poniedziałek, 28 grudnia 2020

Idzie Nowy Rok

Aż trudno w to uwierzyć, że od mojego ostatniego wpisu minął prawie rok. Wspominałam tam mój grudniowy pobyt w Krakowie, opisywałam nastrój jarmarku świątecznego na krakowskim rynku i zachwycałam się bożonarodzeniowymi dekoracjami. Pisząc tamte słowa miałam już w głowie wizję kolejnych wyjazdów, podróży, plan ponownego odwiedzenia Krakowa przed Bożym Narodzeniem 2020.


Kto wtedy przypuszczał, że ten rok okaże się dla nas wszystkich tak trudny. Kto przypuszczał, że światem zawładnie małe groźne niewidzialne coś, co sparaliżuje wszystkie kraje. Kto wtedy myślał, że będziemy mieli dość statystyk, maseczek, obostrzeń i słów koronawirus, lockdown czy kwarantanna odmienianych przez wszystkie przypadki na wszelkie możliwe sposoby, a nasze życie diametralnie się zmieni. 


Mimo, że to był ciężki rok, mimo tego, a pandemia pokrzyżowała bądź uniemożliwiła realizację wielu naszych planów, dla mnie to były owocne miesiące. Miesiące, które spędziliśmy ze sobą w domu, miesiące zaglądania we własne wnętrze, refleksji i docenienia tak nagle nam zabranych prostych, oczywistych czynności jak wyjście na spacer czy do kawiarni. 


To był czas wymuszonego, a tak potrzebnego mi spowolnienia, uświadomienia sobie, jak cenną wartością jest wolność i możliwość swobodnego oddychania dosłownie i w przenośni, uświadomienie sobie, jak łatwo i szybko możemy je utracić.



Świat nie będzie już taki, jak przed pandemią. Te zmiany mają swój ukryty sens. Mają nas nauczyć wdzięczności za to, co mamy, cierpliwości i poskromienia własnego rozbuchanego ego. Mają nas nauczyć tego, że ważne jest to, co w nas. Okoliczności zmieniają się i często nie mamy na nie wpływu, ale mamy wpływ na to, co z tym zrobimy, jak wykorzystamy trudne sytuacje dla własnego rozwoju, jaki świat wewnętrzny i podejście stworzymy w sobie samych. 

Wszystko czego potrzebuję mam w sobie – dobre nastawienie, wiarę, włoskie słońce. Nieważne, gdzie akurat jestem. Nieważne, że nie pojechałam do Włoch i nie mogłam pójść na koncerty, które zostały odwołane. Otaczałam się ukochanymi najbliższymi, dobrymi książkami i muzyką, rozwijałam się ucząc i czytając. Regularnie ćwiczyłam biorąc udział w wyzwaniach Ewy Chodakowskiej i dzięki niej poprawiłam kondycję.


Rok 2020 był dla mnie rokiem cieszenia się mieszkaniem, rokiem wielu wspaniałych książek.  To był rok lekcji, że zmiany, nawet na gorsze uczą i doprowadzają w końcu do czegoś lepszego. Że 
ważna jest każda chwila, tu i teraz, nie rozpamiętywanie przeszłości i wybieganie w bliżej nieokreśloną przyszłość. Wirus był mi potrzebny, by się choć trochę opamiętać w tym bezsensownym pędzie życia.



To był rok, w którym mimo wielu przeszkód i obostrzeń udało mi się zebrać wraz z najbliższymi kolejne piękne doświadczenia: w ostatniej chwili przed wybuchem pandemii pojechaliśmy odpocząć do Zakopanego. Udało nam się tam nacieszyć majestatem gór i prawdziwym śniegiem oraz pierwszymi próbami jazdy na nartach (ok, jazda to za dużo powiedziane, niemniej jednak podstawy techniki podłapałam). Mimo pandemii wyjechaliśmy latem do Bułgarii, a po naładowaniu baterii słońcem i upałem odpoczęliśmy w zielonych płucach Polski – ukochanych Borach Tucholskich (gdzie nota bene też szalały upały, ale cień sosen i woda w jeziorze skutecznie łagodziły wysokie temperatury). 

To był rok odkryć: ostatnio grudniowego albumu John’a Legenda Legendary Christmas z 2018 roku (gorąco polecam!), nadrobienia kilku zaległości filmowych (i odkrycia pięknego filmu August Rush), przeczytania pełnej spostrzeżeń w punkt książki autorstwa Tomka Michniewicza (Chwilowa anomalia). To był czas na lekturę książek z zakresu rozwoju osobistego (książek Dagmary Skalskiej i Agnieszki Maciąg). Czas odkrycia bloga i filmików Uli Pedantuli (lepiej późno niż wcale).  



Ani się obejrzeliśmy, a mamy koniec grudnia. Od pierwszych dni grudnia dekorowałam mieszkanie, piekłam ciasteczka, czytałam codziennie synkom po fragmencie szwedzkiej książki „Dzieci z dachów” aż do 24 grudnia. 


Cieszyłam się tym wspólnym czasem i przygotowaniami. Rozświetlałam mieszkanie lampkami, świecami, aromatycznymi kominkami (moje ostatnie odkrycie – woski Goose Creek – zapachy Christmas Cookies i Brownie). Codziennie otwieraliśmy kalendarz adwentowy z drobiazgiem i zadaniem odliczając dni do Wigilii. Pakowałam prezenty. 


I choć ten rok był ciężki, przez cały czas pielęgnowałam i pielęgnuję w sobie nadzieję na nowe, które wreszcie przyniesie nam zwalczenie pandemii i powrót do względnej normalności i swobody.



Święta, ich przygotowanie od zawsze były czasem dzieci, magii i cudów mimo wszystko – i tego właśnie się trzymałam zostawiając wieczorem 24-go grudnia z synkami przy choince marchewkę dla Rudolfa i ciasteczka z mlekiem dla Mikołaja.

Wzruszyłam się po raz kolejny oglądając tradycyjnie film Family Man (u innych musi być Kevin, u nas niezawodni Nicolas Cage i Tea Leoni). Objadłam się pysznościami jak bąk. Cieszyłam się, że nadal jesteśmy wszyscy zdrowi, choć nie siedzimy w tym roku przy jednym wspólnym wigilijnym stole.


A teraz jestem gotowa na nowe. Nie wierzę, że wraz ze zmianą daty nagle wirus całkowicie zniknie, afery ustaną, a ludzie zmienią się na lepsze. To długi proces, ale coś jednak drgnęło i już tego nie zatrzymamy. Te wydarzenia mają swój głębszy sens i cel. 

Ja w Nowym 2021 Roku obiecałam sobie być coraz lepszą wersją siebie samej.

Więcej tu pisać. W tym o Włoszech, o książkach, o moich prywatnych inspiracjach i odkryciach.
Nie porównywać się z innymi.
Czerpać radość z blogowania.
Kroczyć moją własną drogą, zgodną ze mną.
Mieć odwagę. Próbować.
Nie zadowalać wszystkich za wszelką cenę.
Mieć kolejne cele.
Być kreatywną.
Nadmiernie nie analizować.
Cieszyć się chwilą, bo tyle osób odeszło tak nagle bądź utraciło zdrowie.

Naprawdę potrzebujemy dużo mniej do szczęścia, niż się nam wydaje, niż próbuje narzucać nam świat.


Na tegoroczne Święta życzyłam wszystkim zdrowia (tak tak, te tak typowe życzenia nabrały w tym roku innego wymiaru), spokoju i światła w duszy. 


Choć nie spędzimy tegorocznego Sylwestra na hucznej nieskrępowanej zabawie, życzę Wam wejścia w nową datę z radością w sercu i nadzieją na dobre dni, które staną się naszym udziałem w nadchodzącym 2021 roku. I pielęgnowania magii, która choć zapomniana i utracona, jest jednak możliwa do odzyskania.


Życzę Wam roku, który da nam tak po prostu, zwyczajnie pożyć. Nawet dzieci rysując swoje marzenia, jak mój synek, dają wyraz swoim tęsknotom za światem sprzed pandemii. Tego waśnie nam wszystkim życzę - świata bez wirusa.



Do przeczytania w 2021 ! W 2020 nie zaglądałam na blogi innych i nie pisałam na swoim, potrzebowałam tego czasu dla siebie. Naprawdę cieszę się, że odwrócimy za kilka dni kartkę w kalendarzu. Choć to tylko data, kwestia umowna, to ta nasza nadzieja na normalniejszy rok jest ogromna. I jej się trzymajmy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz