poniedziałek, 28 grudnia 2020

Idzie Nowy Rok

Aż trudno w to uwierzyć, że od mojego ostatniego wpisu minął prawie rok. Wspominałam tam mój grudniowy pobyt w Krakowie, opisywałam nastrój jarmarku świątecznego na krakowskim rynku i zachwycałam się bożonarodzeniowymi dekoracjami. Pisząc tamte słowa miałam już w głowie wizję kolejnych wyjazdów, podróży, plan ponownego odwiedzenia Krakowa przed Bożym Narodzeniem 2020.


Kto wtedy przypuszczał, że ten rok okaże się dla nas wszystkich tak trudny. Kto przypuszczał, że światem zawładnie małe groźne niewidzialne coś, co sparaliżuje wszystkie kraje. Kto wtedy myślał, że będziemy mieli dość statystyk, maseczek, obostrzeń i słów koronawirus, lockdown czy kwarantanna odmienianych przez wszystkie przypadki na wszelkie możliwe sposoby, a nasze życie diametralnie się zmieni. 


Mimo, że to był ciężki rok, mimo tego, a pandemia pokrzyżowała bądź uniemożliwiła realizację wielu naszych planów, dla mnie to były owocne miesiące. Miesiące, które spędziliśmy ze sobą w domu, miesiące zaglądania we własne wnętrze, refleksji i docenienia tak nagle nam zabranych prostych, oczywistych czynności jak wyjście na spacer czy do kawiarni. 


To był czas wymuszonego, a tak potrzebnego mi spowolnienia, uświadomienia sobie, jak cenną wartością jest wolność i możliwość swobodnego oddychania dosłownie i w przenośni, uświadomienie sobie, jak łatwo i szybko możemy je utracić.



Świat nie będzie już taki, jak przed pandemią. Te zmiany mają swój ukryty sens. Mają nas nauczyć wdzięczności za to, co mamy, cierpliwości i poskromienia własnego rozbuchanego ego. Mają nas nauczyć tego, że ważne jest to, co w nas. Okoliczności zmieniają się i często nie mamy na nie wpływu, ale mamy wpływ na to, co z tym zrobimy, jak wykorzystamy trudne sytuacje dla własnego rozwoju, jaki świat wewnętrzny i podejście stworzymy w sobie samych. 

Wszystko czego potrzebuję mam w sobie – dobre nastawienie, wiarę, włoskie słońce. Nieważne, gdzie akurat jestem. Nieważne, że nie pojechałam do Włoch i nie mogłam pójść na koncerty, które zostały odwołane. Otaczałam się ukochanymi najbliższymi, dobrymi książkami i muzyką, rozwijałam się ucząc i czytając. Regularnie ćwiczyłam biorąc udział w wyzwaniach Ewy Chodakowskiej i dzięki niej poprawiłam kondycję.


Rok 2020 był dla mnie rokiem cieszenia się mieszkaniem, rokiem wielu wspaniałych książek.  To był rok lekcji, że zmiany, nawet na gorsze uczą i doprowadzają w końcu do czegoś lepszego. Że 
ważna jest każda chwila, tu i teraz, nie rozpamiętywanie przeszłości i wybieganie w bliżej nieokreśloną przyszłość. Wirus był mi potrzebny, by się choć trochę opamiętać w tym bezsensownym pędzie życia.



To był rok, w którym mimo wielu przeszkód i obostrzeń udało mi się zebrać wraz z najbliższymi kolejne piękne doświadczenia: w ostatniej chwili przed wybuchem pandemii pojechaliśmy odpocząć do Zakopanego. Udało nam się tam nacieszyć majestatem gór i prawdziwym śniegiem oraz pierwszymi próbami jazdy na nartach (ok, jazda to za dużo powiedziane, niemniej jednak podstawy techniki podłapałam). Mimo pandemii wyjechaliśmy latem do Bułgarii, a po naładowaniu baterii słońcem i upałem odpoczęliśmy w zielonych płucach Polski – ukochanych Borach Tucholskich (gdzie nota bene też szalały upały, ale cień sosen i woda w jeziorze skutecznie łagodziły wysokie temperatury). 

To był rok odkryć: ostatnio grudniowego albumu John’a Legenda Legendary Christmas z 2018 roku (gorąco polecam!), nadrobienia kilku zaległości filmowych (i odkrycia pięknego filmu August Rush), przeczytania pełnej spostrzeżeń w punkt książki autorstwa Tomka Michniewicza (Chwilowa anomalia). To był czas na lekturę książek z zakresu rozwoju osobistego (książek Dagmary Skalskiej i Agnieszki Maciąg). Czas odkrycia bloga i filmików Uli Pedantuli (lepiej późno niż wcale).  



Ani się obejrzeliśmy, a mamy koniec grudnia. Od pierwszych dni grudnia dekorowałam mieszkanie, piekłam ciasteczka, czytałam codziennie synkom po fragmencie szwedzkiej książki „Dzieci z dachów” aż do 24 grudnia. 


Cieszyłam się tym wspólnym czasem i przygotowaniami. Rozświetlałam mieszkanie lampkami, świecami, aromatycznymi kominkami (moje ostatnie odkrycie – woski Goose Creek – zapachy Christmas Cookies i Brownie). Codziennie otwieraliśmy kalendarz adwentowy z drobiazgiem i zadaniem odliczając dni do Wigilii. Pakowałam prezenty. 


I choć ten rok był ciężki, przez cały czas pielęgnowałam i pielęgnuję w sobie nadzieję na nowe, które wreszcie przyniesie nam zwalczenie pandemii i powrót do względnej normalności i swobody.



Święta, ich przygotowanie od zawsze były czasem dzieci, magii i cudów mimo wszystko – i tego właśnie się trzymałam zostawiając wieczorem 24-go grudnia z synkami przy choince marchewkę dla Rudolfa i ciasteczka z mlekiem dla Mikołaja.

Wzruszyłam się po raz kolejny oglądając tradycyjnie film Family Man (u innych musi być Kevin, u nas niezawodni Nicolas Cage i Tea Leoni). Objadłam się pysznościami jak bąk. Cieszyłam się, że nadal jesteśmy wszyscy zdrowi, choć nie siedzimy w tym roku przy jednym wspólnym wigilijnym stole.


A teraz jestem gotowa na nowe. Nie wierzę, że wraz ze zmianą daty nagle wirus całkowicie zniknie, afery ustaną, a ludzie zmienią się na lepsze. To długi proces, ale coś jednak drgnęło i już tego nie zatrzymamy. Te wydarzenia mają swój głębszy sens i cel. 

Ja w Nowym 2021 Roku obiecałam sobie być coraz lepszą wersją siebie samej.

Więcej tu pisać. W tym o Włoszech, o książkach, o moich prywatnych inspiracjach i odkryciach.
Nie porównywać się z innymi.
Czerpać radość z blogowania.
Kroczyć moją własną drogą, zgodną ze mną.
Mieć odwagę. Próbować.
Nie zadowalać wszystkich za wszelką cenę.
Mieć kolejne cele.
Być kreatywną.
Nadmiernie nie analizować.
Cieszyć się chwilą, bo tyle osób odeszło tak nagle bądź utraciło zdrowie.

Naprawdę potrzebujemy dużo mniej do szczęścia, niż się nam wydaje, niż próbuje narzucać nam świat.


Na tegoroczne Święta życzyłam wszystkim zdrowia (tak tak, te tak typowe życzenia nabrały w tym roku innego wymiaru), spokoju i światła w duszy. 


Choć nie spędzimy tegorocznego Sylwestra na hucznej nieskrępowanej zabawie, życzę Wam wejścia w nową datę z radością w sercu i nadzieją na dobre dni, które staną się naszym udziałem w nadchodzącym 2021 roku. I pielęgnowania magii, która choć zapomniana i utracona, jest jednak możliwa do odzyskania.


Życzę Wam roku, który da nam tak po prostu, zwyczajnie pożyć. Nawet dzieci rysując swoje marzenia, jak mój synek, dają wyraz swoim tęsknotom za światem sprzed pandemii. Tego waśnie nam wszystkim życzę - świata bez wirusa.



Do przeczytania w 2021 ! W 2020 nie zaglądałam na blogi innych i nie pisałam na swoim, potrzebowałam tego czasu dla siebie. Naprawdę cieszę się, że odwrócimy za kilka dni kartkę w kalendarzu. Choć to tylko data, kwestia umowna, to ta nasza nadzieja na normalniejszy rok jest ogromna. I jej się trzymajmy.


piątek, 31 stycznia 2020

Krakowskie retrospekcje




Dopiero co byłam w Krakowie na otwarciu corocznego jarmarku bożonarodzeniowego na rynku, a już wskoczyliśmy w 2020 rok i właśnie dobiega końca styczeń. 

Decyzja o wyjeździe na jarmark bożonarodzeniowy chodziła za mną już od jakiegoś czasu. Ponieważ czas i fundusze nie pozwoliły mi na wyjazd za granicę, wybór padł na Kraków. I tu muszę przyznać, że nasze jarmarki swoją atrakcyjnością naprawdę w coraz większym stopniu dorównują tym w Wiedniu czy Frankfurcie.

Jarmark rozpoczął się w ostatnią sobotę listopada. Krakowskie iluminacje zostały uroczyście włączone również trzydziestego listopada jako symbol wejścia w czas Adwentu. Bardzo mi się podoba ta symbolika i ubolewałam, że Warszawa zorganizowała włączenie swoich iluminacji dopiero tydzień później, bo siódmego grudnia. Na krakowskim rynku postawiono kilkadziesiąt stoisk z rękodziełem i lokalnymi przysmakami. Wystawcy między innymi z Polski, Ukrainy i Litwy sprzedawali swoje wyroby - choćby urocze wałki do ciasta z cudnymi wzorami i pięknie dekorowane pierniki.



Wszędzie wokół pachniało grzańcem galicyjskim, pieczonymi kiełbaskami, grillowanymi oscypkami i bigosem. Było tłoczno, gwarno i niezwykle nastrojowo. Na scenie wystąpiła między innymi Magda Steczkowska z Chórem Rodzinnym imienia Jana Pawła II. Swoim oryginalnym, lekko zachrypniętym głosem o ciekawej barwie wspaniale wprowadziła w klimat świąt. Oprócz stroików, bombek, ceramiki z Bolesławca i tysiąca innych bożonarodzeniowych ozdób można było kupić tak oryginalne prezenty jak czekoladowe auta, telefony czy ... czekoladowy klozet! Czego to ludzie nie wymyślą! 



Wieczorem, jak tylko zrobiło się ciemno, uroczyście włączono światełka na świątecznym drzewku przy Bazylice Mariackiej, a ludzie bawili się przy scenie na Andrzejkowej zabawie z niespodziankami. Miałam okazję poczuć krakowski klimat, powłóczyć się po uliczkach wokół rynku i pochodzić po Kazimierzu. Kraków zaskoczył mnie ilością dekoracji nie tylko przy głównych uliczkach pełnych turystów, ale też w bocznych zaułkach. Wszędzie słyszałam język włoski - na jarmark przyleciało mnóstwo obcokrajowców, w tym mieszkańców Bel Paese. Istne oblężenie!



W Krakowie czułam się jak w Wiedniu - w końcu kiedyś była tu Galicja i jej wpływy czuć do dziś. Kraków to urocze dorożki i ciekawi uliczni artyści, którzy tworzą niesamowity klimat (koniecznie poszukajcie w internecie Andy'ego Grabowskiego, zwanego Czarodziejem z Grodzkiej - on właśnie na tej ulicy czaruje swoją grą na wiolonczeli, występując regularnie przed kościołem świętego Piotra i Pawła). 

Kraków to też bogactwo najróżniejszych knajp i knajpek. Stare zachwycające mury. Kościoły i sklepiki z antykami. Sklepy z licznym rękodziełem i pamiątkami. Czarny las (torcik Schwartzwaldzki) i kawa po irlandzku w najstarszej krakowskiej kawiarni u Wentzla (istnieje od 1792 roku). Retro kawiarnia Mleczarnia przy ulicy Meiselsa 20 na krakowskim Kazimierzu (kawa z kardamonem i orzechowiec są tam obłędne, do tego te zdjęcia z minionej epoki - czułam się jak przeniesiona w czasie). Kultowe już zapiekanki przy Placu Nowym (również na wspomnianym Kazimierzu).




Warto zrobić sobie wypad do innego miasta i złapać jego atmosferę. Takie miałam założenie na grudzień i bardzo się cieszę, że je zrealizowałam, i to właśnie przed Świętami - wspaniale się nastroiłam i weszłam pełna nowych wrażeń w ostatni miesiąc roku. Aby było ciekawiej, nocleg miałam w idealnym ze względu na bliskość do wszystkich istotnych miejsc punkcie - adres znalazłam na booking.com, a właścicielem okazał się starszy Pan z ... no tak skąd jak nie z Włoch! Niestety przemiłego pana nie poznałam, bo akurat w dniu naszego przyjazdu poleciał do Italii. 



Dwa pełne atrakcji dni spędziłam z moją mamą i jestem więcej niż pewna, że wiosną powtórzymy taki wypad. Co i Wam sugeruję wcielić w życie - porwać mamę, tatę, męża, żonę, siostrę czy inną bliską Wam osobę, która będzie Waszym wspaniałym kompanem na taki wypad. Zróbcie sobie wycieczkę do innego miasta nie po to, by odhaczyć kolejne punkty z listy, a po to, by się zgubić, powłóczyć, odkryć niezwykłe zakamarki czy spotkać niezwykłych ludzi. Cuda spotykamy na każdym kroku, wystarczy tylko chcieć je dostrzec.


piątek, 24 stycznia 2020

Włoska książka - 15


Dziś o niezwykłej, przesyconej smakami, zapachami i plastycznymi obrazami prozie Rosy Ventrelli. Okrzyknięta przez La Gazzetta del Mezzogiorno Eleną Ferrante z Bari pisarka znana jest w Polsce z powieści – „Ogród oleandrów”, o której napiszę innym razem.

Akcja dzisiejszej książki, „Historia porządnej rodziny” rozgrywa się na włoskim południu – w jednej z najstarszych dzielnic miasta Bari – borgo Santa Nicola. Bohaterką i narratorką jest dziewczynka o imieniu Maria, zwana przez bliskich ladaco lub malacarne ze względu na swój niepokorny charakter. Przydomek w dzielnicy San Nicola to cecha wyróżniająca na tle innych, dumnie noszona niczym drugie ubranie. Każdy w dzielnicy posiada jakieś przezwisko, a kto nie szczyci się żadnym przydomkiem, ten postrzegany jest jako osoba nijaka, nie mająca powodów do chwały, gdyż, jak to mówi ojciec bohaterki:  „Lepiej by cię wytykano, niż w ogóle nie znano”. Maria, zwana malacarne zaprzyjaźnia się z Michele – chłopcem będącym synem miejscowego gangstera. Rodziny dzieci mają między sobą na pieńku, co nie przeszkadza naszym głównym bohaterom spotykać się i spędzać razem dzieciństwo. W powieści czujemy na każdym kroku ducha południa-czytając kolejne strony przed oczami mamy dialekt Apulii, biedę, przestępczość, analfabetyzm, południową porywczość, a jednocześnie niezwykłą, tak typową włoską siłę i radość życia.

Czytając powieść niemal czuje się wiatr od morza, zapach złowionych przez rybaków ryb: duszonego w cytrynie i listkach laurowych węgorza, solonych sardeli i sardynek w occie, a do tego wszechobecny aromat sosu pomidorowego passata gotowanego przez mamma. Mamy widok prania wiszącego w wąskich zaułkach, a poznając poszczególne charaktery i losy mieszkańców dzielnicy obserwujemy życie toczące się niemal na ulicy, gdzie kobiety łuskają bób w progu domów i rozmawiają okno w okno. Każda, dosłownie każda strona, każdy opis to kwintesencja południa Italii.

„Wakacje w starym Bari spędzaliśmy między murami z białych kamieni, goniąc po labiryncie uliczek i zaułków, pośród zapachu pościeli suszącej się na sznurach i woni smakowitych sosów, w których całymi godzinami dusiło się mięso kastrowanego cielaka. To tutaj spędziłam lata dzieciństwa i pierwszej młodości. I nigdy nie myślałam o nich, jako o czasie ponurym czy nieszczęśliwym, chociaż zewsząd otaczały mnie brzydota i cierpienie”.

Do tego dochodzą liczne retrospekcje:

„Chciałam jeszcze raz zobaczyć moją szkołę podstawową, zamek, placyk przed kościołem Matki Bożej Dobrej Rady, na którym w dzieciństwie bawiłam się z Giuseppem i Vincenzem. Błąkałam się w zamyśleniu, pochłaniałam oczami każdy szczegół: poszarzałe i spękane domy, wąskie zaułki z małymi sklepikami i warsztatami, podwórka, na których stare panny pilnowały  małoletniego potomstwa pracujących kobiet, plecione krzesła wystawione przed drzwi, oczekujące tego, kto na nich przysiądzie, by zamienić z sąsiadem kilka słów. Z każdym zakątkiem tej znienawidzonej i ukochanej dzielnicy wiązało się jakieś wspomnienie.”

"-Nie zapominaj Mari - powiedział mi tato, wodząc palcem po napisie – tutaj wieczorem jest zamknięte dla wszystkich, zarówno dla małych, jak i dużych.
-Tato – sprzeciwiłam się – ale wojna się już skończyła.
-Tak, skończyła ... Biada temu, kto w to wierzy. Tutaj woja nigdy się nie kończy”

„Jeszcze nigdy tak bardzo nie tęskniłam za dzieciństwem. Za latem, wyprawami z Michelem aż do Torre Queta, polowaniem na jaszczurki, słońcem zalewającym moje ciemne jak ziemia ramiona i nogi, lekcjami pana Caggiana, babcią Antoniettą, która przygotowywała przepyszne sosy pomidorowe, Vincenzem, który raz po raz przeliczał oszczędności ze szkatułki. Za uliczką, którą codziennie szliśmy z Michelem aż do Teatru Petruzzellich, zapachem świeżo upieczonych rogalików. I za morzem w oddali. W tym momencie całe moje dzieciństwo jawiło mi się jako długi letni dzień, podczas którego ja i Michele milczeniu, ze zdziwieniem wsłuchujemy się w szum wody i wymieniamy spojrzenia pełne sekretnych zwierzeń i obietnic. Wydało mi się nawet, że słyszę jego dziecięcy głos, którym przerzuca most nad przepaścią lat.”

Wreszcie mamy pomieszanie wiary z profanum i zabobonami – bo obok szkoły zakonnic, w której uczy się Maria, obok księdza i coniedzielnej mszy czytamy również o lokalnej znachorce-czarownicy – kobiecie pomagającej ludziom swoimi czarami.

Jest przemoc, chęć wyrwania się ze swojego środowiska i zdobycia czegoś więcej, jest wreszcie nienawiść przenoszona z pokolenie na pokolenie oraz trudna miłość do własnej ziemi. To wszystko, ale przede wszystkim wspomniana nienawiść i skomplikowane relacje rodzinne rzutują na późniejsze losy Marii i Michele.

Tak o swoim miejscu mówią spotykając się już jako dorośli po latach Maria i Michele:

„Nie było mnie przez rok. Rzym jest piękny, ale czułem, że nigdy tak naprawdę stąd nie wyjechałem. Nie w tym sensie.

Dobrze wiedziałam, o czym mówi, Miało to coś wspólnego z bezwolnością. A ja nigdzie się stąd nie ruszyłam, choć nigdy tak naprawdę nie należałam do tego miejsca”.

Historia kończy się w zaskakujący, smutny sposób. Akcja powieści to lata osiemdziesiąte XX wieku, ale na południu czas jakby się zatrzymał w bielonych murach domów Bari, na których cieniem kładą się zarówno wczoraj, jak i dziś bieda i malavita, czyli przestrzępczość, z których bardzo ciężko jest się wyrwać do lepszego świata.

Jeśli inne powieści Eleny Ferrante są tak napisane jak powieść Ventrelli, pędzę czytać, bo niefortunnie zaczęłam moją przygodę z autorką od tej książki, a ona mnie niestety nie zachwyciła. Czas poznać inne tytuły.

Wam tymczasem szczerze polecam pióro Rosy Ventrelli.

CDN.



wtorek, 17 grudnia 2019

Spokojnie to tylko Święta



Nie dalej jak 5 listopada zobaczyłam po raz pierwszy świąteczną reklamę Coca Coli. Teraz stała się już nieodłącznym elementem codzienności. Ta słynna ciężarówka rozwożąca najbardziej rozpoznawalny napój na świecie jest najlepszym dowodem na to, że Święta tuż tuż.  

Pisałam te słowa, kiedy nie było jeszcze nawet połowy listopada. Ledwo przebrzmiały klimaty Halloween z trupimi główkami, szkieletami, nietoperzami i dyniami wszelakiej maści i koloru, a spece od marketingu już nam przesyłali podprogowe komunikaty o pokładach dobra w naszych sercach i konieczności sięgania po portfel, co miało na celu jedno - kupno jak największej ilości towarów i napędzenia i tak już rozbuchanej sprzedaży. I tak już będzie aż do 24 grudnia.

W tym roku obiecałam sobie, że nie dam się pośpiechowi, temu wszechobecnemu przedświątecznemu szaleństwu. Gorączkę będę odpierać pochwałą powolnci i dobrej organizacji. Muszę przyznać, że całkiem nieźle mi to wychodzi.

Oto kilka moich sprawdzonych sposobów:

Organizacja to podstawa. Wszystko rozpisuję w notesie/ planerze/kalendarzu, tak by nic mi nie umknęło i aby o niczym potem nie zapomnieć. Potem tylko stopniowo odhaczam załatwione punkty z mojej listy.

Prezenty. W zasadzie w listopadzie miałam już prawie wszystkie, kupowałam je sukcesywnie od końca sierpnia, pozostaje kilka drobnych decyzji. Dzięki temu uniknęłam kolejek, opóźnień w dostawie i brakach w magazynach, co jest normą w grudniu. O przepełnionych paczkomatach i nerwówce nie wspominając. Poza tym portfel nie odczuł boleśnie wydawanych nagle dużych kwot.

Zostaje mi tym samym czas na staranne pakowanie z sercem. Włączam wtedy świąteczną play listę i przy grzanym winie lub aromatycznej herbacie pakuję i opisuję co dla kogo. W ostatniej chwili do zapakowanych prezentów doklejam tylko klejem na gorąco żywe gałązki świerkowe i szyszki.

W zasadzie najprościej byłoby kupić gotowe torebki i powsadzać tam poszczególne rzeczy, jednak zdecydowanie wolę pakowanie podarunków w papier – ma to w sobie magię, mimo faktu, że zajmuje dużo więcej czasu. Tak zapakowany prezent wydaje mi się od razu bardziej dopracowany. Opakowanie wieńczy dzieło. Plus bawię się co roku w recycling i wykorzystuję materiały z zeszłych lat (wstążki, skrawki, sznurki itp.). A papiery polecam kupować po Świętach już na kolejny rok - można naprawdę sporo zaoszczędzić.

4-6 tygodni przed Świętami przygotowuję piernik staropolski. Mam wtedy pewność, że poleży dostateczną ilość czasu i przejdzie odpowiednio przyprawami.

Porządki robię na bieżąco. Druga połowa listopada to czas na rozpoczęcie większego porządkowania przestrzeni. W ten sposób na krótko przed Świętami zajmę się tylko kosmetycznymi poprawkami w mieszkaniu nie latając z wywieszonym językiem między kuchnią, odkurzaczem, sklepem i moimi chłopcami powtarzającymi jak mantrę „Mamusiu, pobaw się”.

W połowie listopada miałam już dokładne rozeznanie, gdzie w piwnicy znajdują się wszystkie ozdoby i foremki do pierniczków. Opisane kartony zawsze ułatwiają znalezienie poszczególnych rzeczy. Potrzebne przesunęłam na spód i tym samym miałam pewność, że dużo szybciej do nich trafię na początku grudnia. Dwa pierwsze weekendy grudnia - robiłam z dziećmi pierniki (pieczenie i zdobienie) - teraz spokojnie leżakują w puszkach (no dobra, trochę podjadamy).

Choinka - u nas sztuczna, bo żywa posypałaby się w kilka godzin. Ubieramy ją w drugą niedzielę Adwentu, by wejść w klimat.

Przegląd artykułów spożywczych połowa listopada. Wtedy też tworzyłam listę rzeczy do kupienia. Produkty, które mogą poczekać do gotowania, kupiłam już wcześniej (np. mąkę, cukier czy bakalie). Wszystkie inne, które nie mogą poczekać, kupkrótko przed Świętami. Przegląd szafek jest jednocześnie ich uporządkowaniem, sprawdzeniem, co się przeterminowało, co kończy, a czego w zupełności wystarczy. W ten sposób nie przepłacam.

Unikam galerii handlowych. Wolę zakupy w sieci i jarmarki świąteczne. O tych ostatnich wkrótce, bo na jeden niedawno się wybrałam. I mnie oczarował.

Teraz pozostaje delektowanie się świąteczną play listą z kubkiem kawy w ręku i projekty DIY, choćby stajenka robiona z dziećmi z gliny samoutwardzającej.

Do przeczytania już niedługo!


sobota, 9 listopada 2019

Wchodząc (powoli) w klimat Świąt


Jedną nogą jestem jeszcze w jesieni, odwiedzam cmentarze i wspominam Bliskich, których już z nami nie ma. Oddaję im należną im pamięć i kontempluję napisy na grobach nieznanych mi ludzi. "Pokój ich cieniom"- czytam na jednym z nagrobków i oddaję się refleksji tak znamiennej dla tej pory roku i tego miesiąca.



Ma to swój urok. Ten nastrój melancholii i zadumy. Listopad potrafi jednak naprawdę przygnębić. Zniechęcić i pozbawić energii. Porządnie dać w kość i wystawić na próbę nasze pokłady optymizmu, które kurczą się w zastraszającym tempie.

Aby do tego nie dopuścić, stosuję kilka sprawdzonych sposobów i od jakiegoś czasu autentycznie doceniam i lubię tę porę sprzyjającą otulaczom, świeczkom i dobrej lekturze – słowem cieszeniu się domowym zaciszem.

Dziś znowu o książkowych umilaczach.

Książki są moimi wiernymi towarzyszami przez cały rok.

Ponieważ każda pora roku rządzi się swoimi prawami, jesienią czytam mroczne powieści grozy idealnie współgrające z klimatem Halloween i zaduszkową atmosferą zadumy.



Styczeń i luty dla mnie to czas skandynawskich kryminałów i autorów typu Camilla Lackberg czy Joe Nesbo (oraz innych, o których może w przyszłości uda mi się napisać kilka słów). Wtedy to obowiązkowo piekę kanelbullar (szwedzkie bułeczki cynamonowe) i popijam je ciepłym mlekiem tudzież kakao oddając się lekturze.

Wiosna dla mnie to czas poradników, książek o rozwoju osobistym i wszelkich pozycji dotyczących psychologii, zdrowego odżywiania czy sportu. Wszak to czas odnowy.

Latem przerzucam się najczęściej na lekkie powieści obyczajowe i książki o podróżach/wspomnieniach typu „kupiliśmy dom w Toskanii”, „przeprowadziliśmy się do Grecji”, „dom w Fezie” itp.

Zimą zaś chwytam za powieści w klimacie choinki i piernika, czyli babskie powieści, gdzie zazwyczaj perypetie bohaterów i przedświąteczna gorączka prowadzą wreszcie do happy endu przy wigilijnym stole.

Kuszące pięknymi okładkami powieści są idealne by wczuć się w klimat świątecznego oczekiwania. Przyznam, że zwykle nie są to wymagające lektury, raczej z gatunku tych lekkich, łatwych i przyjemnych. Zazwyczaj przewidywalne i nieco naiwne, ale swoją rolę spełniają doskonale – potrafią otulić niczym ciepły milutki koc i dać czystą przyjemność.

Poniżej trzy książki, po które sięgnęłam już teraz. Może odrobinę za szybko, zwłaszcza, że faktycznie co roku sklepy, w tym również wydawcy i księgarnie powoli zaczynają nam obrzydzać Święta, bo okres przedświąteczny zaczyna się już w listopadzie. Niemniej jednak do Was należy decyzja, czy sięgniecie po tego typu lektury teraz, czy nieco później. Wszak nadal możemy palić świece o zapachu spiced pumpkin i szurać butami spacerując po opadłych liściach. Druga połowa listopada w moim przypadku sprzyja jednak powolnemu wchodzeniu w klimat bożonarodzeniowy, więc bez wahania zasiadam pod kocem z tego typu powieściami.


Natalia Sońska. "Słuchaj głosu serca". Jagna pracuje w Katowicach w poradni psychologicznej. Kiedy poznaje przystojnego Piotra, przedstawiciela farmaceutycznego, czuje, że to miłość. Ale czy aby na pewno? Na ile wobec niej uczciwy jest Piotr? Co tak naprawdę ukrywa? Dołóżmy do tego góry i piękne widoki, Zakopane, skąd pochodzi główna postać, ciepłą Babcię Anielę, garstkę zaprzyjaźnionych znajomych z góralem Jankiem na czele, (z niektórymi z nich mieliśmy już do czynienia w innych książkach Sońskiej, choćby w "Obudź się, Kopciuszku") oraz kilka wędrówek po szlakach Tatr, których etapy sobie wynotowałam –  i mamy lekką, prostą powieść o tym, że nie zawsze miłość to od razu gromy z jasnego nieba, lecz często uczucie rodzące się nieśmiało i stopniowo. Lekka książka na dwa wieczory.

Co mnie rozczarowało, to nieco naciągnięte streszczenie na tylnej okładce i hasło z przedniej: „Magia Świąt sprzyja zakochanym”. Akcja książki głównie rozgrywa się w listopadzie, a nie w grudniu, a Świąt jest tam tak naprawdę niewiele, dopiero na koniec. Niemniej jeśli podobał się Wam klimat powieści "Garść pierników, szczypta miłości" czy wspomniana już "Obudź się Kopciuszku", to polecam, bo i tu znajdziecie wiele ciepła i nastroju.



Natasza Socha. Magda Mazur. "Drogi Święty Mikołaju". Jak uratować Święta. Nataszę Sochę pewnie znacie, choćby z takich powieści jak "Dwanaście niedokończonych snów", "Biuro przesyłek niedoręczonych", o której pisałam kiedyś tutaj, czy cyklu (Nie)miłość (Nie)piękność i (Nie)młodość. Tu napisała powieść w udanym spójnym debiucie z Magdą Mazur, o której czytamy na okładce, że do tej pory była między innymi korespondentką wojenną w Kijowie i współtworzyła pisma kobiece w języku ukraińskim.

Schemat powieści jest prosty – kilkoro bohaterów, ich perypetie, problemy, smutek i rozczarowania oraz zbliżające się Święta. A te nie każdy musi je lubić i cieszyć się na ich celebrowanie. „Święta to nie przymus, każdy powinien je spędzić tak, jak chce. Jeden będzie skakał z radości, drugi z mostu. Jeden uśmiechnie się do śnieżynki, drugi będzie chciał ją udusić, albo przynajmniej kopnąć w goleń”. 

Trzy pary bohaterów. Matylda i Mikołaj, czyli samotna matka walcząca z codziennymi wyzwaniami i zbuntowany nastolatek. Renata i Tomasz, czyli dwukrotnie rozwiedziona business woman i zdradzający żonę ze wspomnianą kobietą sukcesu mąż. Wreszcie Karolina i Kamil – ona pani sędzia specjalizująca się w prowadzeniu spraw rozwodowych, on bujający w obłokach niespełniony artysta, bałaganiarz, pasożyt i leń.

Święta niekoniecznie muszą być radosne. Zwłaszcza, gdy problemy zdają się mnożyć, a przygotowania do nich są przykrym obowiązkiem, a nie przyjemnością: „Strasznie nie lubiła sama kupować choinki i zadrapanymi rękami wnosić jej do domu, mocować w durnym stojaku, który zawsze się zacinał, a potem rozplątywać światełek i owijać nimi drzewka, przy czym i tak na końcu zawsze brakowało ich na ostatnie okrążenie, przez co choinka wyglądała na upośledzoną”. 

Co przyniosą Święta naszym bohaterom? Jak zmieni się ich życie? Czy odnajdą magię Świąt Bożego Narodzenia? Bo ta magia jest w nas, musimy ją tylko umieć dostrzec. „Wigilie bywają różne. Rodzinne, samotne, wesołe i smutne. Bywają kolorowe i czarno-białe. Pełne uśmiechu lub zadumy. Ale zawsze dają nadzieję”. I to jest chyba najlepsze podsumowanie. Więcej nie zdradzę, zachęcam, zwłaszcza, że czyta się niezwykle dobrze.



Magdalena Witkiewicz. "Uwierz w Mikołaja". Książki Witkiewicz czytam w ciemno, sprawiają mi zawsze radość, dlatego wybrałam nowy tytuł nie czytając nawet opisu na tyle okładki. A ta jak zawsze jest urokliwa i przywołująca najlepsze skojarzenia i wspomnienia. Wam też nie streszczę fabuły. Zagwarantuję natomiast, że książka Was wzruszy, skłoni do refleksji i rozbawi. Znajdziecie tu wszystkiego po trochu. Powieść pokazuje, co tak naprawdę się liczy, zwłaszcza w dobie technologii, która zamiast ułatwić nam życie, komplikuje je i skutecznie kaleczy nasze związki międzyludzkie. A te zawsze są najważniejsze. Nic nie zastąpi rozmowy, spotkania, otwarcia na drugiego człowieka i radości z małych rzeczy. O czym powinniśmy sobie przypominać i pamiętać, nie tylko w Święta. Z czystym sercem polecam, bo ta książka ogrzewa serce niczym termofor.

To jak, wchodzicie w klimat Świąt? Ja tak, ale stopniowo i powoli. Bo choć jedną nogą jestem już w grudniu, to daję sobie jeszcze czas na jesienne klimaty.