Strony

poniedziałek, 7 października 2019

Czytam

Moja lista czytelnicza. Nie mająca końca, wciąż rozszerzana o kolejne tytuły, w które chcę się zanurzyć, którym chcę się dać porwać. Jesień sprzyja czytaniu. Im krótsze dni i ciemniejsze wieczory, im gorsza pogoda za oknem, tym chętniej zaszywam się z dobrą lekturą w ręku. Książki kocham miłością bezwarunkową, szaloną i odwzajemnioną. Czas chyba zamrozić portfel, bo co jakiś czas ulegam mojej wielkiej słabości i przynoszę do domu kolejne zakupione pozycje. Wydając pieniądze na książki zacieśniłam jednocześnie również moje relacje z biblioteką, bo ku mojej ogromnej radości znajduję tam mnóstwo tytułów z mojej listy „Do przeczytania”, w tym naprawdę sporo nowości wydawniczych.
Oto moja lista 12 książek na jesień. Listę będę na bieżąco uaktualniać. Część książek już przeczytałam, pozostałe czekają w kolejce.


Joanna Lamparska. Imperium małych piekieł. Wstrząsające śledztwo Joanny Lamparskiej piszącej między innymi artykuły do National Geographic. Książka oddająca hołd więźniom obozu koncentracyjnego w Seniawce – podobozu Gross-Rosen na terenie dzisiejszego Dolnego Śląska. Zbrodnicze eksperymenty medyczne przeprowadzane na więźniach, liczne rozmowy autorki książki z pracownikami IPN, poszukiwaczami skarbów czy lekarzami medycyny sądowej. Niesamowite odkrycia i tajemnicze tunele w podziemiach obozu. Ślady zacierane przez nazistów po przegranej wojnie. Czy w Gross-Rosen działał Mengele? Jakim eksperymentom poddawano więźniów konstruując i testując silniki samolotów Messerschmitt Me 262? Co tam tak naprawdę robiono? Co ukryto? Książka pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi, ale fakty, do jakich dociera autorka pozwalają przypuszczać, że tereny dawnego obozu skrywają niejedną sensację i niewyjaśnione jeszcze kwestie. Warto.


Mario Escobar. Kołysanka z Auschwitz. Pochłonęłam w trzy wieczory. Chwytająca za serce historia Niemki Helene Hannemann, która poświęciła swoje życie dla rodziny wysłanej do obozu w Auschwitz. Oparta na faktach. Kolejna książka literatury obozowej, którą warto przeczytać. Ku przestrodze. By pamiętać. I oddać hołd tym, którzy w szaleństwie i okrucieństwie wojny, w tych strasznych czasach potrafili zostać do końca Człowiekiem. Jedynie na minus za dobra postać doktora Mengele, momentami wydawał się mieć wręcz ludzkie pozytywne cechy. Do literatury obozowej, relacji okołowojennych i fikcyjnych historii osadzonych w tamtych latach trzeba co jakiś czas wracać, by pamiętać o istocie człowieczeństwa i o tym, jakie wszyscy mamy szczęście mogąc żyć w czasach pokoju. Co ważne: czytając książki typu Anioł z Auschwitz, Tatuażysta z Auschwitz czy inne o tej tematyce, których ostatnio dużo pojawiło się na rynku trzeba pamiętać, że nie jest to literatura faktu.


Seweryna Szmaglewska. Dymy nad Birkenau. Literatura faktu. Książka, która porusza serce i duszę, zostawiając w nas już na zawsze jakąś rysę, ból, żal i współczucie. Wśród literatury obozowej to już klasyk, po który powinien sięgnąć każdy z nas. Bestialstwo, upodlenie człowieka, cierpienia, ludobójstwo, wszechobecny strach i tragedie milionów na zawsze zniszczonych istnień zestawione z poetyckimi opisami przyrody. Najczystsza apoteoza życia. Życia mimo wszystko, mimo okrucieństwa i szaleństwa wojny. Prawdziwa relacja byłej więźniarki pokazująca, że można złamać człowieka fizycznie, ale nie psychicznie - o ile ma on moralność i człowieczeństwo w sobie aż do końca. Książka powinna być lekturą obowiązkową. Nie tylko dla Polaków. Ku przestrodze. By pamiętać.


Olivier Guez. Zniknięcie Josefa Mengele. Spora część faktów oraz przypuszczenia, jak wyglądało życie anioła śmierci po wojnie, w Argentynie za rządów Perona sprzyjającego nazistom, gdzie zbrodniarz mieszkał uciekając przed wymiarem sprawiedliwości. Ukrywanie się w Brazylii, Argentynie oraz Peru. Ciekawe pokazanie pościgu zorganizowanego przez Mosad i domysły na temat tego, co działo się w umyśle i psychice zaszczutego i zapomnianego przez upadający nazizm mordercy. Niepojęte, że tylu zbrodniarzy mających na swoich rękach krew milionów istnień ludzkich nie poniosło żadnej kary. Ku przestrodze. By pamiętać. I docenić, że przyszło nam żyć już w innych czasach.


Graham Masterton. Strach ma wiele twarzy. Zbiór opowiadań z dreszczykiem. Mistrz grozy zaskakuje i w każdej ze swoich książek tworzy niepowtarzalny klimat. Czytałam już kilka książek Mastertona i nigdy mnie nie zawiódł. Dla miłośników horrorów absolutny mus. A jesienne miesiące i Halloween jak żadne inne potęgują nastrój lektury. Do Mastertona zawsze wracam jesienią. Przeczytałam już między innymi Festiwal strachu, Panikę i Muzykę z zaświatów. Strach się bać. Dodatkowy plus dla autora za niezwykłą wyobraźnię i często wbijające w fotel zaskakujące zakończenia oraz ciekawe wplatanie wątków historycznych i kulturowych z wielu zakątków świata.


Paulina Młynarska. Beata Sabała-Zielińska. Zakopane odkopane. Zbiór ciekawostek i faktów na temat Zakopanego. Interesujące anegdoty i informacje okraszone często humorem i lekką ironią. Po tej lekturze mam apetyt na więcej, w kolejce czekają już kolejne książki o mieście pod Giewontem. Bo Zakopane to nie tylko Gubałówka i Krupówki, to również, a przede wszystkim bogate podhalańskie tradycje i ludzie, którzy w przeszłości przyczynili się do rozkwitu miasta, jak choćby Tytus Chałubiński czy Stanisław Witkiewicz. Czas rozszerzyć wiedzę typowego cepra i zgłębić fakty z przeszłości.


Magdalena Witkiewicz. Ballada o ciotce Matyldzie. Właśnie czytam. Po przeczytanych Czereśnie zawsze muszą być dwie i Jeszcze się kiedyś spotkamy mam apetyt na więcej. Ciepłe, kobiece i niezwykle mądre książki Pani Magdy podnoszą na duchu i pokazują piękno życia. Autorka posiada niezwykłą umiejętność pisania lekko o trudnych tematach. To dla mnie idealne powieści, zwłaszcza teraz, na długie jesienne wieczory. Ja po prostu płynę przez kolejne strony, a poznawane historie dają mi mnóstwo przyjemności czytelniczej.


Nicholas Sparks. Szczęściarz. O książkach Sparksa słyszał niemal każdy, a ostatnio byłam świadkiem zachwytów nad jego najnowszą powieścią Z każdym oddechem. Czas nadrobić zaległości i zapoznać się z twórczością pisarza, zwłaszcza, że wszystkie dotychczasowe ekranizacje jego powieści odnosiły ogromy sukces, a kilka z nich to moje ulubione filmy jak choćby Pamiętnik, List w butelce czy Noce w Rodanthe. Chwyciłam więc Szczęściarza z mojej ukochanej biblioteki i zaczynam przygodę z pisarzem. Jestem ciekawa moich wrażeń.


Paulina Młynarska. Jesteś spokojem. Cenię za mądrość, odwagę, wnikliwe obserwacje w punkt i wartościowe lekcje podparte własnym bogatym życiowym doświadczeniem. Przeczytałam już Jesteś wędrówką o kobiecej sztuce podróżowania po świecie solo i bardzo mi się podobała. Czas na książkę o poszukiwaniu swojej siły i kobiecości, o doświadczeniach z jogą i drodze do harmonii oraz samoświadomości, które stanowią klucz do prawdziwie szczęśliwego życia. Już przebieram nogami kiedy zaparzę sobie dobrej herbaty w ulubionej filiżance i zacznę czytać.


Zakochane Zakopane. Zbiór siedmiu opowiadań mających wspólny klucz – miejsce akcji w mieście pod Giewontem. Miłość w Zakopanem. Ale nie ta z piosenki Sławomira. Miłość dopiero rozkwitająca, dojrzała, zaskakująca, ale również ta niespełniona. Fabuła osadzona w jednym z moich ulubionych miast w okresie okołoświątecznym i noworocznym. Czego chcieć więcej? Aż ciepło się robi na sercu.  Lubię od czasu do czasu sięgać po tego typu zbiory opowiadań różnych autorów, a tu znalazłam między innymi nie tylko opowiadania wspomnianej już Magdaleny Witkiewicz, ale również Agnieszki Krawczyk, Krystyny Mirek czy Anny Niemczynow. Polskie autorki tak zwanej literatury kobiecej nie zawodzą. Jestem pewna, że również ten zbiór mnie nie rozczaruje, a przyniesie wiele radości z czytania i otuli ciepłymi emocjami niczym koc.


Frederic Lenoir. Dusza świata. Mała niepozorna książka kupiona za grosze w składzie tanich książek oczarowała mnie i porwała. Francuski pisarz, filozof i socjolog stał się fenomenem czytelniczym w swoim kraju, a jego książki przetłumaczono na wiele języków. Magiczną powieść czyta się w dwa wieczory, jednak warto co jakiś czas do niej wracać. Mądrości największych tradycji duchowych ubrane w prostą uniwersalną fabułę. Jak być dobrym człowiekiem i żyć ponad podziałami tworzonymi przez systemy religijne. Polecam.


Gwen Shakti. Twórcza wizualizacja. Wykorzystaj moc wyobraźni i zamień marzenia w rzeczywistość. Poradniki i spora dawka motywacji oraz inspiracji to absolutny must be na mojej uaktualnianej na bieżąco liście. W książkach tego typu zaznaczam ważne dla mnie fragmenty, by móc potem do nich wracać. Również ta niepozorna, licząca sobie zaledwie 176 stron książeczka zapełniona została przeze mnie karteczkami znacznikami. Bardzo przystępnie napisana, z mnóstwem przykładów ćwiczeń do wykonania jest wartościowym poradnikiem nie tylko o technikach wizualizacji, ale również o sztuce medytacji, afirmacjach czy tworzeniu mapy marzeń. „Twoje życie to Twoje dzieło sztuki”. Niby to wszystko wiemy, niby zdajemy sobie sprawę z tego, że naszymi myślami kształtujemy naszą rzeczywistość i że to, o czym myślimy, przyciągamy, ale książek o umiejętnym i skutecznym tworzeniu obrazów w wyobraźni w taki sposób, by nabierały mocy w świecie rzeczywistym nigdy dość. Z pewnością będę do tej książki wracać, zwłaszcza, że czeka mnie wykonanie własnej mapy marzeń.
 
Jak tam Wasza przygoda z czytaniem jesienią? Jestem ciekawa Waszych czytelniczych odkryć.

środa, 2 października 2019

Pokochaj jesień


Mamy już październik, na dobre pożegnaliśmy lato i powitaliśmy cieple jesienne swetry, grzańce, podgrzewacze z olejkami i pumpkin spice latte. Kocyk, herbata i książka (KHK) to ostatnio mój najbardziej pożądany zestaw na coraz bardziej ponure wieczory. Dążę do tego, by wprowadzać w życie rytuał KHK wieczorami. W gotowości stoją już u mnie syrop z palonego imbiru, rum czy konfitura z dzikiej róży. Zakupiłam aromatyczne świeczki o cudownych zapachach. Październiku – bądź dla nas dobry!

Kiedyś nie przepadałam za jesienną aurą. Teraz ją lubię, odkryłam jej nieodparty urok. Tak naprawdę doceniam każdą porę roku, każdą pogodę, również tę ze stalowo-ołowianym niebem zasnutym ciężkimi chmurami. To chyba kwestia wieku, wdzięczności za wszystko i doceniania każdej, ale to naprawdę każdej chwili. O ile lepiej jest zachwycać się wszystkim i we wszystkim widzieć nowe możliwości i doświadczenia, zamiast oddawać narzekaniom. Przywitałam ciepłe szale, buty i rękawiczki.

"Pokochaj jesień"

Spróbuj pokochać jesień
z niesamowitymi urokami
Spójrz ile piękna niesie
obdarzając cię nowymi dniami.

Kolorowo jak wiosną
barwne liście ostatki zieleni
Dadzą chwilę radosną
twą szarość życia mogą odmienić.

Wieczór szybciej nastaje
słońce też znika wcześniej niż latem
Lecz nowe czy nie daje
chwile spokoju skorzystaj zatem.

Tadeusz Karasiewicz

Zewsząd zaczynają spozierać na nas dynie, wrzosy i chryzantemy. Liście wybarwiają się na odcienie żółci i czerwieni, chodzimy zbierać kasztany i planujemy już kolejną wycieczkę na farmę dyń.

Tymczasem sporo z wrześniowej listy przeżyć udało nam się zrealizować. I choć organizatorzy przesunęli niestety w ostatniej chwili termin jazzu na słynnych Kalatówkach o tydzień i nie posłuchaliśmy jam session z góralami, na który tak się nastawiłam, udało nam się w Zakopanem złapać trochę jesiennego górskiego klimatu i widoków.



Jazzu z góralami pozostaje mi posłuchać w internecie.

Zamiast jazzu była więc wędrówka do najwyżej położonego hotelu w Polsce (1198 m n.p.m.). Był grzaniec i pierogi z bryndzą na Krupówkach, słuchaliśmy góralskiej muzyki i zdobyliśmy o własnych siłach Gubałówkę. Była zyntyca z glinianego kubasa i świeże oscypki w małej bacówce.


Pochodziłam nostalgicznie po cmentarzu na Pęksowym Brzysku. Cmentarz ten wraz z kościółkiem zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nazwa cmentarza pochodzi od Jana Pęksy, darczyńcy ziemi oraz brzyzku, który w gwarze góralskiej oznacza urwisko nad potokiem. Pierwszy, najstarszy w mieście cmentarz został założony w drugiej połowie XIX wieku przez pierwszego zakopiańskiego księdza, Józefa Stolarczyka.

Pospacerowałam w zadumie wśród ponad pięciuset nagrobków cmentarza, na którym pochowani zostali zasłużeni dla miasta, Tatr oraz Podhala. Byłam na grobach między innymi Kornela Makuszyńskiego, Sabały, Tytusa Chałubińskiego, Stanisława Witkiewicza, Kazimierza Przerwy-Tetmajera i Macieja Berbeki. 



Na licznych nagrobkach widziałam słynne nazwiska góralskich rodów takie jak Pęksa czy Gąsienica. Z 500 nagrobków połowa to zasłużeni obywatele. Pod koniec 1931 roku cmentarz został wpisany do rejestru zabytków, co oznaczało, że każdy pochówek od tej pory wymagał specjalnej zgody konserwatora zabytków. 


Dziś wiele nagrobków wymaga renowacji, a podczas mojej wizyty część z nich była ogrodzona specjalnymi taśmami – mam nadzieję, że władze miasta otoczą opieką tak cenne miejsce, bo jest wyjątkowe. Sam przycmentarny kościółek przy ulicy Kościeliskiej pochodzi jeszcze z 1847 roku, a jego wnętrze sprzyja zadumie i wyciszeniu.


Lubię spacerować po cmentarzach jesienią, o czym pisałam już tutaj - kiedy opadające liście sprzyjają zadumie o przemijaniu kontempluję kamienne anioły i napisy na nagrobkach oddając się refleksjom i pamięci o zmarłych - zarówno tych znanych mi jak i nieznanych. Lubię ten niepowtarzalny zapach przemijających liści i wilgotnej jesiennej ziemi unoszący się w powietrzu. Dziś z całą stanowczością mogę stwierdzić, że naprawdę uwielbiam jesień. Ma w sobie mądrość, z której powinniśmy czerpać.



Wracając do cmentarza: tu każdy niemal nagrobek to niepowtarzalne dzieło sztuki – zobaczymy więc kapliczki, liczne motywy podhalańskie, malowidła na szkle i rzeźby  w drewnie. Wiele z nich powstało w pracowni Władysława Hasiora (kiedy jeszcze uczył w Liceum Technik Plastycznych w Zakopanem). 

Tu nadal unoszą się duchy zasłużonych miastu ludzi – bez ich dokonań nie podziwialibyśmy dziś niepowtarzalnej atmosfery miasta i słynnego stylu zakopiańskiego. Jak to fajnie napisała Paulina Młynarska w swojej książce „Zakopane odkopane”: "Jeśli prawdą jest, że kto pokocha jakieś miejsce, zostawia tam na zawsze kawałek siebie, to w Zakopanem cząstki wspomnień i myśli unoszą się w powietrzu tak gęsto, że czasem trudno wytrzymać". I coś w tym faktycznie jest. A cmentarz to faktycznie hołd oddany zmarłym, niemal galeria pod gołym niebem, unikalne nagrobki jakże inne od bezdusznych współczesnych płyt.


Kaplica na Jaszczurówce, słynna willa Oksza czy widok na Giewont oświetlony pierwszymi promieniami słońca – nie ma takiego drugiego miejsca na ziemi. Zostawiam Wam kilka zdjęć.



Pora pożegnać Zakopane i obiecać sobie powrót wiosną lub latem. Zostaje wielki niedosyt i książki o mieście do przeczytania, które cierpliwie czekają w kolejce i o których niebawem wspomnę.

Tymczasem tworzę swoją październikową listę przeżyć i oddają się wspomnieniom o Zakopanem i wieczorach spędzonych w domku pod Gubałówką przy kominku z parującym kubkiem góralskiej herbaty z prądem w ręku. Taki kominek chętnie bym powitała i u siebie w mieszkaniu … Tylko gór z okna bym nie widziała niestety …


Moje plany na październik:

  1. Zrobić tartę dyniową.
  2. Obejrzeć straszny film w ramach wieczoru Halloween.
  3. Kupić jesienny sweter.
  4. Obejrzeć z chłopcami filmy Coco i Salma w krainie dusz.
  5. Pojechać na farmę dyń.
  6. Przeczytać „Strach ma wiele twarzy” Grahama Mastertona i jeszcze coś tego autora (obowiązkowo przed Halloween wracam do książek tego pisarza, ten to ma wyobraźnię! A ja lubię się pobać, gdy za oknem jesienne deszcze i wichura. Choć potem człowiek się boi zejść sam do piwnicy, jak się naczyta Grahama).
  7. Pójść na jesienny spacer do lasu.
  8. Przeczytać książki o Zakopanem.
  9. Odkrywanie muzyki: Stanisław Soyka i Stanisława Celińska (idealni na jesienne wieczory)
  10. Wiedza o Włoszech: Sophia Loren i filmy z nią.
  11. Zrobić kakao z piankami.
  12. Zrobić dekoracje na Halloween z chłopcami.
  13. Upiec jesienną szarlotkę.
  14. Zrobić bukiet ze skręcanych liści.
  15. Uszyć materiałową dynię.
  16. Pójść do teatru.
  17. Zrobić oryginalną rozgrzewającą zupę.
  18. Wywołać zdjęcia z sierpnia i września.
  19. Napisać samodzielnie wiersz o jesieni.
  20. Zrobić samodzielnie jesienny wieniec z wykorzystaniem żołędzi, szyszek, kasztanów i kleju na gorąco.

wtorek, 17 września 2019

Meglio fare le corna! Lepiej odpukać w niemalowane!


„Bycie przesądnym to ignorancja, ale niebycie przesądnym przynosi pecha” Eduardo de Filippo.

Włochy są niezwykłym krajem, podzielonym nie tylko kulinarnie, geograficznie czy językowo. Również przesądy dzielą bel paese. Lubię czytać o superstizioni italiane, czyli włoskich zabobonach. Za każdym razem dowiaduję się czegoś nowego. Wiele z nich sięga czasów średniowiecza, albo jeszcze dawniejszych, bo wczesnochrześcijańskich, greckich czy etruskich. Tak naprawdę wszystkie elementy łączyły się, mieszały i ewoluowały na przestrzeni wieków tworząc niezwykłą mieszankę i ciekawy obiekt do badań dla kulturoznawców, socjologów czy antropologów.

Dziś – tylko na początek, bo to temat rzeka – kilka zwyczajów związanych z Neapolem (i nie tylko).

Kiedy przyjechałam do Neapolu, miasto oszołomiło mnie, wchłonęło. Nigdzie indziej sacrum nie miesza się z profanum w takim stopniu, jak ma to miejsce w Neapolu. Bo obok religijnych kapliczek, o których wspominałam już w poprzednich wpisach, spotkamy tu kapliczki Maradony czy słynną smorfia neapoletana.


Smorfia. To nic innego jak próba przetłumaczenia snów na język liczb. Aby sobie pomóc w interpretacji, Neapolitańczyk kupuje opasłą księgę snów i numerów i interpretuje lub prosi kogoś o interpretację tego, co mu się przyśniło. Po spisaniu konkretnych numerów idzie je obstawić w Lotto bądź w innych grach losowych. 

W całych Włoszech można zakupić Il grande libro della Smorfia napisaną po włosku, jednak ta prawdziwa, oryginalna napisana jest w dialekcie neapolitańskim i ma wieloletnią tradycję. Starsze wydania są w większości obrazkowe – w końcu jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość graczy stanowili analfabeci. Smorfia została zalegalizowana we Włoszech w 1743 roku przez ówczesnego króla Neapolu, Karola III. Legalizacja sprawiła, że ogromne wpływy z gier zaczęły wpływać do kasy państwa.


Każda z 90 cyfr lotto ma swój symbol, a raczej pod każdym symbolem figuruje jakaś cyfra. Co ciekawe, współcześnie można skonsultować swoje sny on line choćby na stronie lottomaticaitalia.it wpisując tam to, co nam się przyśniło. 

Możemy wybrać pomiędzy tradycyjną smorfią neapolitańską mającą swoje korzenie w ludycznych tradycjach popolo napoletano albo tą współczesną, która łączy najróżniejsze wersje zebrane z całych Włoch i modyfikowane na przestrzeni lat. Wersje różnią się między sobą, jednak tą najprawdziwszą zawsze pozostaje smorfia napoletana wydana pod postacią wspomnianej opasłej księgi.


I tak na przykład: śniła mi się ścieżka, którą szłam. Słowo „ścieżka” przypisane jest cyfrze „7”, oznacza to więc, że jedną z cyfr do obstawienia przeze mnie będzie siódemka. 


To oczywiście spore uproszczenie wersji on line, bo tradycyjny Neapolitańczyk skonsultuje swój sen z osobą znającą się na numerologii. Taka osoba (najczęściej znany od lat i zaufany sprzedawca kuponów lotto) wypyta szczegółowo o to, kto lub co jeszcze pojawiło się jeszcze w naszym śnie, jakie mamy relacje z miejscem lub osobą, która nam się przyśniła czy jaka jest nasza obecna sytuacja życiowa. Dopiero kontekst pozwoli mu wskazać nam numery do obstawienia. Taka rozmowa przypomina mocno seans para-psychologiczny, a cel jest jeden – wygrać w grach losowych.

Wracając do wpisanej dla przykładu „ścieżki” – w  tradycyjnej smorfi pod numerem 7 figuruje …nocnik.

Nowoczesna smorfia wiele dorzuciła uaktualniając symbole i dodając nowe osadzone we współczesnych realiach. I na przykład dziesiątka według tradycyjnej smorfi neapolitańskiej to fasola, ale również wspominany wcześniej we wpisie Diego Maradona, który nosił koszulkę z tym numerem. Numer 30 to … jądra porucznika ?! – (Włosi to mają fantazję). Wiele jest w smorfi podtekstów seksualnych, motywów religijnych (choćby numer 13 - święty Antoni, 85 – dusze czyśccowe, 8 – święta Madonna) czy elementów należących lokalnych tradycji (75 – Pulcinella).

Dla znających włoski i chcących poczytać w dialekcie neapolitańskim – zajrzyjcie tutaj – znajdziecie cyfry od 1 do 90 i to, do czego się odnoszą.

Do historii kinematografii przeszła słynna scena z filmu Così parlò Bellavista, nakręconego na podstawie książki słynnego, zmarłego w lipcu tego roku Luciano de Crescenzo (wnikliwy obserwator Neapolu i autor świetnych zdjęć miasta z dawniejszych czasów, które już bezpowrotnie przeminęły – o nim innym razem). W słynnej scenie dwie siostry, kupując los, opowiadają sen jednej z nich (Ja gram w lotto, ale nigdy nic mi się nie śni, więc wieczorem idę do mojej siostry i mówię: Carmelli’, wyśnij coś, to jutro zagram o pięć tysięcy lirów). Sprzedawca kuponów lotto długo dopytuje, czy wyśnieni dwaj policjanci szli piechotą czy na koniach, w Afryce czy z trąbką. Wspomagając się smorfią, naturalnie.

Słynny corno napoletano / cornetto rosso / cornetto portafortuna.

Czerwony rożek przypominający paprykę chili, wszechobecny w Neapolu symbol powodzenia i szczęścia. Na stoiskach z pamiątkami najczęściej do kupienia pod postacią breloczków i wisiorków, ale również magnesów na lodówkę, ozdób i innych durnostojek wszelakiej maści. Ten prawdziwy powinien być wykonany z korala, a nie plastiku, musi być twardy i ostry, a co najważniejsze - powinniśmy go od kogoś otrzymać, a nie kupować sobie sami. Tylko wtedy przyniesie nam szczęście. 

Skąd się wziął? Najprawdopodobniej z czasów prehistorycznych, kiedy to rogi zwierząt wieszano nad wejściami do chat, by odganiać zło. Róg symbolizował życie i moc twórczą, nawiązywał więc do symboliki fallicznej, To nie tylko symbol Neapolu, ale również najbardziej znany z włoskich amuletów. Czerwonymi rożkami zaczęto najprawdopodobniej handlować już w średniowieczu.


Inny neapolitański może nie zabobon, a zwyczaj to zawieszki z okazji narodzin dziecka – w postaci maskotek i kokard, swego rodzaju kotylionów w kolorze niebieskim lub różowym, w zależności od płci urodzonego dziecka. Zawieszane na bramach, drzwiach, wiele z nich widziałam w Quartieri Spagnoli, niektóre już mocno sfatygowane wiszą od dłuższego czasu. To takie typowo neapolitańskie obwieszczenie sąsiadom z okolicy o przyjściu na świat nowego członka rodziny.

Ale nie tylko Neapol ma swoje przesądy. Część przesądów znana jest we Włoszech niezależnie od regionu, podobnie jak u nas w Polsce omeny typu przebiegający nam drogę czarny kot, napotkany kominiarz czy stawianie torebki na ziemi.
To według Włochów przynosi pecha:
  • Piątek 17-stego – to odpowiednik naszego 13-stego. Wynika z rzymskiego zapisu liczby 17: litery XVII po przestawieniu tworzą słowo VIXI (łacińskie żyłem” w czasie przeszłym dokonanym, a więc „umarłem”). Przesąd zakorzeniony jest do tego stopnia, że w wielu hotelach nie ma pokoju nr 17 (potwierdzam – doświadczenie z hotelu na Sycylii), a kiedy francuska fabryka Renault wyprodukowała model o nazwie R17, we Włoszech wprowadzono go na rynek dopiero po dodaniu jeszcze jednej siódemki. W połączeniu z piątkiem – datą śmierci Jezusa – ten dzień jest trwogą wszystkich Włochów. W piątki 17-stego specjalny komitet CICAP (Comitato Italiano per il Controllo delle Affermazioni sulle Pseudoscienze), będący częścią European Council of Skeptical Organizations (ECSO), często organizuje imprezy mające na celu „odczarować” mit tej daty.
  • Przechodzenie pod drabiną. Rozłożona na ziemi tworzy w ten sposób trójkąt symbolizujący Trójcę Świętą. Jeśli zaburzamy porządek tej figury geometrycznej, przecinając ją, wzbudzamy gniew samego Boga… (u nas również zaobserwowałam ten przesąd)
  • Otwieranie parasola w domu przynosi pecha. W czasach średniowiecza kapłani przychodzili do domu umierających, gdzie nad głową chorego rozkładali czarny baldachim. To samo – kładzenie płaszcza na łóżku – ksiądz przychodził z ostatnim namaszczeniem i kładł płaszcz na łóżku umierającego.
  • Zakazane jest wynosić chorego na noszach nogami przodem – to zły omen, oznacza, że chory już nie wróci do domu (tak właśnie - nogami do przodu wynoszono zwłoki z domostw)
  • Pod żadnym pozorem nie można kłaść kapelusza lub szalika na łóżku! (nie wiem, dlaczego)
  • Ani hodować w domu ptaka. Do sprawdzenia. U nas jeśli gołąb na nas "narobi", mówi się, że to na szczęście, podobnie jak wdepnięcie w psią kupę. W dawnych czasach, kiedy w mieście odbywał się spektakl, zabrudzone końskimi fekaliami ulice świadczyły o sporej frekwencji widzów i przyjezdnych - do dziś życzy się aktorom przed spektaklem powodzenia mówiąc "merda". Z naszych przesądów: kiedy aktorowi upadnie przed występem kartka z tekstem roli, musi ją przydepnąć, by już na scenie tekst nie uciekł mu z głowy.
  • Nie wolno zbierać pawich piór! (podobnie jak u nas)
  • Absolutnie zakazane jest podarować komuś parzystą liczbę kwiatów (w szczególności chryzantem, które kojarzą się z pogrzebem)
  • Nie wolno nikomu dawać broszek, chusteczek do nosa i ostrych przedmiotów (przynoszą smutek i straty oraz kończą przyjaźń). Podobnie nie wręcza się w prezencie pustego portfela.
  • Nie wolno pod żadnym pozorem wracać z pogrzebu tą samą drogą, którą przywieziono trumnę (aby zmylić zmarłego i zapobiec powrotowi jego duszy na ziemię)
  • Wieszanie korony z czosnku - przynosi szczęście. Od dawien dawna utrzymuje się, że zapach czosnku odstrasza wampiry, czarownice i złe duchy. W Odysei Homera Ulisses ucieka przed złym zaklęciem czarownicy Kirke właśnie dzięki czosnkowi. W starożytnej Grecji wieszano czosnek również w izbie, w której odbywał się poród – na dobry początek drogi noworodka. Zwyczaj wieszania całego wieńca czosnkowego w domach przetrwał w krajach śródziemnomorskich do dzisiaj. Będąc w Neapolu nieraz widziałam warkocze czosnku wywieszone w oknach. "Chi non compra l'aglio il giorno di San Giovannie' povero tutto l'anno!" - "Kto nie kupi czosnku 24 czerwca, w dzień świętego Jana, będzie słaby i chorowity cały rok!" - mawia się w Neapolu. Wiadomo - czosnek posiada liczne właściwości zdrowotne, jest symbolem siły i witalności.
  • Aby zapewnić sobie szczęście, należy w rozlanym winie zamoczyć palec wskazujący i posmarować się za uchem (!)

Oraz kilka zwyczajów przy stole…

  • Nie rozsypuj soli! Ten przesąd również bierze się z kultury antycznej: sól była wówczas bardzo cennym towarem – żołnierze dostawali wypłatę pod jej postacią (stąd słowo salario). Była też spoiwem łączącym przyjaciół – zawsze wysypana pośrodku stołu (w ten sposób mogli z niej korzystać wszyscy przybysze). Mówi się, że pewnego dnia jeden z gości przy stole wywrócił puchar z solą. Gospodarz tak się wściekł, że w szale wyciągnął szablę i zabił jegomościa. Dziś praktykuje się łagodniejsze sposoby odczarowania nieszczęścia: gdy wysypiesz sól, weź szczyptę i wyrzuć za lewe ramię – w ten sposób oślepisz czyhającego tam diabła. Aby zapewnić sobie dobrą energię w domu należy sprzątać podłogi myjąc je wodą z dodatkiem soli. Nie zaszkodzi też rozłożyć w rogach pomieszczeń woreczków z solą - sól konserwuje, odgania złe wibracje, oczyszcza.
  • Kiedy podajesz sól współbiesiadnikowi, połóż ją na stole tak, żeby sam mógł po nią sięgnąć – nigdy nie podawaj z ręki do ręki!
  • Rozlanie oliwy przynosi pecha. Oliwa jest bardzo cenna, dlatego trzeba jej pilnować.
  • Lepiej nie siadać do stołu w 13 osób. Ten przesąd odwołuje się do Ostatniej Wieczerzy, do której zasiadł Jezus i 12 apostołów. Jak wiadomo, po wspólnej kolacji Jezus został zdradzony przez Judasza i ukrzyżowany. Jeśli więc siadacie do stołu w takiej konfiguracji – pamiętajcie, że śmierć czyha na tego, kto pierwszy wstanie od stołu czy też na biesiadnika nr 13. Jest jednak prosty sposób na przegonienie złego ducha: podobnie jak w Wigilię, należy dostawić nakrycie dla 14-tego gościa.
  • Nie kładź sztućców na krzyż. Przywołuje to śmierć Chrystusa, a kolejnego symbolu Męki Pańskiej i śmierci należy unikać.
  • Nie kładź chleba wierzchem w dół - to zły omen.
  • Nie składaj serwetki w ten sam sposób, w którym ją zastałeś/zastałaś.
  • Nie graj w karty ani inne gry przy stole z obrusem.
  • Nie przysuwaj krzesła do stołu, kiedy od niego odchodzisz.
  • Zawsze nalewaj napój do pełna – bez względu na to, czy jest to sok, czy wino
  • Słynne włoskie fare le corna - okazywanie gestu rogów” (palec wskazujący i mały do góry, reszta schowana pod kciukiem), chroniącego przed złymi urokami. Dawniej na drzwiach domów, restauracji, sklepów itd. wieszano wspominane już wcześniej rogi byków i kozłów.

W naszej kulturze też by się znalazło sporo przesądów. Podejście "Non ci cridiri ma guardati", czyli "Nie wierz, ale uważaj" również nam, Polakom nie jest obce. W końcu zawsze lepiej odpukać w niemalowane...

CDN.



niedziela, 1 września 2019

Pożegnanie sierpnia


"Przez ostatnie 33 lata, każdego poranka patrzyłem w lustro i pytałem się siebie: „Gdyby dzisiaj był ostatni dzień mojego życia, czy chciałbym robić to co dzisiaj mam zamiar zrobić?”. I jeśli kiedykolwiek odpowiedź brzmiała „nie” przez zbyt wiele dni z rzędu, wiedziałem, że muszę coś zmienić". 

Steve Jobs.

Jak mijają Tobie dni? Ile z nich wyciskasz dla siebie? Co robisz dla własnego rozwoju? Oddajesz się jakiemuś hobby, a może zapomniałeś co to słowo oznacza? Podejmujesz się różnych wyzwań? A może już od dawna spędzasz czas po pracy na kanapie  - z nieodłącznym pilotem w ręku chłonąc bezmyślnie telewizyjną papkę i pomstując na głupotę polityków? 

Ile średnio czasu dziennie spędzasz przeglądając media społecznościowe i oglądając pozowane zdjęcia innych? Pamiętasz, że to sztucznie wykreowana rzeczywistość? A może myślisz: „Oni są takimi szczęściarzami – śniadania z misternie ułożonym awokado, dni spędzane na najpiękniejszych egzotycznych wyspach, wieczory z kieliszkiem w dłoni i nieodłącznym pięknym białym uśmiechem. I jeszcze im za to płacą! Ci to mają życie!” Ale czy ten ich uśmiech jest szczery?


Instagram to największa fabryka ułudy. Na reżyserowane zdjęcie, które właśnie poniżej podziwiasz, często pracuje się cały dzień (tak, cały dzień!) i jest to efekt odpowiedniego ustawienia, kąta, oświetlenia i oczywiście filtrów.



Nie wierzycie? Spójrzcie na zdjęcia poniżej. Znana vlogerka z Amsterdamu, Rianne Meijer, ma ponad 300 tysięcy obserwujących i całe mnóstwo wspaniałych zdjęć pokazujących jej modne życie w podróżach, ale jak udowadnia (zresztą z dużym dystansem do siebie samej i z przymrużeniem oka), kluczem do sukcesu i pięknych zdjęć wzbudzających nierzadko zazdrość jest odpowiedni kąt ujęcia i oczywiście obróbka.


Niesamowite? Takich przykładów w internecie jest dużo więcej, poszperajcie.

A Ty? Co z Twoim życiem TU i TERAZ? Ono nie zacznie się na egzotycznej plaży w cieniu palm kiedyś tam. Ono trwa W TEJ CHWILI. Nie zmarnuj tej chwili. 


Co każdego dnia robisz DLA SIEBIE? Dla swojego zdrowia? Dla bliskich? Kiedy ostatnio przeczytałeś jakąś książkę? Wiersz? Obejrzałeś naprawdę wartościowy film? Albo posłuchałeś muzyki, tak prawdziwie, świadomie, nie jednym uchem stojąc w korku i patrząc nerwowo na zegarek? Kiedy tak szczerze się wzruszyłeś? Odnalazłeś w sobie dziecko i dziecięcy zachwyt nad światem? Doceniłeś to, co masz, nie patrząc z zazdrością na instagramową ułudę? 

Narzekasz na TEN KRAJ? Bo W TYM KRAJU nie ma godziwej pracy dla porządnych ludzi z wykształceniem i panuje nepotyzm oraz pochwała bylejakości? Zjada cię frustracja? Zazdrość? Zniechęcenie? Brak perspektyw i koszty życia zabierają ostatnie pokłady dobrej energii, a marzenia rozwiewają się jedno po drugim w nicości stagnacji?

ŻYJESZ czy też wegetujesz w rutynie dnia codziennego?

Prawdziwe życie jest offline.

Życie.

Z życia mamy tyle, ile sami wyciśniemy. Ile sami sobie zaplanujemy i przeżyjemyNa ile się odważymy. Bez zawiści i zazdrości oraz porównywania się z innymi.



Nie od dziś wiadomo, że o prawdziwym szczęściu nie stanowią rzeczy materialne, a doświadczenia. Czekamy na wielkie momenty zapominając o tych mniejszych, które tworzą naszą historię.

Gotowi na wrześniową listę przeżyć? Waszą własną, autorską, zgodną z tym, co Wam w sercu i w duszy gra?

Oto moja lista:

  1. Wybrać się do Torunia → jeśli nie damy rady, przełożyć na październik / wiosnę 2020.
  2. Urządzić synkowi szóste urodziny → zrobić wspólnie z nim zaproszenia dla dzieci, zaplanować tort i atrakcje.
  3. Wybrać się na jesienny spacer do lasu śladem pierwszych oznak jesieni.
  4. Urządzić slajdowisko / seans bajek z rzutnika Ania (tak tak - bajki z mojego dzieciństwa - na rolkach!).
  5. Zorganizować cykliczne wrześniowe weekendowe aktywności plastyczne z dziećmi → zrobić jesienne lampiony ze słoików / jesienne zwierzątka / ludziki z kasztanów/ kompozycje z liści itp.
  6. Zmienić dekoracje w domu na jesienne – więcej świeczek, dynie, odcienie pomarańczowego, brązowego i żółtego.
  7. Zrobić z synkiem jakiś fajny eksperyment.
  8. Posadzić na balkonie wrzosy.
  9. Obejrzeć film z jesienią w tle (Słodki listopad, Miłość w Nowym Jorku, Smażone zielone pomidory, Stowarzyszenie umarłych poetów/inny).
  10. Zorganizować wieczór filmowy z Meryl Streep.
  11. Obejrzeć film z Toto – włoskim komikiem / z Kasią Smutniak.
  12. Książki do przeczytania: Droga artysty, Zniknięcie Josefa Mengele, Anioł z Auschwitz.
  13. Z cyklu włoska książka – przeczytać kolejną pozycję → wpis na blog.
  14. Poznawanie Włoch – przesądy i zwyczaje Neapolitańczyków → wpis na blog.
  15. Oddać kilka z moich przeczytanych książek do biblioteki.
  16. Zrobić sobie profesjonalną sesję rodzinną z jesienią w tle.
  17. Wybrać się do Centrum Nauki Kopernik.
  18. Wjechać na taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki.
  19. Wybrać się z chłopcami do Muzeum Geologicznego.
  20. Odwiedzić Centrum Pieniądza NBP.
  21. Zrobić samodzielnie świecę → znaleźć książki o samodzielnym wytapianiu świec.
  22. Namalować samodzielnie obraz (bez krytykowania siebie i samo-zniechęcania).
  23. Wybrać i przygotować piosenkę świąteczną z mężem (tak, zacząć już teraz – by wyćwiczyć do grudnia wspólne granie i śpiewanie-jeden super wyszlifowany utwór).
  24. Napisać krótkie opowiadanie.
  25. Przeczytać książkę „Warsztaty stylu” i pozbyć się ubrań, których i tak nie noszę → co do mnie pasuje.
  26. Ozdobić samodzielnie coś techniką decoupage.
  27. Pojechać do Zakopanego pod koniec września na jazz na Kalatówkach → pójść na jam session muzyków jazzowych z góralami.
  28. Miesiąc poznawania muzyki: Kortez.
  29. Zmienić wygląd graficzny bloga, podszkolić się w temacie nowych szablonów, możliwości wizualnego ulepszenia tego miejsca/ nowych lepszych rozwiązań.
  30. Zrobić domowy teatrzyk kukiełkowy z chłopcami → wrzesień / październik.
  31. Zmienić wizerunek (fryzura).
  32. Zrobić sobie profesjonalne zdjęcia do dokumentów.
  33. Podjąć decyzję dotyczącą kursu przewodnika po Warszawie.

Wrzesień ma 30 dni, punktów wynotowałam 33. Będzie z czego wybierać!

CDN.

I jeszcze jedno. 8:01 rano. Dzień jak co dzień. Jadę do pracy. Wsiadam do windy wiozącej mnie do biura. Ze mną wsiadają dwie babeczki. Jedna wita się z drugą i pyta:

- Masz kontakt z Kariną?
- Sporadyczny – odpowiada tamta – Karina szuka swojej drogi życiowej.
- Zazdroszczę – krótko komentuje koleżanka.

Wychodzą w tym momencie na swoim piętrze. A ja jadę sama wyżej i analizuję w głowie dopiero co usłyszaną rozmowę. 

Dlaczego tak wielu z nas tkwi w życiu, które nam nie pasuje zamiast odważnie szukać własnej ścieżki? 

Dlaczego szukanie własnej ścieżki wydaje się być luksusem zarezerwowanym zawsze dla innych? 

Dlaczego zapominamy o nas samych, o tym, co nam w sercu i w duszy gra? Zazdrościmy, zamiast naszą energię zazdrości ukierunkować na działanie …

"Dano ci czas i nie zmarnuj go, żyjąc cudzym życiem. Nie daj się zwieść dogmatom, co polega na życiu wedle tego, co wymyślili inni. Niech w hałasie cudzych głosów nie zatonie twój własny głos. I co najważniejsze, miej odwagę, by iść za głosem serca i duszy. One jakoś wiedzą, kim naprawdę chcesz się stać."

Steve Jobs.


Do przemyślenia, zwłaszcza, że dla wielu wrzesień to taki mały nowy rok, taki styczeń w jesieni. Dzieci zaczynają szkołę, właśnie ruszają najróżniejsze kursy, rozpoczyna się nowy sezon teatralny, układamy od nowa plany zajęć swoje i naszych pociech.

Wrzesień to idealny moment na nowe, na nowy start. 

Niech zebrana podczas wakacji energia popycha nas ku odważnie realizowanym nowym przedsięwzięciom.