wtorek, 29 sierpnia 2017

Rok ma blog


Właśnie dzisiaj mija rok mojego blogowania. Czasem mnie tu więcej, czasem mniej, ale zawsze staram się wkładać w teksty i w zdjęcia serce. Daleko mi do tysiąca wejść dziennie, daleko do dziesiątków komentarzy i świata "wielkich blogerów". 

Nie zabiegałam przez ten rok o reklamę tego miejsca, bo nie to jest moim celem. Wierni Czytelnicy są największą nagrodą i radością. Tacy, o których ja wiem, że czytają, choć nie zostawiają po sobie śladu w postaci komentarzy.

Bywają dni, że nie mam czasu tu przysiąść i napisać. Bywa, że nie mam chwili, by zrobić dobre zdjęcia. A przecież chciałabym zamieszczać tu tylko piękne ujęcia, rzetelne merytorycznie teksty i ciekawe informacje o Włoszech. Codzienność tymczasem bezlitośnie drwi ze mnie, ciągle porywa i nie chce oddać robiąc sobie żarty z moich planów i czyniąc ze mnie zakładnika. 

Czasem zwyczajnie nie mam pomysłu na tekst. Czuję zniechęcenie i wątpię w sens pisania. W końcu "tyle innych ludzi bloguje, po co jeszcze ja miałabym to robić?"

Brak czasu. Zwątpienie. "Przecież inni robią to lepiej". "Inni mają tylu czytelników". "Po co mi to blogowanie? W tym czasie mogłabym zrobić tyle różnych rzeczy! Choćby poczytać więcej po włosku!"

Inni są w tym całym blogowaniu lepsi.

W wielu przypadkach tak jest. Na szczęście w wieku 35 lat doszłam wreszcie do mądrego i jakże pożytecznego wniosku, że nie można się porównywać z innymi. Trzeba być tu i teraz, robić swoje. 

Dlatego piszę. Piszę, bo to jest Moje Miejsce. Moje przemyślenia i moje zachwyty. Mój własny świat. 


Dzięki blogowaniu:

1. Mam możliwość poznawania innych ciekawych ludzi. Choćby tylko w sieci, ale to zawsze inspirujące doświadczenie.
2. Częściej zatrzymuję się i doceniam to, co przynosi każdy dzień, tydzień, miesiąc.
3. Uczę się uważności i spowalniania.
4. Robię dla siebie samej podsumowania każdego miesiąca i wtedy dopiero tak naprawdę widzę, ile dobrego mnie spotyka.
5. Motywuję się i rozwijam.
6. Gromadzę coraz więcej nowych pomysłów na teksty.
7. Wyrywam codzienności te kilka chwil, które są tylko moje.
8. Daję wyraz mojej miłości do Półwyspu Apenińskiego.
9. Chwytam każdą chwilę.
10. I pragnę zarażać innych łapaniem każdego momentu.

Jesteśmy tu i teraz i tylko tu i teraz możemy być szczęśliwi. Nie za rok, nie wtedy, kiedy zmienimy mieszkanie na większe, kupimy szybsze auto czy będziemy więcej zarabiać. Liczy się TERAZ. Właśnie TA CHWILA. Docenianie tego co mamy, a nie ustawiczne koncentrowanie się na tym, czego nam brakuje.

To jest właśnie bella vita. Smakowanie chwili mimo przeciwności. Ufność w jutro i życie dobrym życiem. "Wystarczy mi morze i słońce - kiedy śpiewam i trzymam w objęciach kobietę - żyję dobrym, pięknym życiem" - to tekst starej neapolitańskiej piosenki.

Basta ca ce sta 'o sole, ca c'è rimasto 'o mare, na nénna a core a core, na canzone pe' cantá..., finché c'è il sole, e guardo il mare abbracciando una donna e cantando, faccio la bella vita.

Szukałam znaczenia zwrotu fare la bella vita. Znalazłam: cieszyć się, smakować chwilę, żyć beztrosko, żyć dobrym życiem, doceniać, radować się. 

Tego Wam życzę.


I słusznych priorytetów. Takich jak poniżej:


Z okazji pierwszych urodzin bloga mam dla Was niespodziankę - dwie książki o Włoszech\ związane z tym krajem. Wyślę je jednej wylosowanej osobie. Ale w zamian za coś: za pozostawiony komentarz. Interesuje mnie, co się Wam podoba w blogu, co nie. O czym chcielibyście czytać w przyszłości. I czym jest dla Was bella vita.

Ponieważ cenię zdanie Czytelników, będzie mi miło poczytać, jakie jest Wasze zdanie. Zdanie o bellavitadominika i Wasze pierwsze skojarzenie, kiedy słyszycie słowa bella vita. Wasz sposób na nie.

Poczekam miesiąc i za miesiąc o tej porze wylosuję jedną osobę, do której wyślę upominek. Może dorzucę też drobiazg z Mediolanu? 

Do przeczytania!



PS. Moje pierwsze skojarzenie z bella vita - piękna kobieta w kapeluszu smakująca aperitivo i patrząca na zachód słońca w Positano. Może i skojarzenie banalne, ale radujące moje serce. Wymiennie z wyobrażaniem sobie sielskiego krajobrazu Toskanii i malarza ze sztalugami tworzącego swoje dzieło w tej scenerii. Bella vita to wybieranie kolorowych aromatycznych owoców i warzyw na mercato, picie espresso w znajomym barze i wieczorny szum rozmów w lokalach. To szybki przejazd vespą i spacer w oliwnym gaju. To trzymanie kubka ciepłej kawy zbożowej, stanie na pomoście gdzieś na Warmii i patrzenie, jak budzi się nowy dzień. Gra chmur w spokojnej tafli jeziora. Śpiew ptaków. Nowa piosenka, która wpada w ucho. I uśmiechy moich dzieci, kiedy mnie witają po powrocie z pracy. Pierwszy wspólny mecz piłki nożnej z mężem na stadionie (dobrze czytacie). Spacer po lesie. Jakież plastyczne obrazy można malować w wyobraźni myśląc o bella vita! Spróbujcie.

A presto!

piątek, 18 sierpnia 2017

Krótkie łapane na szybko impresje - Mediolan



Na ile można poznać miasto, będąc tam służbowo? Siedząc do godziny 19:00 w biurze i chłonąc tyle nowej wiedzy, że po wyjściu z firmy mózg niemal paruje?

Wiadomo. Czas masz ograniczony. Nie możesz zwiedzić muzeów, kościołów, zobaczyć spokojnie pewnych wystaw i ekspozycji, bo są już zamknięte. Na to zwyczajnie nie masz szans. Poza tym agosto-sierpień to czas wakacji i we Włoszech wiele fajnych sklepów, barów czy restauracji jest chiuso per ferie, czyli nieczynnych na czas urlopu właścicieli. Masz tylko kilka godzin dziennie do dyspozycji. Załóżmy, że jakieś pięć, bo przecież musisz się jeszcze w miarę wyspać i wstać znowu rześki na ósmą rano do pracy. 

Na tyle różnych rzeczy nie masz szans. Ale ZAWSZE masz szansę na złapanie atmosfery miasta, powłóczenie się bez celu po najbliższej okolicy i wtopienie w miejską materię.

Nie będę opisywała tego, co zobaczyłam posługując się suchymi faktami. Przewodnik każdy może sobie wziąć do ręki, co uczyniłam właśnie PO, a nie PRZED pobytem w Mediolanie.

Mediolan, Milano. Porwał mnie, zauroczył, wchłonął całą i zostawił z żalem, że tak krótko mieliśmy z sobą do czynienia. Krótki intensywny romans, który w przyszłości będzie miał mam nadzieję ciąg dalszy.

Miasto, w którym nie czułam ducha starożytności. Raczej ducha XVI-XIX wieku. Miasto bardziej europejskie, biznesowe. Pełno tu urokliwych kamienic. Urokliwych tramwajów. Ale po kolei.

1. Kontrasty. Sklepy znanych projektantów, gdzie malutka torebeczka kosztuje 4000 Euro, a przed witryną koczują bezdomni. Bardzo dużo ich w mieście, i to nie tylko przybyszów z Afryki czy Azji, ale również samych Włochów. Jakiś czas temu burmistrz miasta naraził się opinii publicznej, bo wydał dyspozycje, by patrole widząc dobytki senzatetto leżące na ulicach zabierały rzeczy - ludzie zostawali bez niczego. Teraz władze miasta są więc łaskawsze i zostawiają bezdomnych w spokoju. To naprawdę mocny widok - sąsiedztwo biedy ze snobizmem i próżnością świata tak zwanej wielkiej mody. Widokiem szejków lub Rosjan z żonami wychodzących ze sklepu Prady czy Versace z naręczem zakupów. Szczerze? Nie zachwyciły mnie kreacje na wystawach. Myślę, że wielu by je ominęło obojętnie, gdyby nie metka, a wiadomo - bez metki nie ma podnietki.


2. Galeria Wiktora Emanuela. Pasaż, deptak z ekskluzywnymi sklepami wielkich projektantów, z kawiarniami, barami i księgarniami. Spacerowałam i podziwiałam architekturę i wspaniałe mozaiki na posadzce. Odwiedziłam słynnego byka - wizerunek na mozaice, gdzie w otwór (genitalia) wkładamy piętę i kręcimy się trzy razy dookoła, co ma nam przynieść szczęście. Czego to ludzie nie wymyślą, by zapewnić sobie przychylność losu. We Florecji dotyka się ryjka dzika, w Weronie prawej piersi Julii. Długo możnaby wymieniać tego typu przykłady.


3. Il Duomo - katedra. Imponująca. Największy gotycki kościół na świecie. Budowano ją 427 lat! Codziennie podziwiałam to cudo, niestety nie udało mi się wejść do środka. Jednego dnia odbywały się tam uroczystości pogrzebowe jakiejś ważnej dla Mediolanu osobistości. W następne dni długie kolejki uniemożliwiły mi czekanie podczas przerwy obiadowej pausa pranzo, która trwała tylko pół godziny. Podobno jeśli nie widziałeś katedry w środku, to tak naprawdę nie byłeś w Mediolanie. Czas będzie to naprawić. Zwłaszcza, że można wejść na górę i podziwiać widok miasta z wysoka.


4. Piazza del Duomo. Plac przed katedrą, gdzie kwitnie życie, a ludziom towarzyszy pełno gołębi - niczym na Placu świętego Marka w Wenecji. Imigranci zaczepiają chcąc sprzedać mydło widło i powidło (na przykład "bransoletkę przyjaźni" lub zapalniczki z napisem I love Milano), a turyści robią tysiące zdjęć. Wspaniałe miejsce.


5. La Scala. O dwa kroki od słynnego deptaku ze sklepami, czyli wspomnianej Galerii Wiktora Emanuela. Minęłam szukając czegoś bardziej okazałego. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ten niepozorny z zewnątrz budynek to słynny Teatro alla Scala. Podobno przepiękne są jego wnętrza. Równie ciekawe historie loży amici del loggione (poczytajcie!) i stałych bywalców, jak i dzieje opery, która kiedyś była miejscem spotkań bogatych rodzin mediolańskich, miejscem schadzek, a nawet hazardu.


5. Sklepy z kiczowatymi figurkami, mydłem, widłem i powidłem - z napisami I Love Milano - szklane kule, popielniczki, pierdołki wszelkiego koloru i maści. Figurki Maryji, Padre Pio i Papieża Franciszka obok figurek piłkarzy i polityków. Niepojęte, że turyści kupują te wszystkie durnostojki! Na marginesie - większość kiosków prowadzą przybysze z Indii (głównie Bengalu) i Pakistanu. A także skośnoocy z różnych cześci Azji. A wszystko made in China. Ot, "oryginalne" pamiątki. Choć przyznam, że sama mam słabość do magnesów na lodówkę i niedługo chyba będę musiała dokupić drugą, bo obecna już się ugina od przywiezionych magneti.



6. Tramwaje. Stare, klimatyczne, tworzące niepowtarzalny obraz miasta. Żółte są niczym te, które jeżdżą po Lizbonie. Najstarsze jeżdżące wagony pochodzą z lat XX i XXX ubiegłego wieku! Muszę następnym razem takim pojechać.


7. Zamek Sforzów. Ceglana siedziba słynnego rodu, wybudowana w XV wieku.



8. Kościółki, dzielnica Brera, pełna bohemy i urokliwych uliczek z lokalami serwującymi choćby tak pyszne potrawy jak kwiaty dyni obsmażane w lekkim cieście i podawane w sosie miętowym. Dużo malarzy sprzedających swe obrazy pod chmurką i wróżka wróżąca z kart przy rozkładanym stoliku turystycznym. Klimatycznie.


9. Piękne okna i architektoniczne detale na każdym kroku. Fasady kamienic, okiennice, balkony, tarasy na dachach. Gra światła i cienia na starych murach.


10. Chwile, dla których warto żyć - caffe corretto ( z domieszką alkoholu - sambuca lub grappa), pyszne lody, i te mniej pyszne, ale chwytliwe marketingowo, bo o smakach "Eros Ramazzotti" czy "Vasco Rossi" (dałam się nabrać). Cukiereczki baci perugina z cytatami w środku, risotto z owocami morza, wizyta w pobliskim barze i przyglądanie się miejscowym wpadającym na espresso i krótkie pogaduszki, wieczorne schłodzone białe wino i cogliere l'attimo fuggente - łapanie tej jedynej, ulotnej chwili, która już nie wróci.

Te chwile już nie wrócą, ale ja pewno tu wrócę. Aby wtopić się w tłum, w rozmowy na ulicach. Aby porozmawiać po włosku i poczuć się jak ryba w wodzie. Aby popatrzeć na piękne wystawy sklepowe. I zobaczyć więcej, choćby Ostatnią wieczerzę Leonarda. 

Dla takich chwil warto żyć! Nawet jeśli są to krótkie łapane na szybko impresje zbierane podczas wyjazdu służbowego.


A na koniec vespy. Po lewej jeszcze w Mediolanie, po prawej - w Warszawie, spotkana dzień po moim powrocie. Którą wybieracie?



I kamienica z warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia. Też mamy klimatyczne miejsca. Wystarczy tylko otworzyć oczy.

CDN.