czwartek, 20 lipca 2017

Włoska migawka - 14


Dog parking - gdzieś w Bolonii.

wtorek, 18 lipca 2017

La brutta vita


Nawet jeśli jestem geograficznie daleko od Włoch, lubię przemycać włoskość do mojego życia codziennego tu, w Polsce, o czym już pisałam

Kawa musi być. Najlepiej ta dobra, prawdziwa z ziaren, z kawiarki, a nie napój kawopodobny czyli kawa rozpuszczalna. Ok, w pośpiechu lubię nawet ten napój kawopodobny, ale pijąc prawdziwa kawę, czując jej aromat i głębię przenoszę się daleko na Półwysep.

Książki również pozwalają mi przenieść się mentalnie do Italii. Niektóre pisane są tak sugestywnie, że niemal słyszę odgłosy ulicy w Neapolu, wieczorne życie na Zatybrzu, czy szum fal nad morzem w Taorminie. Ponieważ chwilowo na urlop nie mam szans, barwne opisy przenoszą mnie daleko daleko.

Płyty w włoską muzyką. Wtedy nawet ciasnota w autobusie niestraszna - zamykam oczy i jestem na porannym włoskim espresso przy kontuarze jednego z barów.

Ostatnio Spotify umożliwia mi zasłuchiwanie się w stare włoskie piosenki takich wykonawców jak Fred Buscaglione (Guarda che luna) czy Peppino Gagliardi (Come un ragazzino, Che vuole questa musica stasera). I to nie jest wcale tak, że lubię taką muzykę, bo się starzeję. Zawsze lubiłam takie klimaty:


Naiwne, ale pełne uroku piosenki, aranżacje z duszą. Muzyka starej daty.


Włochy to jednak nie tylko sielanka i dolce far niente. Tak o tym wspominam, bo ostatnio przeczytałam kilka kolejnych książek o ciemnej stronie Italii. Dlatego dziś kilka migawek na pocieszenie tym, którzy wzdychają, że gdzie indziej jest lepiej. Take małe przypomnienie, że każdy kraj ma swoje szare, brudne i ponure kąty. Znamy w końcu powiedzenie "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma". Ale czy na pewno? 

Włochy to często biedny kraj zamieszkały przez bogaczy. Positano i Amalfi dla dobrze usytuowanych, a obok targowiska jak nasze bazarowiska w tym gorszym wydaniu, brud, absurdy, oszpecające graffitti na murach, imigranci, afery z niewywożonymi śmieciami i grande casino (bałagan - eufemizm) w bocznych uliczkach z dala od oczu turystów.

Oto la brutta vita w kilku kadrach:


I dla kontrastu:

Źródło: internet
Dopiero dostrzegając takie kontrasty poznaje się naprawdę dany kraj, nawiązuje z nim więzi.

Obiecuję jednak w przyszłości pisać już tylko o tej jasnej stronie Włoch i oszczędzić brzydszych zdjęć. Inaczej stąd uciekniecie, vero

poniedziałek, 10 lipca 2017

Włoska książka - 3




Amadeo Letizia. Paola Zanuttini. "Urodzony w Casal di Principe". Ta książka nie jest dla każdego. To raczej pozycja z tych, po które sięgają osoby zainteresowane konkretnym tematem, pragnące zgłębić daną kwestię. Albo Italofile czytający wszystko, co tylko im wpadnie w ręce związanego z Italią. Nie tylko tą piękną, pocztówkową, kolorową i pełną dolce vita, ale też tą skorumpowaną, pełną afer, absurdów, krwawych porachunków, imigrantów, ton śmieci i nielegalnie zdeponowanych odpadów.

Tym razem tematem książki jest włoska mafia. A raczej życie napiętnowane jednym słowem: Casal di Principe. Casal di Principe to miejscowość w Kampanii, niepisana stolica przestępczości zorganizowanej. Jak to jest mieć wpisane w dowodzie jako miejsce urodzenia właśnie to miejsce? Miejsce demonizowane, naznaczone krwawymi porachunkami bossów, będące niczym plama na honorze Italii? Czy każdy mieszkaniec ma powiązania mafijne? Jak tam się żyje na co dzień? Jak się wyrwać z tego miejsca, zaklętego kręgu - jak nie pójść drogą sprzeczną z prawem? Na te pytania odpowiada autor, znany we Włoszech aktor, reżyser i producent filmowy. 

Nie jest to książka z fabułą, raczej subiektywne spojrzenie na słynne Casal di Principe, na młodość spędzoną właśnie tam. To historia bardzo osobista, opis drogi, jaką przebył autor, by wyrwać się z tego miejsca i spod jego czaru (a może swoistego fatum, przekleństwa). Opis własnych demonów idących za autorem na długo po opuszczeniu kolebki mafii. Opis maczyzmu mieszkańców - agresywnych z natury, zapalczywych, nieufnych, zaczepnych i zuchwałych. 

Amadeo Letizia stracił dwóch braci - jeden miał podejrzany wypadek samochodowy, drugi zaginął bez śladu - najprawdopodobniej został zlikwidowany przez mafię. Pobożna matka, despotyczny ojciec, szarpanie się między dobrem, a złem. Jedno wielkie rozdarcie. Nuda włoskiej prowincji, brak perspektyw i kusząca wizja szybkiej kryminalnej kariery wśród młodych gniewnych. Poszukiwania jakichkolwiek śladów zaginionego brata, niedopowiedzenia, strach, półcień, półprawdy, rozpacz wobec nieudolnie prowadzonego przez karabinierów śledztwa, szybko i w podejrzany sposób umorzonego.

Ciemna strona Italii, gdzie w pełnym słońcu dzieją się rzeczy mroczne.

Kilka fragmentów książki:

"W Casal di Principe nic nie jest niewinne. Nawet w dziecinnych zabawach robiliśmy sobie krzywdę". 

"Kamorystą człowiek się staje. W Casal di Principe się rodzi. I nie wymyślił tego Saviano".

"Chłopcy z Casal di Principe czuli się jak samochody stojące w blokach startowych, z zapalonymi silnikami, ale nieruszające z miejsca".

"Wydawało mi się wtedy, że my, mieszkańcy Casal di Principe, jesteśmy normalni, a inni to pomyleńcy. Musiało minąć wiele lat, żebym zmienił zdanie".

"Nas, mieszkańców Casal di Principe, wszędzie znano, za każdym razem, gdy jeździliśmy do Caserty czy Neapolu, żeby na przykład zakontraktować owoce, zostawialiśmy po sobie ślad. Jakby to powiedzieć... Byliśmy gotowi na wszystko". 

"Dla zabicia nudy odwiedzało się bary, tylko że tam nuda puchła jeszcze bardziej, nabrzmiewała jak ciężka deszczowa chmura, która wszystko spowija. Kto chce zrekonstruować najsławniejsze kariery kryminalne mieszkańców Casal di Principe, powinien odwiedzić miejscowe bary. To mikrokosmos plotek, zawiści, frustracji, rywalizacji, odwetów. Z braku ciekawszego zajęcia w ciągu spędzonych tam długich godzin wymyślali strategie, fajdy, kodeksy wierności i reguły ślepego, bezrozumnego posłuszeństwa".

"W mieście mieliśmy wiele barów, być może w innych można się było lepiej zabawić, ale chodziło się zawsze do tego samego, żeby ktoś nie pomyślał, że zdradziłeś".

"Tutaj zawsze tak było. Państwo pojawiało się na chwilę, robiło dużo hałasu, jakieś pokazowe akcje bez konkluzji, po czym znowu znikało. A my nadal nie wiemy, co jest w nasypach między Nolą a Villa Literno na północ od Casal di Principe, skąd wzięła się ta ziemia, z jakimi truciznami jest wymieszana".

"W Casal di Principe jest jak na afrykańskiej sawannie - albo jest się lwem, albo gazelą".

"W miasteczku zdano sobie sprawę z istnienia Camorry dopiero wtedy, kiedy zaczęło być o niej głośno".

"Jak to możliwe, że nie mogę znaleźć drogi do Casal di Principe?
Znajduję wytłumaczenie psychologiczne.
- Może to dobrze. To znaczy, że już nie przynależysz do tego miejsca".

"Ja też jestem casalese, bo urodziłem się w Casal di Principe. Chociaż stąd uciekłem. Chociaż byłem w Cannes, Wenecji i Toronto. I to nie jako turysta, tylko z moimi filmami".

"Casalese jest tożsamością niewygodną, dwuznaczną, obciążającą".

"Dla ludzi z Casal di Principe informacja w dokumentach o miejscu urodzenia zaczęła być problemem dopiero od sukcesu Gomorry Roberto Saviano" (włoski autor głośnej książki Gomorra o mafii we współczesnych Włoszech, który od lat musi żyć w ukryciu pod obstawą policji, gdyż naraził się bossom prowadząc własne śledztwo i demaskując mafiosów).

"Kiedy dojeżdżam do Casal di Principe i widzę otaczające je pola, zachwycam się i wzruszam jak emigranci powracający do kraju. Ale zaraz przychodzi mi na myśl całe to gówno, które tu wyrosło".

Casalese to tożsamość, przekleństwo, pewne cechy, które sprawiają, że łatwiej wpaść w sieć mafii. O tym jest ta książka. O wiecznym rozdarciu - chęci zapomnienia o tym miejscu przy jednoczesnym wewnętrznym imperatywie, by pamiętać i powracać. 

Kto jest chętny zajrzeć w mrok, tego zachęcam do lektury tej niewielkiej, bo niespełna 200-stronicowej pozycji, którą mimo ciężkiego tematu szybko się czyta.

A jeśli to dla Was za przyciężki kaliber, wkrótce znowu napiszę o jaśniejszych stronach Italii. W końcu mamy lato, czas wakacji, odpoczynku i myślenia o lekkich sprawach, a nie o problemach współczesnego świata.

A prestissimo!

poniedziałek, 3 lipca 2017

Witaj lipcu

Dopiero co był maj, obłędnie pachniały bzy. Dopiero co był czerwiec i truskawki na tysiąc sposobów. Nagle patrzę w kalendarz, a już zaczął się lipiec. Pół roku minęło nie wiadomo kiedy. 

Witaj lipcu!


W sierpniu będzie rok odkąd prowadzę ten blog. Przygotowałam już z tej okazji małą niespodziankę.

Faktem jest, że nie mam czasu zabiegać o czytelników, mniejszy tu ostatnio ruch. Cieżko mi z intensywnej doby wykroić jeszcze czas na aktywne przebijanie się w blogosferze - przy dwóch ruchliwych chłopaczkach i intensywnym życiu zawodowym blog schodzi na dalszy plan. A raczej schodzi na dalszy plan pokazywanie się w różnych miejscach w sieci w taki sposób, by ludzie tu trafili.

Z drugiej strony nie piszę dla setek wejść, piszę po prostu. Z potrzeby chwili, serca oraz duszy i niechaj tak zostanie. Ostatnio mniej komentuję na blogach innych, mniej zostawiam swoich śladów. Niech więc trafia w moje skromne progi ten, kto ma tu trafić. Zmiany na blogu nastąpią, ale jesienią.

A najważniejsze jest szczęście i życie zgodne z definicją:


Tymczasem nadszedł luglio. Czerwiec był miesiącem samych dobrych wydarzeń.

1. Wygrałam bilety do Magicznych Ogrodów na blogu Kamili. Jeśli jeszcze nie znacie Jej bloga, zajrzyjcie koniecznie.
2. Zmieniłam błyskawicznie pracę, zmieniam ścieżkę zawodową, wyznaczyłam sobie nowe cele, powoli będę teraz konsekwentnie do nich dążyć. Priorytetem pozostanie język włoski i dążenie do jak najczęstszego używania go.
3. Przeczytałam kilka książek motywacyjnych. Takich nigdy za dużo.
4. Miałam fajne spotkania z pozytywnymi ludźmi.
5. Wpadło mi do głowy sporo pomysłów na blog.
6. Poznałam przez Skype'a Monikę Juniewicz - niezwykle sympatyczną, pozytywną i mądrą kobietę. Zajrzyjcie tutaj.
7. Otrzymałam maila od Pani Małogosi Matyjaszczyk. W ogóle jakoś więcej otrzymuję pozytywnych znaków od czytelników poza samym blogiem, ale to chyba dobrze. Zawsze na pierwszym miejscu będę stawiała kontakt bezpośredni.
8. Przemyślałam metody nauki języka włoskiego na przyszłość, o czym pewnie wkrótce napiszę.
9. Wzięłam udział w przedszkolnym teatrzyku rodziców i pikniku rodzinnym zamykając tym samym wspaniały pierwszy rok mojego przedszkolaka.
10. Mam dużo energii i planów na drugą połowę roku, ale o tym w swoim czasie.

Mam nadzieję, że u Was podobnie - planujecie, realizujecie marzenia i czerpiecie z bycia tu i teraz ile tylko się da.


Lipiec to czas wakacji, ale nie dla wszystkich. Nie każdy wyjeżdża akurat latem. Nie każdy może. 
Spróbujcie popodróżować choć mentalnie, choćby to było tylko palcem po mapie. Od tego zaczynają się małe marzenia, które potem ewoluują w wielkie projekty.

Sycylia, widok na morze w miejscowości Gioiosa Marea
Liczy się ciągła motywacja, praca nad nią, bo przy gorszych momentach ona maleje. Ważne, by ją podlewać naszymi pasjami, marzeniami, celem, który mamy ciągle przed oczami.

A skoro o motywacji mowa, poniżej kilka książek, które mnie ostatnio zainspirowały, nauczyły czegoś nowego bądź przypomniały o tym, co tkwi w nas gdzieś głęboko, a co pędem codzienności zabijamy bądź zagłuszamy.

1. Richard Paul Evans. Drzwi do szczęścia. Uwielbiam książki tego autora, często spisuję jego cytaty i przemyślenia. Tu autor również przytacza cytaty ze swoich powieści, opisuje różne przeżycia, które zdarzyły mu się po coś. Niezwykle wciągająca i inspirująca lektura.


2. Joseph Murphy. Potęga podświadomości. Książka-klasyk, do której warto co jakiś czas wracać i przypominać sobie mądrości w niej zawarte.


3. Meera Lee Patel. Zacznij od dziś. Poznaj siebie. O ile nigdy nie zrozumiem książek w stylu "Zniszcz ten dziennik" (właśnie wyszło nowe, kolorowe wydanie tego dziwactwa), o tyle takie twórcze książki uwielbiam. Motywują, zmuszają do zajrzenia wgłąb siebie i dialogu z sobą właśnie. Dialogu, na który stanowczo za mało przeznaczamy czasu w tym zabieganym świecie. Piękne ilustracje oraz motta autorki/zaczerpnięte przez nią od innych śledzę z przyjemnością na Instagramie.


5. John Acuff. Zawodowo od nowa. O zmianach, wypaleniu zawodowym, momencie utknięcia i poszukiwaniu własnej drogi. O zapale, pasji, szukaniu siebie i swojego przeznaczenia w świecie pracy.


6. Jeff Goins. Poznaj siebie i znajdź swoją drogę. O powołaniu i odnajdywaniu pracy, która jest naszym sensem i spełnieniem.


Takie książki uważam za inwestycję w siebie i nie żal mi na nie pieniędzy. Zakreślam w nich ważne myśli, przyklejam karteczki i co jakiś czas do nich wracam, bo umysł, podobnie jak ciało, jest leniem i trzeba go gimnastykować.

Gdziekolwiek spędzicie lato, otaczajcie się fajnymi ludźmi. Zróbcie sobie internetowy detoks. Poczytajcie dobre książki. Powycinajcie zdjęcia i wyrazy z gazet, które Was inspirują. Lato jest świetną porą na to, by zrobić nowe plany. 

Pół roku mamy za sobą. Dobrze, gdyby druga połowa była równie interesująca, co pierwsza. A nawet bardziej.

Alla prossima lettura!

Tramonto - zachód słońca na Sycylii