wtorek, 30 maja 2017

Italiano vero


Włoch jaki jest, każdy widzi. Wyluzowany indywidualista. Podchodzący do życia bez stresu. Otwarty. Bez kompleksów. Roześmiany. Hałaśliwy. Gadatliwy. Gestykulujący zawsze i wszędzie - wszak z mowy ciała Włosi uczynili prawdziwy spektakl.

Dla Włocha bardzo ważna jest tradycja, wszelkie festyny i lokalne święta. Słynne campanilismo Włocha to nic innego jak przywiązanie do własnego regionu, miasteczka, parafii i jej campanile (campanile = dzwonnica).

Włoch ścisle przestrzega rytuałów, bo przecież na wszystko jest odpowiednia pora - na poranne espresso, na cappuccino i cornetto, na świętą siestę i na wieczorną pizzę. No bo pizza w południe? Jak to?!

Włoch jest bardzo restrykcyjny w kuchni - dodanie śmietany do carbonary to dla niego świętokradztwo. Pizza napoletana musi być koniecznie z oregano. O dodaniu bazylii nie ma mowy. Jedzenie to jedno wielkie spotkanie, biesiada. To sztuka. Włoch nie je - on celebruje, smakuje, delektuje się i aranżuje.

Produkty Made in Italy i włoski design znane są na całym świecie. Versace, Dolce&Gabbana, Piaggio czy Fiat to marki rozpoznawalne wszędzie. Długo by wymieniać. Bez metki nie ma podnietki. Znani projektanci muszą być. Albo podróbki, ale zawsze to jakieś nawiązanie do oryginału.


Dla Włocha rodzina i kościół to świętość.

Włoch jest istotą stadną, towarzyską -  oblega place, bary, kluby i ławeczki. To domena mężczyzn. Kobiecy świat to kuchnia, dom, mercato (targ) i ognisko domowe. 

Mężczyzna Włoch to oczywiście donnaiolo bez dwóch zdań - kobieciarz, flirciarz i bawidamek - wcielony Casanova. Wszak miłość stanowi część życia mężczyzny (i całe życie kobiet, jak mawiają Włosi).  

Piłka nożna to dla Włocha sport narodowy, kwestia honoru, wydarzenie towarzyskie. 

Włosi to fani gadżetów - czytaj: telefonów komórkowych. 

Młodzi Włosi to mammoni, bamboccioni - mamisynkowie żyjący u mammy długo po trzydziestce. 

Włoch jest zawsze modny, elegancki niczym z żurnala. Włochy i moda to synonimy.



Włoch to mistrz kierownicy. Zwłaszcza, jeśli jedna ręka podczas jazdy autem służy gestykulacji, a druga trzymaniu ... nie nie, nie kierownicy, ale telefonino - nieodłącznej komórki. Światła uliczne są dla Włocha wyzwaniem, a nie powodem do zatrzymania się. Droga to tor wyścigowy. Z drugiej strony pamiętam upalny dzień i jednego kierowcę śmieciarki, który na czerwonym świetle wysiadł napić się wody w ujęciu acqua obok. Światło w międzyczasie przeskoczyło na zielone, on sobie spokojnie pił wodę, a kierowcy za nim spokojnie czekali. Zero ponaglającego trąbienia, nerwówki i epitetów. Pian piano, powoli.

Przeciętny Włoch jest mniej lub bardziej skorumpowany. Ten z południa jest na sto procent mafioso. Mafia opanowała politkę, biznes, centra handlowe, budownictwo, praktycznie wszystko. Mafia buduje wadliwe konstrukcyjnie domy, które potem podczas trzęsień ziemi są przyczyną śmierci większej ilości osób niż samo terremoto (choćby słynne trzęsienie ziemi w Abruzji w 2009 roku i domy wybudowane bez żadnych zezwoleń - ponad 300 ofiar domów wybudowanych bez żadnych norm, 40 000 ludzi bez dachu nad głową). 

Mafia sprawuje kontrolę nad nielegalnym handlem odpadami. Wiele toksycznych substancji zakopuje się w ziemi nie zważając na konsekwencje - drastyczny wzrost liczby zachorowań na nowotwory. Włoch to skorumpowany cwaniak. Zgodnie z powiedzeniem Fatta la legge, trovato l'inganno. Ledwo jakieś prawo wejdzie w życie, Włoch już znajduje sposób, by je obejść. Praktykujący menefreghismo - olewanie wszystkiego i wszystkich, "tumiwisizm" - społeczną obojętność.

Jednocześnie w obliczu klęski jednoczy się, wcielając w życie słynne arte di arrangiarsi - sztukę przetrwania i dawania sobie rady.

Włoch umie sdramatizzare - oddramatyzowywać sytuację, nawet tę najstraszniejszą. Przypomnijcie sobie choćby filmy Roberta Begniniego Życie jest piękne oraz Tygrys i śnieg. Benigni w swoich filmach to właśnie maestro w sztuce sdramatizzare.

Włoch jest dynamiczny, elastyczny, serdeczny, pomocny i wylewny w okazywaniu uczuć.

Włosi to piękni, dobrzy ludzie - parafrazując słynny tytuł filmu z 1965 roku: Italiani brava gente.

Taki obraz Włocha przedstawiają książki. Część w nich prawdy i faktów, część półprawdy, część myślenia stereotypowego. Każdy Włoch to przede wszystkim odrębny człowiek, indywidualność - jak każdy z nas - i o tym pamiętam.  

A jak ja  widzę Włochów - jako nację celebrującą życie. Pijącą dobre wino (we włoskim  języku nie istnieje słowo kac). Włoch to jedna wielka gioia di vivere - radość życia i optymizm. Energia i szczerość. Bezpośredniość i łapanie ulotnej chwili. Szukanie jakości. Docenianie prostoty. Spontaniczności. Odcedzanie tego dolce - słodkiego smaku z życia, które potrafi być przecież amaro - gorzkie. Mimo absurdów, upadku kolejnego rządu, afer korupcyjnych i skarbówki, która chce zabrać sześćdziesiąt procent dochodu Włocha. Niech się wali i pali - la vita e bella!


Włosi zdają się nosić w sobie jakąś tajemną receptę na szczęście. Potrafią czerpać radość z prostoty. Ponieważ piękno w Italii jest na każdym kroku, taka postawa wydaje się łatwiejsza pod włoskim niebem.

Widzę gioia di vivere - w życiu codziennym, w pulsującym rytmie miasta. W śpiewnym Buon giorno, Signorina śmieciarza o szóstej rano, kiedy nie ma jeszcze turystów i miasto wydaje się być tylko dla mnie. W opowieści staruszka spotkanego w parku w Bolonii. W ciekawostkach przekazywanych codziennie przez recepcjonistę hotelu. W pozdrowieniu baristy i targowaniu się ze sprzedawcą używanych książek na targu Porta Portese. W anegdotach opowiedzianych przez malarza sprzedającego swoje obrazy na Piazza Navona. 

Włosi to dla mnie radość (z) życia w najczystszej esencji. Śródziemnomorska energia i optymizm. Będę ją przemycać do mojej rzeczywistości. Bo życie na włoską modłę można prowadzić nawet będąc daleko od Italii.

PS. Polecam książkę Johna Hoopera "Włosi". Znajdziecie tam wiele faktów i ciekawostek.

sobota, 20 maja 2017

Pochwała życia


Wiele się wydarzyło, nie miałam głowy tu zaglądać. Udar bliskiej mi osoby, przemyślenia o tym, co jest tak naprawdę ważne. Osoba, którą widziałam jeszcze w Poniedziałek Wielkanocny w pełni sił, 20 kwietnia stanęła na granicy życia i śmierci. W tych okolicznościach blog zszedł na dalszy plan. Doszły refleksje, pytania czy warto pisać.

Warto z pewnością.

Na pewno będę to robić dalej. To moje miejsce, moje wzruszenia i zapiski. Moje dzielenie się z innymi miłością do Włoch. I choć nie uważam się za blogerkę, znawcę Italii, bynajmniej nie piszę poczytnych tekstów z dziesiątkami komentarzy, nadal będę się tu dzielić moimi przemyśleniami i zachwytami. Teksty będą bardziej dopracowane i sprawdzone merytorycznie. Nie zależy mi na ilości, ale na jakości. Daleko mi do kilku tysięcy followersów na Instagramie i postów sponsorowanych. Daleko mi do pokazywania mojego życia z każdym szczegółem. 

Sto wejść dziennie to dla mnie zaszczyt, wielkie osiągnięcie i powód do radości, tym bardziej, że nie zabiegam o zdobywanie czytelników poprzez różne portale społecznościowe. Jeśli ktoś do mnie trafił, widocznie tak miało być. Jeśli zostaje, tym wspanialej. Statystyki to tylko słupki, wykresy. Ważne jest, że wpisy czytają konkretne, prawdziwe osoby. Dziękuję Wam za to. 

Zamierzam ulepszyć blog. Tworzyć tu miejsce o życiu na włoską modłę. Na włoską nutę. 

Będę się tu dzielić zachwytami. Nad Italią, jej kulturą. 

Ale też oczywiście zachwytami nad życiem. Bo choć tak kruche i ulotne, to warte zachwytów. Nawet jeśli mieszkamy w kawalerce z widokiem na plac budowy, szef nas denerwuje i nie chce nam się rano wstać do znienawidzonej, nie dającej spełnienia pracy. Cieszmy się, że mamy dach nad głową. Że mamy pracę. Jest tylu ludzi na świecie, którzy marzą o pracy. Jakiejkolwiek. Cieszmy się, że mamy dwie ręce. I dwie nogi. Sprawne. Zdrowe, mogące nas ponieść tam, gdzie tylko zechcemy. Granica naszych marzeń jest tylko w naszej głowie.

O tym będę pisać.

Zachwycam się bzami. Rozbuchaną świeżą wiosną. Tymi kilkoma pobytami we Włoszech. Możliwością wracania tam mentalnie, póki nie mogę dosłownie.

Szczęście zależy tylko od nas. Bo ktoś, kto w głębi serca i duszy nie jest szczęśliwy tu i teraz, nie będzie szczęśliwy w willi na Florydzie. Lub w Toskanii-wedle preferencji. Nasz zachwyt nad życiem musi mieć miejsce tu i teraz. Bo jutro może się zmienić i wywrócić świat do góry nogami.



Coraz cześciej spotykam obcych ludzi zagadujących mnie na ulicy. Opowiadają o sobie. O swoich przeżyciach. Przemyśleniach. Zwierzają się. Tak nagle. Szukają pretekstu do rozmowy. Każdy umie mówić. Nie każdy potrafi słuchać.

Zwolnijmy. Posłuchajmy drugiego człowieka, jego historii. Zamiast biegać. Albo zachowywać się jak ta "przemiła" sąsiadka ode mnie z bloku, która zamyka mi przed nosem drzwi wejściowe lub drzwi windy, mimo że idę obładowana zakupami z wózkiem i dwójką dzieci. Ona nawet na moje dzień dobry nigdy nie odpowie.

Przecież nie takiego życia chcemy. W głębi serca i duszy większość z nas jest dobra. I szuka tego dobra. Zachwytu. Uważności i wrażliwości.


Najlepsze co możemy zrobić, to oddawać sie zachwytowi nad życiem. Codziennie od nowa. Mamy tak dużo, a tak często o tym zapominamy. I dochodzi do nas, ile mieliśmy dopiero, gdy to tracimy. Miłość, zdrowie. Bliskich. Wolność. Pokój. Albo spokój ducha.

Zachwyt nad życiem. Pochwała życia. Bycia tu i teraz. Będę o tym pamiętać i pisać.


Ciągłego zachwycania i dostrzegania niezwykłości w zwykłości dnia codziennego Wam życzę.

Tymczasem zostawiam kilka majowych migawek.

Zimna majówka niestety pokrzyżowała nam troszkę plany turystyczne. Stąd tylko kilka ujęć Starego Rynku w Poznaniu i słynnych koziołków.


Kilka książek, które właśnie czytam. Wkrótce wpis o niektórych z nich.


Przyroda w ogródkach działkowych. Uczta dla oka. Balsam dla duszy mieszczucha.


Tymczasem już szykuję następny wpis - będzie o mieszkańcach Italii moim okiem. Do przeczytania.

niedziela, 7 maja 2017

Włoska migawka - 11

"Przyjaciele moi, jedzmy i żyjmy,
dopóty, aż starczy oliwy w lampie.
Kto wie, czy zobaczymy się na tamtym świecie,
Kto wie, czy na tamtym świecie będzie tawerna?"

Włoski wiersz z XVI wieku, autor nieznany.



Gdzie NIE jeść we Włoszech? W lokalach dla turystów - drogo, jedzenie przyrządzają masowo, a atmosfery za grosz. Albo tanio, ale byle jak.

Byle turysta szybko napełnił żołądek, jeszcze szybciej zostawił pieniądze i błyskawicznie zrobił miejsce dla następnego turysty.

Gdzie zatem jeść? W bocznych uliczkach - z dala od szlaków turystycznych. W małych lokalnych trattoriach. Dawniej zwanych tawernami. Tam, gdzie stołują się miejscowi. Gdzie gwarno, tłoczno i nawet lekko brudno. Gdzie niesterylnie i na spartańską modłę. Tam, gdzie jedna strona ściany jest rozgrzana od pieca do pizzy znajdującego się po drugiej stronie. Tam, gdzie nie ma turystów, tylko miejscowy koloryt. Gdzie nie ma wielu dań w karcie, albo i samej karty brak. Mało dań oznacza solidne ich przygotowanie. Z miłością do tradycji i z sercem. Z duszą.

W prostocie siła. Naturalność i prawda. Tyczy się to także kuchni.

Nie dajcie się zwieść nagabywującym kelnerom reklamującym głośno lokale (naganiaczy przed lokalami pełno zwłaszcza w Rzymie). Prawdziwa włoska kuchnia nie musi się reklamować, a ten, komu na niej zależy, i tak do niej trafi. Wystarczy popytać miejscowych. Jak wszędzie zresztą. Nie tylko we Włoszech.

Tak więc Menu turistico omijamy szerokim łukiem. Chyba, że ograniczony czas i burczący brzuch nie pozwalają nam na poszukiwania - wtedy możemy przymknąć oko i zjeść to, co reklamują nam przed oczami na każdym kroku.

Wybierzmy sami, czy jesteśmy tipico turista, czy buongustaio - smakoszem.

Trattoria - pomost łączący życie Włocha między domem, placem i ulicą. Centrum spotkań towarzyskich. Coś więcej niż lokal nastawiony na zysk.

Tak więc: Trattoria decisamente SI. Menu turistico - assolutamente NO.