupowałam trochę dla siebie samej. Miałam ogromną radość w wybieraniu tych drobiazgów. I nawet nie chodzi o rekompensowanie sobie braków z dzieciństwa (naprawdę niczego mi w dzieciństwie nie brakowało, choć wtedy nie robiło się takich kalendarzy, ewentualnie dostawało się przy odrobinie szczęścia wersję z okienkami z zagranicy). 

Chodzi o powrót do zaczarowanej krainy, kiedy było się dzieckiem. Choć uwaga - ważne, by z tym nie przesadzić. Bo ja nie chcę mieć potem zblazowanego, znudzonego dziecka, homo tabletis, co to ma wszystko, a nic, ale to nic go nie cieszy.  


A wiecie, skąd się wzięła tradycja Kalendarza Adwentowego? Z Niemiec. W dziewiętnastym wieku wieszało się codziennie od 1 grudnia jeden obrazek przedstawiający scenę z Biblii, scenę świąteczną czy związaną z narodzeniem Jezusa. Albo skreślało się codziennie jedną kreskę z kresek narysowanych kredą na drzwiach. Ewentualnie zapalało się 24 świece, codziennie jedną. 

Potem tradycja ewoluowała w obrazki do wycinania i naklejania. A ojcem Kalendarza Adwentowego w skomercjalizowanej wersji jest drukarz Gerhard Lang. Jako mały chłopiec nie mógł się doczekać Wigilii i pytał w kółko mamę - ile jeszcze? (Jak słynny kot ze Shreka - "Daleko jeszcze?"). Mama miała serdecznie dość, napisała więc na kartonie cyfry od 1 do 24 i przyczepiła po biszkopcie, by chłopczyk mógł jeść codziennie jedno ciastko i w ten sposób odliczać dni. A kiedy dorósł, w 1930 roku zaczął produkować własne kalendarze z czekoladkami.  

 
Obecnie coraz częściej  odchodzi się od materialistycznej wersji Kalendarza. Można kupić płyty z 24 czytanymi opowiadaniami o świętych, można dostawać refleksje i cytaty z Biblii w formie maila - codziennie  po jednej wiadomości. Można robić dobre uczynki, coś, co ma niematerialny wymiar i nie daje się wszechobecnemu konsumpcjonizmowi. Popieram. Ale to u nas dopiero za rok. Chwilowo zaszalejemy z 24 pierdółkami inaugurując tym samym  1 grudnia wielkie odliczanie. I jeszcze jedno -  samodzielnie zrobiony Kalendarz Adwentowy to wspaniała sprawa. Taki z pudełek po zapałkach, z rulonów, kolorowych papierów zbieranych długo i cierpliwie. W internecie znaleźć można pełno inspiracji, po prostu cuda wianki.  

Taki kalendarz zrobię za rok, to wspaniała inicjatywa. Teraz wystarczająco czasu zabiera mi projektowanie fotoalbumów i segregowanie zdjęć, co było dla mnie priorytetem. Więc wybaczcie, że poszłam na łatwiznę i kupiłam kalendarz w sklepie. Tchibo nota bene. Też urokliwy. DIY za rok. A na razie inne pomysły z książki poniżej.


Myślę już też powoli, jak ubierzemy choinkę. Tak wyglądała kilka lat temu u moich Rodziców. 


A jak to jest u Was? Robicie sami Kalendarze Adwentowe, kupujecie? Zaczniecie pierwszego grudnia wielkie odliczanie?

sobota, 12 listopada 2016

Włoska migawka - 3

Tęsknię, wzdycham, moje serce wyrywa się w stronę Półwyspu Apenińskiego. Jestem prawdziwym Italofilem, nieuleczalnym przypadkiem, osobą, której na samo tylko słowo Italia serce szaleje w piersi niczym gołąb w klatce. Nie potrafię inaczej i rozpaczliwie wyrywam się duszą, ciałem i umysłem do włoskiego buta. Chwilowo zostaje mi tylko ta wielka tęsknota. Włoskie stacje telewizyjne i lampka wina smakowana niespiesznie przy akompaniamencie włoskiej muzyki. Ewentualnie włoska książka czekająca cierpliwie na moim nocnym stoliku. I najwspanialsze - zdjęcia - pamiątki. Obrazy zatrzymane na zawsze w kadrze. Ich oglądanie sprawia, że krew w żyłach pulsuje mi szybciej, a na policzkach pojawia się znamienny rumieniec. Dziś la Cupola di San Pietro, czyli kopuła Bazyliki Świętego Piotra. "Perche la Cupola di San Pietro riesci a vederla da qualsiasi punto di Roma e anche quando non la vedi puoi comunque percepirne la presenza. Per noi romani e come il faro per i naviganti." Kopuła Bazyliki Świętego Piotra widoczna jest z prawie każdego miejsca w Rzymie. A jeśli jej nie widzisz, to zawsze czujesz jej obecność. Jest dla Rzymian niczym latarnia morska dla marynarzy. Jest jak drogowskaz dla całego chrześcijańskiego świata. Monumentalna, wieczna, niewzruszona, stojąca na straży Watykanu i wiary. Il Cupolone. 


środa, 9 listopada 2016

Z głową w grudniu

Dopiero co było Halloween, Święto Zmarłych, a człowiek już znajduje się z głową w grudniowej atmosferze. Ja tak mam. Bo listopad to jedno wielkie czekanie na grudzień. Żyjemy w tym listopadowym odrętwieniu i szarości mając przed oczami światełko na końcu tunelu - Święta w perspektywie. 

Tak więc już obmyślam jakie zrobię pierniczki, jak udekoruję mieszkanie, choinkę, jakie prezenty pod nią położę. W tym roku stawiam na minimalizm. Najważniejsza jest rodzinna atmosfera i odrobina magii, a nie gonitwa po galeriach handlowych i kupowanie stosu i tak nikomu niepotrzebnych rzeczy. 

Wkrótce napiszę Wam, jaki robię Kalendarz Adwentowy dla trzylatka zamiast sklepowego kartonika z okienkami-czekoladkami. Tymczasem sama sobie stworzyłam swój własny, zadaniowy. 24 aktywności do zrealizowania do 24 grudnia:

1. Upiec pierniczki.
2. Zrobić fotoalbumy w prezencie dla Najbliższych.
3. Pójść na łyżwy z trzylatkiem - choć nadal nie wiem, czy aby na pewno to dobry pomysł.
4. Napisać, a raczej narysować z synkiem list do Świętego Mikołaja.
5. Zrobić Kalendarz Adwentowy z niespodziankami dla synka (ludzik Duplo, figurka Bob Budowniczy, cukierek, banan, jojo, mini kalejdoskop, książeczka o Świętach - na każdy dzień jakiś drobiazg - im mniej słodyczy, tym lepiej). 
6. Obejrzeć w Święta, a może jeszcze przed film Family Man (u innych co roku leci niezmordowany Kevin lub dziadek Bruce i Szklana Pułapka, u nas tradycją jest ten film - jeśli nie znacie, obejrzyjcie koniecznie, dziwię się, że w Święta żadna stacja go nie emituje - wielka szkoda)
7. Zrobić samemu papier do pakowania prezentów.
8. Wesprzeć jakąś fundację, osobę, akcję Szlachetna Paczka.
9. Postawić karmnik dla ptaków na tarasie.
10. Chyba najważniejsze - dzień, albo i więcej dni off line - dość ciągłego zaglądania w telefon, Instagramów i innych. Można bez tego żyć, zresztą żyje się bez tego lepiej, prościej i spokojniej. Uważniej przede wszystkim.
11. Kupić zapachowe woski.
12. Ususzyć plastry pomarańczy i cytryny.
13. Zjechać z górki na sankach.
14. Słuchać świątecznych przebojów od pierwszego grudnia.
15. Poczytać Bożonarodzeniowe książki (zwłaszcza bajki i opowiadania).
16. Wysłać kartki świąteczne.
17. Pograć w gry planszowe (Scrabble)
18. Wybrać się na jakiś jarmark lub kiermasz świąteczny.
19. Zrobić synkom sesję w mikołajkowych czapkach.
20. Zrobić z synkiem ozdoby na choinkę z masy solnej.
21. Zrobić gorącą czekoladę z chili.
22. Ozdobić w zimowo-bożonarodzeniowe motywy okno w pokoju synków.
23. Zrobić gorącą herbatę z pomarańczą i goździkami.
24. Zrobić orła na śniegu (czy w ogóle będzie śnieg?) i ulepić bałwana.

Z głową obmyślającą już aktywności grudniowe przeglądam jeszcze po raz ostatni zdjęcia w jesiennym i halloween'owym klimacie.


Wspominając dynie-lampiony i pobyt nad morzem powoli krok po kroczku oddaję się już przygotowaniom bożonarodzeniowym. Bo najpiękniejsze jest oczekiwanie na Święta, życie nimi, planowanie. 

Listopadowe dni umilam sobie więc planowaniem Świąt, ciasteczkami amaretti, aromatycznymi herbatami o poetycko brzmiących nazwach, takich jak Dotyk motyla czy Zimowy czar, wieczorną lekturą książek, gdy moje kochane szkodniki już błogo śpią, pozbywaniem się niepotrzebnych przedmiotów, układaniem motywujących, inspirujących zapisków oraz segregowaniem zdjęć do wywołania i do fotoalbumów. Jest ciepło, domowo i słodko-listopadowo. Mogę śmiało powiedzieć, że listopad oswoiłam wybiegając już myślami w grudzień. Mam swój własny sweet november może nie za oknem, ale w przytulnych czterech ścianach.


Dla mnie Święta to magia i powrót do czasów dzieciństwa, to królestwo zapachu piernika, goździków, kapusty z grzybami i barszczu. To ta jedna jedyna, niepowtarzalna atmosfera, którą powoli powolutku czuję już w listopadzie.

Myślicie już o Świętach? A może ich nie lubicie - bo oznaczają tylko stres, wielką rodzinną wędrówkę ludów, wydatki skutecznie uszczuplające portfel i jedno wielkie obżarstwo? 

Magia czy latanie po świątyniach konsumpcji? Przebywanie z Bliskimi czy wymuszone nasiadówki przy stole? Mam nadzieję, że jednak magia ...