środa, 14 czerwca 2017

Przemycając włoszczyznę


Tęsknię za Italią. Będąc daleko od mojego ukochanego miejsca na ziemi przemycam to, co włoskie do codzienności tu w polskich realiach. Przemycam smaki, zapachy, kolory i dźwięki - posiadają one magiczną moc: są w stanie błyskawicznie przenieść nas w dowolne miejsce na ziemi. Przywołują wspomnienia, obrazy, nasze emocje, jakich doznawaliśmy w odległych geograficznie miejscach. Oto niektóre moje stałe drobiazgi pozwalające mi wpleść odrobinę włoszczyzny w polską codzienność.

Pomidory. Zwłaszcza teraz, w czerwcu, kiedy mają wreszcie zapach i smak, a nie są pomidoropodobną wodnistą gąbką. I słynna sałatka caprese. Trzy kolory włoskiej flagi - czerwień pomidorów, biel mozzarelli oraz zieleń bazylii. Do tego odrobina dobrej oliwy z oliwek, ewentualnie octu balsamicznego i niczego więcej do szczęścia mi nie trzeba. No, może dobrego wina.


I muzyki. Vasco Rossi, Eros Ramazzotti, Il Volo (porównywani do słynnych trzech tenorów, choć według mnie to lekka przesada), Zucchero, Toto Cutugno, Nek, Al Bano & Romina Power, italo disco z Drupi oraz Ricchi e Poveri na czele to tylko kilka z licznych nazwisk włoskiej sceny muzycznej. Włączam płytę i już jestem daleko. Poza tym nie ma lepszej metody nauki języka od słuchania piosenek ze zrozumieniem. Choć przyznam, że nierzadko rymy opierają się na czterech powtarzalnych słowach amore-fiore-cuore-sole


Cytryny. Limoncello. Ewentualnie nasza polska cytrynówka. Otaczanie się przedmiotami przywiezionymi z Włoch. Choćby sycylijskimi kafelkami malowanymi ręcznie kupionymi w Santo Stefano di Camastra. Miasteczko to znane jest z ręcznie malowanych wyrobów ceramicznych (misy, talerze, kafelki, figurki), które można kupić na ciągnących się wzdłuż uliczek straganach. Co roku w sierpniu miasteczko obchodzi festiwal ceramiki. W centrum miasteczka znajduje się muzeum poświęcone temu rękodziełu - muzeum daje podwójną przyjemność: oglądania wspaniałych wyrobów oraz zwiedzania Palazzo Sergio z oryginalnym XVIII-wiecznym wystrojem. 

Kocham sycylijską ceramikę.


Książki. Z fabułą umiejscowioną we Włoszech. Niechby i była ona banalna do bólu i trąciła romansem - ważne, że akcja rozgrywa się pod cielo azzurro Italii. Liczą się zmysły. Poza tym czytam książki o słynnych Włochach. Takich jak Sophia Loren, Fellini, Mastroianni, Bellucci czy Gian Luigi Buffon. Pochłaniam książki o historii, tradycjach. O mentalności Włochów. O idiomach, przekleństwach czy przysłowiach. Do tego książki w oryginale. Nie ma nic wspanialszego, niż czytać w obcym języku. Zwłaszcza tym ukochanym.


Otaczam się zdjęciami. Przywołują wspomnienia i są motywacją, by znowu wrócić do Włoch. By stale szlifować język. Być al corrente - na bieżąco.


Oglądam od czasu do czasu przywiezione pocztówki i czytam korespondencję, którą prowadziłam kiedyś z włoskimi znajomymi. Kto teraz pisze listy....


Lody. Gelato. Jedno z pierwszych słów, którego nauczyłam się lata temu rozpoczynając naukę włoskiego. Coraz więcej lodziarni z prawdziwymi włoskimi lodami (nie mylić z kręconymi świderkami nie mającymi z prawdziwymi pysznymi lodami włoskimi nic wspólnego) otwiera się w polskich miastach. Swego czasu pewien Włoch otworzył małą lodziarnię na warszawskim Nowym Świecie i serwował tam lody o smaku buraka czy ogórka. Spróbowałam nawet lodów o smaku ... kiełbasy. Lodziarnia szybko się jednak zamknęła, oryginalne smaki okazały się za oryginalne na kubki smakowe Warszawiaków, ale faktycznie: sporo Włochów prowadzi w Polsce lodowy biznes. Kiedy wchodzę do takiej lodziarni, szał smaków i kolorów przenosi mnie do tipica gelateria w Italii. Moim faworytem są lody arbuzowe. 


Kawa. Często niestety piję rozpuszczalne nie-wiadomo-co zalane zimnym (brrr...!) mlekiem z lodówki. To jedne wielkie świętokradztwo. Za to potem bardziej doceniam i smakuję prawdziwą kawę. Taką zrobioną w kawiarce lub w dobrym ekspresie ciśnieniowym. Kawa i kawiarniane przesiadywanie przy stoliku, kontemplacja ulicznego zgiełku to coś co uwielbiam. Brak mi tylko lokali z klimatem, w stolicy niestety przeważają sieciówki. 


Wymieniłam tylko kilka akcentów. Kupowanie w sklepach z oryginalnymi włoskimi produktami, samodzielne robienie pizzy, własne zioła ... Jest wiele sposobów, by przemycić włoszczyznę do własnego domu. Albo szczyptę Grecji, Indii czy Meksyku. Miałam kiedyś silne postanowienie organizowania co jakiś czas wieczoru inspirowanego danym krajem. Myślę, że to świetny sposób, by pobudzić zmysły i odświeżyć wspomnienia z podróży. Lub zmotywować się, by taką podróż zorganizować.

CDN.


1 komentarz:

  1. Wiesz, nigdy nie pomyślałam o tym by słynną caprese porównać do włoskiej flagi. Trafne spostrzeżenie.
    Co do muzyki u nas disco italiano najlepiej sprawdza się w samochodzie podczas podróży. Wszyscy ,,śpiewają,, nikt nic nie rozumie... ale ładunek emocjonalny jest ;)

    OdpowiedzUsuń