środa, 5 października 2016

Ludzka paleta barw


Jeszcze na trochę zostaniemy w Rzymie. Zastanawiałam się, co dla mnie jest najważniejsze w podróżowaniu. Zdjęcia, zabytki, zwiedzanie, smakowanie lokalnej kuchni? A może przywożenie wspomnień i pięknych pamiątek? Tak, to wszystko mamy dzięki podróżom, ale jest coś, bez czego te wszystkie wspaniałe składniki nie stworzyłyby istoty podróżowania.
Ludzie. Kwintesencja.
Bez nich nie miałyby smaku ani zdjęcia, ani wspomnienia, ani to, co sprawia, że wracamy bogatsi z kolejnych wyjazdów.
Ludzie, którzy mają swoją historię.
Albo opowiadają historię kogoś innego.
Ludzie, którzy zainspirują, zaciekawią, zaintrygują, stanowią lokalny koloryt.
Poznałam kilka takich postaci w Rzymie. Każda zapadła mi w pamięć. Dziś o dwóch panach.
Ten pierwszy to doskonale znany Rzymianom Marcel z Piazza Navona.

Drugi - znany tylko mieszkańcom dzielnicy Rione Monti.

Zacznijmy od Marcello Gorgone. Od ponad dwudziestu lat występuje na placu i zabawia turystów. Wywołuje uśmiechy na twarzach przechodniów. Przenosi dzieci i dorosłych w krainę bajek i fantazji. Pochodzący z Palermo artysta, rocznik 1946, zwany Maestro dei burattini (Mistrz Kukiełek) ożywia swoimi palcami laleczki - postacie tańczące najróżniejsze tańce, lalki będące Michaelem Jacksonem czy Charlie Chaplinem. Siwowłosy artysta w nieodłącznym żółtym uniformie od lat jest symbolem placu.
Rozmowny i niezwykle wszechstronny. Malujący urocze akwarelowe obrazki w swoim własnym stylu. Disegni acquerellati disegnati con stile interessante, jak napisała jedna rzymska gazeta. Spójrzcie sami - dziecięcy interesujący styl, kolorowe i wesołe jak sam Marcel.
Autor: Marcel Gorgone

Znający wiele języków, w tym wietnamski. Sypiący złotymi myślami, powiedzonkami i mottami jak z rękawa. Dostałam od niego płytę z dedykacją "Non pretendere la luna se hai gia le stelle !!!" - "Przestań marzyć o księżycu, skoro masz już gwiazdy !!!". A na płycie filmiki o jego teatrze, o zamiłowaniu do kukiełek i ulicznego życia artysty.
 

Najbardziej zdziwiło mnie to, że Marcel mnie zapamiętał. Mnie i moją mamę. Przecież przez Piazza Navona przewija się tylu turystów każdego dnia, tygodnia, miesiąca, roku ... Podczas kolejnego pobytu w Rzymie podeszłam do niego i zagadnęłam, a on na dowód tego, że nas pamięta przypomniał, o czym dokładnie rozmawialiśmy poprzednio.

O Marcelu po wietnamsku - prywatne zbiory artysty
W 2012 roku pojawiła się książka o Marcelu "Il signore delle dita"- można ją było kupić w rzymskich księgarniach. Dla turystów dostępna była również wersja anglojęzyczna "The Lord of the Fingers."

Ze zbiorów Marcela Gorgone

W 2012 roku władze Rzymu chciały pozbyć się ulicznych artystów i Marcello miał swój ostatni występ, o którym wspominała La Repubblica w edycji wydawanej w Palermo. Marcel dice addio a Piazza Navona - głosił tytuł artykułu. Protestowali Rzymianie, protestowali turyści.
Wielki żal i szkoda, bo uliczni artyści to bardzo mądrzy ludzie, żyjący w świecie sztuki, fantazji. Ludzie o innym spojrzeniu na świat, wrażliwi i oryginalni.  Czym są ulice miast bez kataryniarzy, wróżbitów, grajków, artystów? Bez sztukmistrzów, studentów Akademii Muzycznej grających wieczorem pod chmurką na saksofonie czy skrzypcach? Pustymi ulicami.
Czy Marcello teraz występuje na Piazza Navona - nie wiem, ma jednak swój profil na Facebooku i prężnie działa - na pewno w swoim teatrze, który urządził w swoim domu niedaleko Piazza Navona.

Ja z Marcelem w 2009 roku


Ze zbiorów Marcela Gorgone - zdjęcia do filmu o Marcelu
Drugą postacią, którą zapamiętałam jest nonnino Angelino - zwany dziadulkiem. Staruszek przesiadujący całe dnie na schodkach fontanny w dzielnicy Rione Monti niedaleko Koloseum na piazza - placu. Legenda dzielnicy od ponad dwudziestu lat. Pijący tanie wino, zazwyczaj drzemiący lub kontemplujący toczące się wokół życie. Podobno służył w Legii Cudzoziemskiej. Ludzie mówili również, że świadomie zrezygnował z dostatniego życia  i z własnej woli został barbone, senza tetto - bezdomnym. Niektórzy twierdzili, że pochodzi z Wenecji. Wokół jego osoby narosło wiele plotek i domysłów - barwnych opowieści niesprawdzonej treści. Pomagał lokalnym sklepikarzom z dzielnicy przy sprzątaniu czy rozładunku towaru, a w zamian dostawał papierosy i jedzenie.

Mieszkańcy podarowali mu nawet niesprawny już samochód - stał on przy Via dei Serpenti. Samochód służył Angelino do spania. Kiedy wybory prezydenckie wygrał Romano Prodi, auto dziadulka usunięto ze względów bezpieczeństwa  i tak stracił on swój jedyny dach nad głową. Ale miał znacznie piękniejszą miejscówkę - sam Rzym, cielo di Roma - sen pod rzymskim niebem. Do ludzi z dzielnicy wołał  charakterystycznym głosem "Come vaaaa Leiiii?" "Co słychaaaać?" przeciągając sylaby.


Zmarł w 2009 roku. Wszystkie rzymskie gazety poświęciły legendarnej postaci co najmniej kilka linijek, choć nikt poza dzielnicą Rione Monti go nie znał. Na murach rozwieszono nekrologi z informacją o pogrzebie. Przyszedł tłum ludzi, wielu, by zaspokoić ciekawość, kim była ta znana-nieznana barwna postać, o której pisały gazety. Na wieńcach oprócz tradycyjnych wyrazów współczucia widniały napisy "Come vaaaa in Paradiso?" - "Co słychaaaać w raju?"
Taka niepozorna postać, zwykły-niezwykły bezdomny, którego historii tak naprawdę nikt nie poznał. Ludzie snuli domysły, ale stary, przygarbiony Angelino był otoczony aurą tajemniczości do końca.

Ksiądz podczas mszy żałobnej powiedział drżącym ze wzruszenia głosem: "Signore, quando ti raggiungero, nella piazzetta con la fontana del Paradiso, Angelo ci deve essere, capito?". "Dobry Panie, kiedy trafię do raju z jego placem i fontanną, musi tam być Angelo". 


Skąd znam te szczegóły o Angelino? Od innej barwnej postaci, niezwykłego pracownika hotelu, w którym mieszkałam. Niezwykłego, bo okazało się, że zna trochę język polski, ma wiedzę o miejscach w Warszawie, o których ja nigdy nie słyszałam, jest poliglotą ... Długo by pisać.
Na każdym kroku spotykamy niezwykłych ludzi, nieważne, czy jedziemy do Rzymu, czy idziemy na spacer do pobliskiego parku. Ludzie kochają snuć opowieści. Jeśli tylko potraficie słuchać, opowiedzą Wam niesamowite rzeczy - o Powstaniu Warszawskim, o podróży do Indii, o niesłychanych zbiegach okoliczności, jakie im się przytrafiły...
Mówić jest łatwo, słuchać drugiego człowieka znacznie trudniej, ale warto. Bo każda opowieść jest gotowym scenariuszem na film, gotowym tematem do reportażu czy książki. Albo po prostu inspiracją i barwnym wspomnieniem, które wnosi coś nowego do naszego życia.
Jestem pewna, że każdy z nas spotyka takich ludzi. Nie raz, nie dwa, ale wiele razy. Są jak barwna paleta. Unikatowi i niepowtarzalni.


5 komentarzy:

  1. Czytając Twoją opowieść przypomniałam sobie pewien dokument. Opowiadał historie wróżki, która która pomimo sędziwego wieku codzienne czaka na klientele pod krakowskimi Sukiennicami. Intrygująca postać...to prawda że ludzie dodają niektórym miejscom niepowtarzalnego kolorytu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w podróżach uwielbiam - możliwość spotykania różnych ludzi właśnie :-) Takie spotkania wzbogacają i rozwijają.

      Usuń
  2. Hej , przecież to moja "stara" paleta !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aha , jeszcze tylko dodam , że przez krótką chwilę zadrżałem kiedy zaczęłaś Opowieść o dwóch Wlochach poznanych w Rzymie :-))

      Usuń
    2. Obiecuję następnym razem podać autora :-) Zgadza się- to Twoja paleta-sama w sobie jest obrazem :-)

      Usuń