czwartek, 20 kwietnia 2017

Poświątecznie

Dziękuję Wam za życzenia pod poprzednim postem. Jak się macie po Świętach? Wzdychacie, przejedzeni żurkiem i ciastami? Krótkie to święta, ale pełne radości. Zostańmy jeszcze chwilę w tym klimacie - poniżej kilka migawek. 

Jajka kolorowane metodą batiku przez moją mamę. Aż szkoda było tłuc te urokliwe skorupki.


Zdolna jest moja mama. Robi cudeńka, choćby to jajo poniżej.


Ceramika z Bolesławca (ta granatowo-biała) na świątecznym stole u moich rodziców musiała być. Cudze Green Gate'y chwalimy, swego nie znamy. A szkoda. Bo ceramika z Bolesławca to już klasyk i nasz towar eksportowy podziwiany daleko za granicami Polski.


Chowam już kurczaczki, zające i pastelowe jajka robiąc miejsce na kwiaty i nowe elementy dekoracji, choćby obraz otrzymany w prezencie urodzinowym od mojej teściowej. Pastelowy hiacynt jakby spod pędzla impresjonisty. Obraz powstał w 1968 roku i według mnie ma to coś.


Chowam nie tylko wielkanocne dekoracje, ale również - z wiadomych względów - nadmiar słodyczy. Czekoladę będziemy mogli jeść najprawdopodobniej przez najbliższe kilka miesięcy bez potrzeby kupowania jej - taki hojny okazał się zając. Może zrobię sobie czekoladową kąpiel ... ? A co! 

Zając oprócz słodyczy przyniósł nam puzzle - mapę Polski i kolorowankę z naklejkami o tematyce typowo męskiej - czytaj "Pojazdy".

Świętowaliśmy pierwsze urodziny młodszego obywatela, który z właściwym sobie entuzjazmem pcha teraz codziennie drewniany pchacz otrzymany w prezencie. Starszy synek też nie pogardził możliwością majstrowania przy pokrętłach. Echhh, mężczyźni.


Czekam na prawdziwą wiosnę, tę ciepłą i słoneczną. Mój starszy synek któregoś ranka wyjrzał przez okno i wykrzyknął "Mamusiu, zima wróciła!". Faktycznie, za oknem padał ... śnieg. Mimo śniegu kwitną już magnolie. W przydomowych ogródkach cieszą oko tulipany i żonkile. A moje oczy cieszą urodzinowe żółte hiacynty, które pięknie rozkwitły.


Już wkrótce nowe wpisy. O Włoszech i nie tylko. O życiu na włoską nutę. O książkach, ciekawych miejscach, moich przemyśleniach i zachwytach. 

A skoro o  książkach mowa - z ostatnio przeczytanych książek bardzo polecam lekkie, a jednocześnie pełne wnikliwych obserwacji i ciekawostek podróżniczych książki Beaty Pawlikowskiej. Dopiero niedawno dane mi było poczytać jej relacje z wypraw i muszę przyznać, że bardzo mi przypadły do gustu. Pisane lekko, żartobliwie, a jednocześnie trafnie i filozoficznie. Na początek polecam Blondynkę nad Gangesem i niesamowitą, bo prawdziwą historię uwięzienia podróżniczki na - podejrzanym jak się okazało - kursie medytacji. 


Pawlikowska opisuje Waranasi - święte miasto dla wyznawców hinduizmu, niesamowity klimat ghatów i ceremonii pogrzebowych, które odbywają się nad świętą rzeką. Przerywnikami w narracji są śmieszne rysunki autorki wraz z komentarzami.


Podziwiam osoby same wybierające się w podróż, zwłaszcza w odległe od nas kulturowo rejony. Nawet w epoce nawigacji, internetu i innych wynalazków wymaga to odwagi. Odwagi, otwarcia umysłu, unikania oceniania i zapomnienia o uprzedzeniach, jakimi jesteśmy często naszpikowani w naszej zachodniej cywilizacji.

Co jakiś czas wspomnę o książkach podróżniczych, zwłaszcza, że kilka z nich aktualnie czytam. A czytam najchętniej i najczęściej wieczorem, kiedy mam chwilę spokoju.

Do przeczytania niebawem!

4 komentarze:

  1. Pięknie u Ciebie! A mnie zachwycił obrus w niebieskie kwiaty *-*
    Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że do mnie zawitałaś. Czekam na Twoje wpisy po długiej przerwie :-)

      Usuń
  2. Ślicznie, pozdrawiam. Lubię podróżować ale książki pdróżnicze to nie moja bajka. Może mnie zachęcisz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuję zachęcić, ale nic na siłę. Ja na przykład nie potrafię przełknąć fantasy. Nie mój klimat i już. Książki podróżnicze są dla mnie namiastką podróży, których nie mogę odbyć - choćby podróże po Tybecie czy po dżungli Amazonki. Zamykam oczy i tam jestem, przy kubku dobrej herbaty / kawy.

      Usuń