piątek, 16 grudnia 2016

W moim magicznym domu

Zanim zasypię świątecznymi migawkami, chciałam oddać pokłon kilku rzeczom, które chwilowo z racji pory roku i aktualnej tematyki dekoracyjnej zeszły odrobinę na dalszy plan.

Człowiek tak, ma że jest z natury zbieraczem. Myśliwym. Otacza się przedmiotami. Gromadzi różne dobra. Dają mu one poczucie bezpieczeństwa. 

Niektórzy zbieraczami nie są. Cenią minimalizm. Ja zdecydowanie należę do grupy "Mania Zbierania". Każdy kubeczek, figurka czy świecznik mają swoją historię. Patrzę na nie i pamiętam, co gdzie kupiłam. Od kogo dostałam. Kiedy to było, jaka była wtedy pogoda.

Podobnie jak muzyka i zapachy, przedmioty również przywołują wspomnienia. Wywołują uśmiech na twarzy. Wprawiają w zadumę. I choć mąż czasem mi grozi, że pewnego dnia cały ten wielki zbiór wyniesie, sam w głębi duszy też jest duszą nostalgiczną i nie wyobrażam go sobie w mieszkaniu przypominającym sterylne laboratorium. Rzeczy tworzące klimat muszą być. Kropka.

Dziś będzie krótko o moich kilku przedmiotach-ulubieńcach. Zanim kolejny wpis zasypię zdjęciami choinki, dekoracji i pierniczków, zanim obfotografuję z każdej strony zapakowane już prezenty, złożę jeszcze hołd przedmiotom niezwiązanym z Bożym Narodzeniem. Tak przewrotnie.

Dom to ludzie. A zaraz po nich przedmioty. Zdjęcia w ramkach, porzucony na kanapie koc, filiżanka z resztką kawy. Obrazy, ryciny, figurki, pamiątki rodzinne i te przywiezione z podróży. Ślady obecności. Wyraz naszej osobowości. Jeśli są te ślady, to znaczy, że dom żyje. Oddycha.

Niniejszym rozpoczynam cykl Dziesięć Ulubionych. Będzie o włoskich piosenkach, książkach (nie tylko włoskich), będzie o ulubionych blogach i filmach. Co mnie aktualnie natchnie. Uwielbiam inspirować się ulubionymi rzeczami innych, stąd taki pomysł. 

Startujemy. Dziś o dziesięciu ulubionych przedmiotach w moim magicznym domu.

1. Zdjęcia w ramkach. Śmiać mi się chce, widząc na amerykańskich filmach rzędy ramek na komodach, biurkach. Pewnie tak jest nie tylko w filmach. Im ich wszędzie więcej, tym lepiej. Cały fotoreportaż do obejrzenia na jednej szafce. Ale coś w tym jest. I ma to swój urok. Zdjęcia na ścianach w domu muszą być. Na komodach czy stolikach nocnych również. Budząc się czy idąc na oślep po poranną kawę patrząc na zdjęcia przywołujemy dobre wspomnienia. Stanowczo za rzadko zmieniam zdjęcia w ramkach, a te ostatnie lubią żyć życiem zmienianych w nich fotografii. Czas pomyśleć o wywołaniu nowych migawek.



2. Tablica pubowa Guinness. Piwa o tej nazwie przedstawiać chyba nie muszę. Ukochane mojego męża. Tablica Guinness musiała więc być. Kupiona jeszcze przed ślubem na pchlim targu w Kazimierzu Dolnym. Kilka razy wracałam do handlarza staroci. Ostatecznie myślałam, że w międzyczasie już ją ktoś kupił, ale czekała cierpliwie na nas. Marzy mi się mieć kiedyś okazję odwiedzić prawdziwy irlandzki pub, posłuchać irlandzkiej muzyki na żywo i wypić takiego Guinnessa wlanego do kufla po sam brzeg. Prawdziwy Guinness, nierozcieńczany wodą, jak to niestety często robią w pubach w Polsce ...

3. Skoro jest Guinness, musi być i kawa. Tym razem mój ulubiony napój. La vita comincia dopo una tazza di caffe. Życie zaczyna się po filiżance kawy. Tablica kupiona sobie samej w ramach prezentu przedślubnego. Do pary obok Guinnessa. Powieszone obok siebie tworzą taki pubowo-kawiarniany klimat. A na tablicy goście napisali nam kredą przemiłą laurkę i wisi do tej pory - nie pytajcie, od jak dawna.


4. Plakat Elvisa. Mój mąż wielbi, czci niczym bóstwo. Elvisa, nie plakat. Ten głos! Te ruchy. Ten talent.


5. Plakat Audrey. Ja wielbię. Za elegancję, wdzięk, czar, delikatność. Cały czas na stoliku nocnym czeka do przeczytania książka Oczarowanie.



6. Figurki Buddy. Interesuję się Indiami, a te figurki dobrze mnie nastrajają, choć temat buddyzmu dopiero zamierzam zgłębić. I nie chodzi o modę we wnętrzach na klimaty orientalne, azjatyckie. Że niby czuję się taka na czasie, bo postawiłam sobie Buddę. Na równi lubię figury świątków czy gipsowe Maryje, ale kłóciłoby się to wszystko postawione razem, wybór więc padł na Buddę. Figurka poniżej z prawej, wylicytowana z wypiekami na twarzy ma z tyłu oryginalną lakę w devanagri (pismo hindi). A na drugim zdjęciu zdobycz z TK Maxxa, który bardzo lubię.


7. Filiżanki i talerzyki z niemieckiej fabryki porcelany. Kojarzą mi się z Prababcią, bo miała podobne kolorowe. Te kupiłam za grosze na Allegro. Pochodzą z lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych. 


8. Kubki moje skrzywienie, pasja i namiętność. Aktualnie wyjęłam te z motywem Świąt. I szukam Klubu Anonimowych Kubkoholików ... bo te na zdjęciu to zaledwie kilka sztuk z kolekcji.


9. Tabliczka "Family is life's greatest gift". 


Takie tabliczki uwielbiam. Krótkie mądrości lub

10. Żartobliwe teksty - prezent dla mojego męża od jego teściowej.


Pomyślcie, ile do naszego życia wnoszą przedmioty. Piękne małe dzieła sztuki. Niech nawet będą Made in China (a co teraz nie jest) - jak przywieziony kiedyś przez znajomego Hindusa dla mnie z Indii posążek indyjskiego bóstwa. 

Ważny jest klimat, który tworzą te przedmioty. To, że dobrze na nas działają, inspirują lub uspokajają. Ewentualnie rozśmieszają, motywują, rozwijają, odprężają - niepotrzebne skreślić. Działają na wyobraźnię, bo lubię zastanawiać się, jaką drogę przebyły, kto ich kiedyś używał.

A teraz wyobraźcie sobie, że mieszkacie w laboratorium bez niczego, tylko sama stal i szklane, sterylne blaty.

No i jak? Zbieracie różne rzeczy? Wolicie puste przestrzenie z jedną jedyną super extra designerską grafiką ?

Jeśli o mnie chodzi, to manii (mądrego) zbierania mówię stanowczo TAK!

Dom musi żyć i nas wyrażać.

Wkrótce wpis o trzech wspaniałych książkach dla młodszych dzieci na prezent pod choinkę. 

A potem już tylko klimat Świąt.

6 komentarzy:

  1. no nareszcie coś o mężu było ! Niewiele w prawdzie ale cóż. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Będzie i wpis o Tobie, a raczej o czymś Twojego autorstwa, cierpliwości :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozbawiło mnie zdanie o Twoich zbieractwach" Patrzę na nie i pamiętam, co gdzie kupiłam. Od kogo dostałam. Kiedy to było, jaka była wtedy pogoda"... hihihi! ;)
    Moja droga, kiedyś miałam podobnie, ale z racji że jestem od Ciebie sporo starsza, także... Hmmmmm... Już mam amnezję i co gdzie, oraz kiedy kupiłam, to nie wszystko pamiętam... ;)
    Ale!
    Pamiętam piątek z zeszłego tygodnia, kiedy to wzbogaciłam się o 18-mnasto częściowy komplet białych talerzy! Ty kochana masz manię na kubki, Ja znowu na TALERZE. I za każdym razem przysięgam sobie, że to już już ostatni raz, to są naprawdę te ostatnie. Tym bardziej, że mój niepokój wzrasta, jak patrzę na to co mam już w witrynach (oraz w kuchni). Nie ma co, chyba powinnam się leczyć... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby tylko meć takie choroby :-) Kubki, talerze, piękne obrusy....Kolejnych cudownych talerzy tylko i wyłącznie namiętnie nie kupuję, bo nie mam gdzie ich trzymać, mam swoje ukochane ze sklepu More- był kiedyś taki wspaniały sklep w Warszawie, niestety szybko padł. Podobnie jak dawny Decorador. Teraz tylko wszędzie Home &You, brakuje mi w stolicy fajnych sklepów z przystępnymi cenami...Może i lepiej dla portfela :-) Zabieram się do posta o wnętrzach, dekoracjach świątecznych, a ciagle w kadr wchodzi mi dźwig z budowy pod oknami, echhh.... Zainspirowałam się Twoimi pakowanymi ciasteczkami i zawijam moje w celofan i wstążki na małe przedświąteczne prezenty :-) serdeczności!

      Usuń
  4. Chętnie założę Klub Kubkoholików! nie mam zbyt wielu, ale bardzo lubię te, co mam:)

    OdpowiedzUsuń